Get Adobe Flash player
%AM, %13 %043 %2016 %00:%Cze

Jadwiga Kornecka: Puste Kartki w Życiorysie

Written by

Exodus

 

Był to pierwszy w dziejach ludzkości, dotąd chyba jedyny dzień, w którym wszystkie narody świata zjednoczyły się w wielkiej radości. Kapitulacją hitlerowskiej Rzeszy zakończyła się najkrwawsza z wojen świata. W Wilnie ten sam dzień, 8 maja 1945 roku, był najsmutniejszym dniem dla 1200 aresztantów wyruszających o świcie z więzienia na Łukiszkach do obozów pracy. Od tej pory rozpoczną egzystencję w obozach GUŁAG`u, idący w kolumnie Polki i Polacy, skazani z par. 58 pkt. IA „za zdradę ojczyzny”, z wyrokami od 10-ciu do 25-ciu lat.

 

Zaiste! Przedziwna to była zdrada Ojczyzny, która nigdy dla Polaków ojczyzną nie była. My z dziada pradziada dzieci polskich rodzin, żołnierze Armii Krajowej, nigdy obywatelstwa Kraju Rad nie przyjmowaliśmy. To ojczulek Stalin, prawem kaduka, uznał nas za swoje dziatki, dając nam nową mamusię, a raczej macochę, która natychmiast nas skarciła za walkę z hitlerowskim okupantem, gdyż czyniliśmy to – jej zdaniem – pod niewłaściwymi sztandarami.

Promiennym świtem, w idyllicznej scenerii wiekowego, śpiącego jeszcze grodu Gedymina, wśród szczebiotania i świergolenia ptactwa, patrząc - być może – po raz ostatni na „Miłe Miasto”, jak je nazywał Marszałek Piłsudski. Tutaj na cmentarzu Rossa spoczywało jego serce złożone, zgodnie z ostatnią wolą, w urnie u grobu matki: „U stóp Matki – serce syna”.

Patrzyliśmy na miasto z mieszanymi uczuciami radości, że oto po wielu miesiącach ślepnięcia w zaduchu więziennych cel, oczy nasze ujrzały piękno i czystość architektury dostojnych świątyń i gmachów, a płuca nareszcie odetchnęły aromatem majowej zieleni i kadzidła. Jednocześnie ogarniało nas uczucie smutku, że oto oglądamy te nasze „wileńskie kamienie” ukradkiem, popędzani przez azjatyckich konwojentów.

Tam w więzieniu zdawało się nam, że świat cały zastygł i pochylił się w przerażeniu nad naszym losem, a oto zobaczyliśmy, że niezniszczalne życie biegło sobie trywialnie i zwyczajnie dalej. W oknach nakrochmalone firanki, na balkonach wietrzące się bety i wystawione zapobiegliwie na majowe słoneczko, rośliny doniczkowe. Mieszczański ład i zwyczajność! O sowieckości mówiły tylko olbrzymie, rozpostarte nad ulicami transparenty obwieszczające cyrylicą upadek Berlina. Idąc o brzasku nie wiedzieliśmy jeszcze, że teraz, w tym właśnie dniu, kończy się wojna. Długa, bo dla Polaków sześcioletnia, a dla Wilnian oznaczająca sześciokrotną zmianę władzy.

Obecnie w dniu 8 maja 1945 roku szliśmy objuczeni tłumokami ciepłych rzeczy, przezornie przysłanych przez rodzinę do więzienia, popędzani przez rozjuszony – bojący się ucieczek lub odbić w ciasnych uliczkach zabytkowego miasta – konwój. Milczeliśmy, słyszało się tylko ciężkie oddechy i szuranie zmęczonych więzieniem nóg o bruk.

Nie było patosu w tym naszym pożegnaniu rodzinnego miasta i nagle... z trzydziestu czterech wież kościelnych rozległo się spiżowe larum! Wydawać by się mogło, że te mocarne, wibrujące tony wołają o pomstę do nieba nad naszym losem, że wzywają ludność miasta na odsiecz... Buchnęła muzyka spiżu w nasze serca. Teraz zrozumieliśmy naprawdę, że oto opuszczamy nasze gniazdo, że nie zabrzmią nam w okrutnej, cudzej krainie dzwony, nie rozśpiewa się głos Domów Bożych!

Zapłakały dziewczyny, cicho szeptały „Pod Twoją obronę”, dał się słyszeć najpierw stłumiony, a potem coraz silniejszy głos śpiewający „Serdeczna Matko” - dołączyły inne, zabrzmiały męskie tenory i basy. W końcu popłynął wielki śpiew i płacz splatający się z jękiem spiżu w chorał protestu i wiary. Wiary we wszechobecną Opatrzność Boską czuwająca nad nami, bo oto biciem dzwonów przypomniała o tym, że czuwa i dodała nam odwagi, wlała otuchę w nasze serca w tej trudnej godzinie rozłąki!

Wilno – ojczyzna nasza – żegnała nas, swoje dzieci, głosem dostojnym, głosem swoich świątyń!

Konwojenci oszaleli, padały razy kolbami, szczuto na nas wilczury, padały najohydniejsze wyzwiska, ale tłum rozśpiewany i szlochający z desperacją nasilał chrypnące głosy.

W końcu komendant konwoju serią pepeszy w niebo zakończył sprawę. Ludzie zaczęli milknąć, w końcu uciszyli się. Wyprostował się złamany szyk kolumn i transport ruszył w drogę.

Szliśmy znów milcząc, ale unosiliśmy w duszy wizję przywołaną dźwiękiem dzwonów – wizję świata rozmodlonych świątyń, w których jasne, ludzkie twarze unoszą się ku ołtarzowi zapatrzone w kapłana celebrującego misterium Najświętszego Przemienienia.

Uświadomiliśmy sobie z nagłą ostrością, że oto świat prawdziwy, tak bliski ale już nieosiągalny pozostaje tutaj, a okrutni ludzie wiodą nas do okrutnej krainy rządzonej strachem, głodem i śmiercią.

Zostawiliśmy raj dzieciństwa i młodości wkraczając w bramę piekła które rozpoczęło się na stacji Wilno-Towarowa.

 


 

Trochę historii

 

Wilno, siedziba województwa Rzeczpospolitej Polskiej, za sprawą dwóch zbrodniarzy: Hitlera i Stalina, zgodnie z wcześniej zawartym układem Ribentrop – Mołotow, przypadła bolszewikom.

W dniu 17 września 1939 roku miasto obudziło się i zdumione przetarło oczy. Ulice patrolowali najeźdźcy: Armia Czerwona. W nas, młodych to wojsko nie budziło grozy, nie mieliśmy wspomnień naszych rodziców znających prawdziwą twarz bolszewizmu. Kipieliśmy z wściekłości za ten cios zadany zdradliwie w plecy walczącemu Państwu Polskiemu. Trudno jednak było kierować nienawiść ku żołnierzom tej armii gdyż bawiła nas ona i budziła politowanie.

Armia cuchnąca zjełczałym łojem, z karabinami na konopnych pasach, w burych łachach z lichego drelichu, których jedynym barwnym akcentem były olbrzymie, purpurowe gwiazdy na szorach z dyndającymi uszami i piką na czubku. Te sukienne czapki nieudolnie naśladowały pruskie pikielhauby, będąc ich karykaturą. Niemcy fasowali je w bismarckowskiej armii ze szlachetnych stopów nierdzewnej blachy co dawało ich głowom dostojny wygląd. Twarze tych bojców były wychudzone i blade, tylko gorzały w nich oczy pożądliwie spoglądające na wszystkie wspaniałości, których istnienia nawet nie przypuszczali. Pytani jednak odpowiadali z uporem: „u nas wsio jest, wsiewo pełno...”, były nawet fabryki pomarańcz i cytryn!...

Rozumieliśmy dumę i nieszczęście tych zgłodniałych chłopców, którzy przechwalali się jak ubogie dzieci z anegdoty: „...a moja ciocia ma fortepian, a moja sześć fortepianów!...”

Cóż mogli mówić innego oni, którzy przyjechali na wynędzniałych konikach, zamiast siodeł mając derki, a zamiast uzdy konopny sznur i lniane popręgi, widząc jak wokół w najbiedniejszych wsiach pasły się dorodne konie, a uprząż była należyta i ozdobna. Dowódcy ich byli nieufni, milkliwi i ponurzy.

Ta druga władza nie trwała długo, szybko przekazała miasto trzeciej władzy. Była nią smetonowska Litwa o ustroju – jak to się dzisiaj nazywa – burżuazyjnym. Trzy nadbałtyckie narody uzyskały po Traktacie Wersalskim zawartym w 1919 roku, niepodległość. Były to oprócz Litwy. Łotwa i Estonia.

Zycie codzienne wróciło do normy. Do sklepów dostarczono towary z hurtowni, gdyż świeciły pustkami ogołocone doszczętnie przez najeźdźców. Wykupili oni doszczętnie wszystko, nawet nocne koszule służące potem żonom komandirów jako paradne stroje do teatru. Sama byłam świadkiem jak w „Lutni” - wileńskiej operetce – przed podniesieniem kurtyny publiczność rozbawiona widokiem sowieckich dam w nocnym negliżu, biła frenetyczne brawa, co ich małżonkowie przyjęli za manifestację przyjaźni. W sytuacji zorientowali się dopiero wtedy, kiedy na ich ukłony i oklaski zwrócone do widowni – ta ryknęła niepohamowanym śmiechem. Doznałam uczucia politowania dla tych kobiet, które przecież nie były temu winne, że dzięki trwającej dwadzieścia lat nędzy w ich kraju stały się pośmiewiskiem Europy.

W piętnaście lat później, już w Polsce, słuchałam w radio koncertu z Paryża, na którym Yves Montand, po powrocie z Moskwy, bawił widownię śpiewając o trzymanych w dłoniach fioletowych, barchanowych majtasach jako najszykowniejszym dezabilu sowieckich elegantek. Widownia klaskała i szalała ze śmiechu. Trzeba przyznać, że zrobił wtedy kapitalną antysowiecką propagandę, która mocniej przemówiła do Francuzów niż jakiekolwiek polityczne argumenty.

Innym dowodem pauperyzacji i ignorancji sowieckiej ludności była sprawa nocników, które używano jako waz do zup. Rosyjskim gospodyniom do głowy nie przychodziło, że tak eleganckie, emaliowane naczynie może mieć jakieś inne zastosowanie.

Ta trzecia władza trwała też krótko bo Kreml „ulegając prośbom uciśnionych mas proletariackich krajów przybałtyckich” ogłosił referendum, naturalnie sfałszowane, w wyniku którego trzy republiki: Litwa, Łotwa i Estonia utraciły niepodległość, a stan ten - jak wiadomo – trwa do dziś.

Zatem była to już czwarta zmiana władzy. Trwała do pamiętnej niedzieli 22 czerwca 1941 roku, kiedy to niemieckie sztukasy bombardując białym świtem koszary radzieckie zakończyły polityczne komeraże dwóch wodzów: brunatnego i czerwonego.

Tego wieczora wszystkie dworce i stacje kolejowe przeżywały oszalały exodus absolutnie zaszokowanych, w stanie krańcowej histerii rodzin sowieckich zaborców. Psychoza strachu, panika i obłęd doprowadzały te kobiety z dziećmi do walki wręcz o każde miejsce, nawet na dachu wagonu. Miały rację! Choć krzywdziciele byli inni niż im wmawiano, że polska szlachta i burżuje wytną je w pień wraz z dziećmi, gdy tylko armia się wycofa. Zycie pokazało ile tych kobiet przetrwało w polskich rodzinach, i to lepiej niż ich siostry w ojczyźnie. Te natomiast, które trafiły do niedawnych sojuszników, wycieńczone kończyły w niemieckich burdelach a brzydkie i stare na wyniszczających robotach. Dzieci ich, jeśli miały nordyckie rysy, oddano niemieckim rodzinom.

Piąta władza – faszystowska, wkraczając zrobiła na nas potężne wrażenie. Organizacja i precyzja. Totalny porządek i niemiecka tępota – oto co rzucało się w oczy. Kolumny zmotoryzowanej piechoty jechały w gigantycznych transporterach o oponach wzrostu 10 – latka. Gibcy i wysportowani mężczyźni śpiewali chóralnie swoje „Horst Wessel Lieder” czy inne „Lilly Marlene”. Schludni, grzeczni, świetnie umundurowani. Na postojach mycie się do pasa, golenie i pielęgnacja skóry Niveą i wodą kolońską. Mieli wspaniałe racje żywnościowe w aluminiowych pojemnikach, każda porcja owinięta w cynfolię i staniol estetycznie, higienicznie i kolorowo. Każdy kęs był racjonalnie i powolnie żuty, a odpadki jak na harcerskim biwaku, skrupulatnie zakopywane.

Gdy jednak pokręcili coś w swoich sztabówkach i stracili orientację, siadali grzeczniutko w rowach i potulnie czekali aż krótkofalówka nawiąże z nimi łączność i sztab wyprostuje ich ścieżki. Widzieliśmy jak pogubili się na leśnych duktach Ponarskich gór, z których w zasięgu wzroku mieli leżące w dole Wilno ale subordynacja nie pozwalała im samodzielnie wybrać drogę na przełaj. To sztab nimi manipulował – żadnej dowolności ani inicjatywy własnej być nie mogło! Wtedy nie przeczuwaliśmy grozy jaką nam przyniesie to ślepe posłuszeństwo i brak inicjatywy Niemców, śmialiśmy się z ich głupoty. Trzy następne lata okupacji hitlerowskiej przyniosły hekatombę ofiar, a żniwo to było wynikiem tej właśnie cechy narodowej „wybranego narodu panów”. Absolutna karność, bezgraniczne podporządkowanie się, rodziło niewyobrażalne okrucieństwo.

Ileż trzeba było lat tresury – od Fryderyka Pruskiego, przez Bismarcka, aż do Hitlera, aby z narodu Goethego, Schillera, Mozarta, Bacha i Beethovenauczynić naród złożony z marionetek, reagujący tylko na komendy i rozkazy.

Szła więc ta wspaniała, butna armia przytłaczająca ogromem i doprawdy trudno by było uwierzyć, że poniosą klęskę w wojnie z zagłodzonymi krasnoarmijcami... a jednak – po trzech latach stało się tak. Prawdą jest, że nie sam Związek Radziecki pokonał ich, lecz pół świata skonsolidowało swoje siły i dożyliśmy dnia, kiedy to wspaniali teutońscy wojownicy wiali bezładnie i w popłochu z frontu.

Wilno ujrzało ich zakutanych jak stare baby: obwiązanych pod czapkami dla osłony odmrożonych uszu strzępami szali i wiejskich chust. Pokaleczeni, wyczerpani fizycznie i psychicznie, uciekali spod Leningradu i Stalingradu, przelewając się bezkształtnym tłumem przez wszystkie drogi i ulice podbitych miast. Naturalnie wycofywały się dywizje, pułki, ale wyglądało to strasznie. Nie było kolumn ani marszowego kroku. Szli bezładnie, pieszo, bez dyscypliny, błyskając wilczymi oczami z nieogolonych, sczerniałych twarzy. Gdzie się podziały higieniczne nawyki i ich schludność? Żarli wystające z zamarzającej ziemi ostatki warzyw, nie oglądając się na polowe kuchnie, zostawione daleko w tyle. Prosili o chleb i żywność, wymieniali na tytoń i cywilne ubrania, drobne kosztowności, nieraz nawet obrączki. Cywilne ubrania nasuwały myśl o tym, że zamyślali dezercję.

Ci sami, którzy w histerycznym uwielbianiu skandowali imię wodza, szeptali teraz plując z nienawiścią „Hitler kaput”. Wierność do końca zachowały tylko pułki SS, ale te nie miały wyjścia, wiedziały, że „z tarczą, albo na tarczy”, innego powrotu dla nich nie ma.

W ocenie specjalistów europejskich i amerykańskich – sowieci po załamaniu blokady Leningradu i odparciu przeciwnika spod Stalingradu odnosili zadziwiająco łatwe zwycięstwa, jak choćby zamknięcie kotła na tak zwanym Kurskim Łuku. Naturalnie sowiecka propaganda absolutnie tego stanowiska nie podziela, gloryfikując nadludzkie cechy bojowe żołnierzy i dowództwa Armii Czerwonej. Prawda chyba jednak była taka, że z małymi wyjątkami po załamaniu się frontów, tempo odbijania kolejnych terytoriów było uzależnione tylko od sprawności technicznej transportu podciągającego frontowi środki bojowe, zaopatrzenie i ludzi.

Gdyby Rosjanie mieli lepszą organizację i technikę, wojna mogłaby zakończyć się o półtora roku wcześniej, gdyż wola walki u Niemców była osłabiona. Niestety nie zostało to wykorzystane. Przez Wilno przepływała ostatnia fala uciekających formacji niemieckich. Jednostki AK dobrze im „przysalały po ogonach” ostrzeliwując drogi i szosy. Pod Ponarami doszło do regularnej potyczki. Trup niemiecki padał gęsto. Zdezorientowani ostrzałem żołnierze miotali się po strategicznej szosie, nie śmiejąc przeniknąć do okalających ją gęstych lasów, bo stamtąd raził ogień. Wybito cały batalion do nogi prawie bez strat własnych.

I tak oto przyszła szósta zmiana władzy. Wróciła Armia Czerwona, ale to już było inne wojsko. Latem 1944 roku ujrzeliśmy ludzi w pogardzanych przez nich do niedawna pagonach, będących nienawistnym symbolem obcych klasowo, carskich oficerów. Lekko odrzucili swoje dotychczasowe dystynkcje: kubiki i romby, przedzierzgając się w karykaturalne kopie niemieckich wrogów. Nawet czapki oficerskie i maniera łamania daszka skopiowane były z wzoru hitlerowskiej armii. Torsy swoje obwiesili rzędami świecidełek i baretek. Dyndały na nich – jak na wigilijnych choinkach – naprawdę podobnej wielkości i ilości medale, gwiazdy i ordery. Wonieli jak dziwki wszystkimi zdobycznymi pachnidłami, a brewki kadra oficerska goliła sobie na cieniutkie sznureczki. Wyglądali jak minoderyjne, pretensjonalne cioty. Byli pewni siebie, zwycięscy, nonszalanccy, wykarmieni świńską tuszonką przesyłaną przez – Amerykanów.

Armie przemaszerowały, a władza przystąpiła do gorliwej działalności. Nie zajęła się takimi drobnostkami jak choćby aprowizacją ludności. Uchwycono od razu byka za rogi! Walka ideologiczna i czystka – oto co było ważne! Przystąpiono zatem do prania swoich brudów rozliczając komunistów pozostałych pod okupacją za wszystko, a przede wszystkim za to, że przeżyli - znaczy zdrajcy!! Ale miejscowych czerwonych ocalało mało i całą siłę czekiści skierowali na tępienie odwiecznego wroga – tych przeklętych Polaczków, którzy są zawsze wrednymi buntowszczykami i lepiej ich mieć jak najmniej na swoim terytorium.

Metodom tępienia Polaków trzeba by poświęcić całe tomy, zrobili to zresztą inni. Powiem krótko: drogą zdrad i podstępów doprowadzono do internowania części oddziałów Armii Krajowej. Niedobitki wyłapywano pojedynczo i grupowo nie przebierając w środkach, aż do prowokacji włącznie. Na terytorium Wileńszczyzny posadzono do więzień około 80% żołnierzy Armii Krajowej.

Za przykład typowej prowokacji może służyć osławiona „siatka Antona”. Pan ten – Rosjanin udający polskiego oficera – zmontował, już po wkroczeniu bolszewików, własną organizację podziemną, spreparował kilka nielegalnych gazetek, własnoręcznie zresztą, werbował młodziutkie dziewczęta mające dorosłych braci i siostry, które podejrzewano – i słusznie – o udział w walce podziemnej. Kilka gazetek obeszło te smarkule, które je nosiły, przekazywały sobie wzajemnie uważając, że robią „wielką konspirację”, ale to wystarczyło żeby je aresztować, a także wszystkich dalszych i bliższych krewnych. Dziewczęta te, zwane „Antonówkami”, tragicznie przeżywały, że stały się przyczyną uwięzienia swoich rodzin. One dostały po 10 lat wyroku, a ich bracia i siostry rozmaicie, aż do kary śmierci włącznie.

Takich historii było wiele, połów był obfity. Więzienia pękały w szwach. W pojedynczych celach siedziało po 16 osób. Wyroki wydawano taśmowo, lecz nikt się nimi specjalnie nie przejmował. Wtedy wierzyliśmy, że sytuacja polityczna lada moment się odmieni i cała sprawa będzie tylko epizodem w naszym życiu. Najcięższe było śledztwo. Byli rozmaici śledczy, ale większość biła. Wyszukanych, fizycznych tortur nie zadawano, ale znęcano się moralnie. Najczęstszy chwyt: „Zatrzymaliśmy twoją matkę, siedzi nieopodal w celi, jeśli nie zeznasz prawdy o organizacji, rozpoczniemy śledztwo przeciwko niej. Jeśli się przyznasz, wypuścimy ją.”

Stosowano różne sposoby. Jednym z nich było przenoszenie do piwnic, w których siedzieli skazani na śmierć Akowcy. Wielu złamało wywoływanie nazwisk, wygłaszanie nigdy nie spełnionej formułki o ostatniej woli. Serie pepesz na wewnętrznym podwórzu więzienia, a po chwili – żałobny werbel – motory ciężarówek wywożących ciała zabitych. Wybierali życie i miękli, podpisując wszelkie bzdury wymyślone przez śledczych. Biedni to byli ludzie, a raczej dzieciaki, które opowiadały jak nieraz szli na śmierć ze śmiechem szyderczym na ustach oficerowie i dowódcy leśni, a on się zeszmacił i załamał, że ten śmiech wyciąganych na egzekucję śni im się nocami...

Tak – żniwo było obfite i czekistom ręce omdlewały od pisania protokołów, a sąd wydawał wyroki co piętnaście minut. Tyle czasu trzeba było dla odczytania aktu oskarżenia, wysłuchania ostatniego słowa, które z reguły przez Polaków ignorujących tę farsę nie było wypowiadane, oraz na markowane wyjście na naradę. Drzwi zamykały się, otwierały się i natychmiast wchodził skład sędziowski ogłaszający wyrok. Ja nie zdążyłam w czasie narady zespołu sędziowskiego wypalić okurka.

 


 

 W łagrze

 

Kończyła się krótka biała noc, około pierwszej godziny słońce jakby zachodziło ale już po kwadransie znów powoli przesuwało się ku zenitowi. Dawało to w ciągu doby pół godziny szarówki..

Na piętrowych narach ponad sto kobiecych ciał smagniętych odgłosem pobudki gramoliło się ze swoich legowisk. Z końca baraku, będącego enklawą uprzywilejowanych kryminalistek, wymykali się chyłkiem niewyspani kochankowie. Cena za złapanie w babskim wyrku – trzy doby karceru. Za moment już rozbiegną się po barakach nadzorcy rozpoczynający od kontroli żeńskich sektorów.

Rozespanych kobiet nie peszyła obecność mężczyzn, dawno oswoiły się z tym, że intymność nagich ciał jest tutaj śmiesznym przeżytkiem. Już w więziennej łaźni musiały się pogodzić z obecnością mężczyzn fryzjerów golących im nagim zawszone głowy, z obecnością łaziebników fasujących płynne, cuchnące mydło i regulujących dopływ ciepłej wody. Potem były komisje lekarskie wyznaczające grupę zdrowotną, zgodnie z którą przydzielano pracę. Za stołem siedzieli rzędem lekarze i enkawudziści z aktami przyjmując defiladę nagusek jako rzecz naturalną.

Ten przymusowy strip-tease był z początku szokiem, ale w czasie transportu wydarzył się wypadek, który wyzwolił nas od wstydu. W połowie podróży do łagrów był postój. Zaprowadzono nas do olbrzymiej łaźni, gdzie rytuał był taki jak w więzieniu: w szatni wszystkie musiały rozebrać się do naga zaczepiając każda swoje ubranie na metalowy, rozpinany, okrągły pałąk, który następnie wędrował do odwszalni. Tam temperatura wyżarzała insekty spiekając jednocześnie guziki i gumki. Odbierało się te rzeczy po drugiej stronie łaźni, po kąpieli.

Gdy rozebrałyśmy się i pierwsze dziewczęta weszły do sali natrysków, w drzwiach wybuchł tumult i fala nagich ciał chlusnęła z powrotem do szatni. Pod ścianami gigantycznej łaźni, co kilka kroków stali konwojenci z pepeszami gotowymi do strzału. To się nam nie przydarzyło jeszcze nigdy. Zwykle ochrona stała na zewnątrz. Tym razem, z niejasnych powodów, zdecydowano inaczej. Chwilę trwała konsternacja. Tu, z tej strony, zostałyśmy my – nagie, a nasze rzeczy pochłonęła już żelazna szuflada, która wypluje je po drugiej stronie. Tak czy inaczej, aby do nich dotrzeć, trzeba będzie przejść przez palące płomienie oczu kilkudziesięciu młodych mężczyzn. Byłyśmy wymarznięte, brudne a ciała nasze łaknęły gorąca i wody. Po chwili zamieszania, krzyków i łez zrozumiałyśmy, że jesteśmy w potrzasku. Wtedy krzyknęłam: „Komu będzie gorzej – im czy nam? Dziewczyny? - Stenia, Zocha, Halina i Maryla do mnie! Pierś naprzód! Krok taneczny! Ręce na biodra! Wchodzimy!”. Stało się. Wszystkie zrozumiały. Wezwane najpiękniejsze i najzgrabniejsze weszły pierwsze, olśniewając urodą i młodością. Było na co patrzeć! We wszystkie dziewczyny istny szał wstąpił, rozpoczął się balet ciał pod natryskami. Rezultat piorunujący: ci wiejscy chłopcy, pobrani w 18 wiośnie życia do wojsk NKWD, trzymani w absolutnym rygorze, nie znieśli takiego widoku. Ubrani w sukienne szynele, w kożuszanych czapkach, najpierw czerwienieli, dusili się, w końcu padali bez czucia łomocząc pepeszami o posadzkę. Szef konwoju zagwizdał na alarm, wynoszono ich jak tłumoki.

Od tego czasu pogardliwy stosunek do podglądaczy w niebieskich otokach wyrażał się absolutnym ignorowaniem ich obecności.

Wracajmy do budzącego się baraku. Już dyżurne przyniosły chleb dla swoich brygad. Moment napięcia: jaką dostanę porcję tego mokrego kitu? Te swoje „gwarantowane” 450 gramów z rana? Czy od piętki, gdzie jest lżejszy i jest go więcej? Czy ze środka bochenka? Czy dyżurna nie świsnęła kawałeczka „dowieska” przypiętego do pajdy drewnianym patyczkiem? Trzeba uważnie patrzeć, bo po patyczku zostaje dziurka. Ta porcja i wieczorne 200 gramów to podstawa obozowego bytu. Poranna i obiadowa zupa może okazać się lurą, a kasza wodnistą. Po zafasowaniu chleba, szybko do stołówki brygadami i zaraz rozwód. Rozwód – to najważniejsza chwila dnia. Rozwód oznacza rozprowadzenie siły roboczej na obiekty pracy. Loteria: jakie brygady do czego przydzielą? Czy to będzie mordercze wapnowanie torfowych pól, w których grzęzną nogi, a ręce i nogi przeżera wapno ciężkie jak ołów? Może praca pod dachem? Plecenie słomianych mat? Formowanie doniczek torfowych dla rozsady?

Jeden dzień może być piekłem, a może też dać ulgę i ukojenie poranionym nogom i dłoniom. Wtedy dusza śpiewa i jest nadzieja, że może się jednak przetrwa.

Ale dzisiaj żeńska brygada polska wiedziała, że to dzień niebywałego „fartu”, okupionego łapówką u „rozwodczyka” - szefa dysponującego siłą roboczą.

W owym czasie szefami bywali kryminaliści z dużym stażem obozowym o silnej osobowości. To stanowisko było wierzchołkiem obozowej hierarchii. Człowiek będący dyspozytorem niewolniczej pracy był władcą życia i śmierci. Mógł dać żyć, mógł zniszczyć i to szybko, każdego pojedynczego i całą brygadę. On bowiem otrzymywał poprzedniego wieczoru plan robót i zapotrzebowanie siły roboczej do każdej z nich. Tylko od niego zależało jak rozdysponuje ludzi. Ani kierownictwo obozu, ani zarządzający produkcją tym sobie głowy nie zaprzątali. Rozwodczyk tak winien przetasować i dobrać ludzi w brygadach i tak nimi manipulować, aby każda praca otrzymała odpowiednich wykonawców.

Wówczas nam panujący rozwodczyk, mały, gruby, ryży, inteligentny żydowski „urka” z nad Morza Czarnego, był królem życia. Znoszono mu chyłkiem frykasy i odzież z paczek, zabiegano o odrobinę przychylności, o jego względy walczyły najdorodniejsze krasawice, bo być łagierną żoną rozwodczyka znaczyło to samo, co być bojarynią na starej Rusi. Miała ona do dyspozycji tyleż albo i więcej sług, nie mówiąc o wiktuałach i strojach. Niestety nasz Lowa wpadł okropnie, bo po pięknych czasach kawalerskiej swawoli dostał się w ręce „Mańki-Cyc”, osławionej w swoim fachu złodziejki kieszonkowej. Nomen-omen przezwisko otrzymała nie darmo. Posągowo zbudowana Żydówka o kruczych włosach i przepastnych orzechowych oczach, miała piersi jak wyciosane z marmuru, obnosiła je bez stanika i kołysząc dumnie nimi. Nie pierwszej już młodości była jednak niekwestionowaną pięknością o małych, wąskich, ale bardzo silnych dłoniach. Tymi właśnie rączkami tak schwyciła Lowę, że ten pisnąć nie mógł stając się wiernym i układnym sługą swej królowej. Właśnie dla Mańki-Cyc ofiarowałyśmy Lowie parę damskich butów, prawdziwych polskich oficerek. Dlatego właśnie brygada nasza pomaszerowała pod bramę obozu spokojna o następny tydzień. Lowa nie zawiódł, wyczytano nas do jarowizacji ziemniaków. W olbrzymiej, przeszklonej górą hali sortowałyśmy kwalifikowane ziemniaki, układając je w płaskich skrzynkach, po czym umieszczałyśmy je na stelarzach, aby bulwy puściły kiełki. Praca była cudowna. Siedziałyśmy w cieple, przebierałyśmy ziemniaczki, co dorodniejsze przecinałyśmy nożykiem, chowając je do brzuszka.... Wydawało się nam że tak wspaniałego smaku nie miały w Wilnie mandarynki i banany. A może to zasługa tej gleby, nie tylko naszego zwierzęcego głodu? Bo i marchew i kapusta były tu słodsze i bardziej soczyste niż u nas. Naturalnie pomocnicy agronoma piekłowali się z nami o to żarcie, ale nie zdało się to na nic. Zresztą druga brygada, małolatków, pałaszowała więcej. My jeszcze nie straciłyśmy wszystkich wileńskich zasobów sił, ale te dzieci wojny były istnymi szkielecikami.

Tak jak analiza jednej kropli wody daje wynik mówiący o całej kałuży, tak brygada małolatków Jaszki-Odessisty daje obraz „sprawiedliwości” radzieckiej. Sieroty wojenne, dzieci w wieku od 12-tu do 16-tu lat, sądzone za drobne kradzieże, odbywały wyroki w obozie pracy z dorosłymi kryminalistami. Tutaj dopiero deprawowano je konsekwentnie. Ładniejsi Chłopcy stawali się łupem obozowych pederastów, reszta szkoliła się w swoistym „urkagańskim” uniwersytecie. Nie znalazła ojczyzna dla nich miejsca w domach dziecka ani w domach poprawczych. Nie uważano za konieczne nauczyć ich czytać i pisać, bo większość nie zdążyła uczęszczać do szkół.

O ich doli mówiła ich postura. Szesnastoletni wyglądali jak polskie dwunastolatki, a czternastoletni jak ośmioletnie dzieci. Większość krzywiczna, lecz o dziwo nie było ociężałych umysłowo. Wręcz przeciwnie, przejawiali spryt i bystrość starych wydr. Działała tutaj chyba selekcja – ci głupsi zginęli po prostu z głodu nie umiejąc kraść i lawirować. Pracowały te dzieci na równi z dorosłymi, tylko racje żywnościowe miały o odrobinę większe i dzień pracy teoretycznie krótszy. Teoretycznie – dlatego że kiedy wychodzili w pole z innymi brygadami, to nikt ich wcześniej nie konwojował oddzielnie do obozu. Czekali, aż dzień pracy się skończy. Ich brygadzista, Jaszka z Odessy, sprytny i dowcipny młody „urka”, starał się być im dobrym ojcem. Ze wzruszeniem wspominam tego młodego przecież człowieka, który tyle serdecznego ciepła i troski dawał tym „pacanom”. Sam niewiele umiał, ale uczył ich kodeksu honorowego, który – jak w piosence zabrania płakać prawdziwemu zawadiace:

„Ty, Odessist Jaszka a eto znaczit

czto nie straszne tiebie, ni gorie, ni bieda!

Ty, Odessist malczik, a Odessist nie płaczet...”

Aż dziw bierze, jak ten młody kryminalista, potrafił biegać do naszego baraku ze stertą starych dziecinnych łachów i wypraszać u nas pomoc w ich łataniu i praniu. A gdy dowiedział się że potrafimy robić na drutach, kombinował jakieś stare łachy, pruł koce i przymilał się, abyśmy robiły dla jego „rebiat” skarpetki, rękawice i czapki.

Nieludzkie serca sędziów skazujących te dzieci na odbywanie kary w obozach pracy dla dorosłych jawiły się nam jeszcze okrutniejsze, gdy widziałyśmy co potrafi zdziałać serce jednego młodego Żyda.

Tego dnia jednak skończyłyśmy pracę wcześniej, gdyż zabrakło ziemniaków. Dwie nasze brygady: polska i małolatków, odmaszerowały do obozu. Stołówka właśnie rozpoczynała wydawanie obiadów. Pierwsi szli „przydurki” - tym mianem nazywano więźniów pracujących w biurach i kantorach. Przezwisko to oddaje stosunek narodu rosyjskiego do biurokratów. W jego pojęciu każdy kto nie pracuje fizycznie, „pridurivajet'sia” czyli udaje, miga się od prawdziwej roboty. Tak więc pierwsi szli „wygłupiający się” - kontyści i księgowe, za nimi inne służby pracujące w obozie. Wpadłyśmy do stołówki i my z brygadą Jaszki, szczęśliwe, że choć raz uda się nam zjeść świeżej zupy. Zupa? - raczej bryja z całych, nie szatkowanych, kiszonych liści kapusty zarzucona kaszą owsianą, ale i ten owies smakował nam wyśmienicie. Na drugie też owsianka, tyle że trochę gęstsza, pod nazwą kaszy, i do niej 10 gramów – naparstek – oleju.

Jeszcze jadłyśmy, kiedy małoletni skończyli, ale żaden z chłopców nie wstawał od stołu. Na znak Jaszki ujęli w dłonie swoje łyżki i odwrócili swoje wylizane aluminiowe miski dnem do góry. Przez chwilę chłopcy chrząkali jak przed występem. Na gest ręki brygadzisty poderwali się, stanęli wyprostowani na baczność przyoblekłszy dziecinne oblicza w powagę i skupienie, po czym uderzając rytmicznie raz w stół, raz w dno miski, wyrecytowali łamiącymi się dyszkantami:

„Spasibo tiebie, batiuszka Stalin, i za naszoje sczastliwoje dietstwo!”

Powtórzyli to trzykrotnie kończąc całą recytację werblem odbitym nogami i łyżkami w idealnej synchronizacji. Zapadła chwila dzwoniącej w uszach ciszy. Osłupiałe odzyskiwałyśmy powoli przytomność i już-już miałyśmy wybuchnąć śmiechem, kiedy Jaszka pokazał nam oczami naczelnika obozu, czającego się za okienkiem kuchni. Obserwował on bacznie jadalnię. Okazało się, że to nie był makabryczny żart brygadzisty, lecz przepisany regulaminem akt „wychowawczy”, którego wykonanie było pilnie śledzone.

Największemu satyrykowi Rosji – staruszkowi Gogolowi - taka groteska nie wpadłaby do głowy. Tylko paranoja mózgów NKWD mogła spłodzić ten czarny humor.

Kiedy później w baraku komentowałyśmy ogrom perfidii ludzi zmuszających straszliwie skrzywdzone dzieci do aktów dziękczynienia swojemu oprawcy – odezwała się stara Rosjanka: - „co, nie znacie starego, rosyjskiego porzekadła: „przebacz mi moja miła, żeś ty mnie zbiła”?...”

Od tego czasu, kiedy tylko sytuacja nasza stawała się nieznośna a nastrój był bliski desperacji, któraś z naszych wykrzykiwała: „dzięki ci, ojczulku Stalinie, za nasze szczęśliwe dzieciństwo!”. Skutek był murowany! Śmiech rozładowywał napięcie, a nasz wisielczy humor, który potem przychodził, niwelował grozę sytuacji.

Bywały też i inne wypadki aktów czystego szaleństwa, które w sytuacjach ostatecznych ratowały naszą grupę – być może od tragedii. Oto jeden z nich:

Wapnowałyśmy daleko od obozu zakwaszone torfowisko. Samo dojście do celu – trzykilometrowa droga w błocie, sklejająca nogi do kostek – było męką. Praca polegająca na transporcie z pryzm na pola i rozrzucaniu wapna – to też męczarnia. Wapno o konsystencji twarogu, lepiło się do łopat, ubrania, rąk. Sękate rączki „nosiłek” raniły podrażnioną skórę dłoni. Ciężar każdej łopaty dla osłabionych głodem mięśni wydawał się pudowy. Piekła twarz, nogi i ręce, całe ciało rozżerane wapnem. Pod nogami rozkisły torf, ssący stopy z kląskaniem.

Jakby tego nie było dość, rozpętuje się pandemonium deszczu, który nie zapowiada się początkowo groźnie, ale oto pada już czwartą godzinę. Zimny i przenikliwy wiatr towarzyszy mu, wbija chluszczące strugi za kołnierz. Jesteśmy przemoczone do skóry. Bolą wściekle kości, mięśnie, palą dłonie i skręca nas głód. Cieknące strumienie lodowatej wody rozmiękczyły warstwę wapna z wierzchniej odzieży i przesącza się ono wprost na nasze ciała. Zgrabiałe, zsiniałe, już nie pracujemy, nie pomagają wrzaski i pogróżki konwojentów. Zamarłe w pozach z rękami odstawionymi szeroko od tułowia żeby powstrzymać ściekanie strug z rękawów na tułów, stoimy jak makabryczne bałwany z twarzami oblepionymi włosami i błotem. Nie sposób odróżnić czy dziewczyny płaczą, czy to tylko deszcz, oczy mamy czerwone i tak, od wapna. Czuję narastającą grozę sytuacji. Nastrój desperacji i szaleństwa wisi w powietrzu. Jest między nami kilka słabych psychicznie, za chwilę te nieobliczalnie zerwać się mogą do ostatniego biegu w swoim życiu – na pepesze konwojentów. Wybiorą śmierć!

Czuję lodowate zimno, niemoc głodową i odrętwienie. Wydaje mi się, że zaraz upadnę twarzą w tę rozkisłą bryję, bo nie mam już siły dźwigać tych nabrzmiałych wodą, watowanych szmat. Ważą chyba tony. Ale kiedy już-już słaniając się pragnę zwalić się i zdechnąć – przeszywa mnie myśl: „więc to tak? Potrafili mnie złamać?! Padnę jak bydlę, jak bezmyślne ścierwo w to żrące błoto, aby zdychając utytłać się w nim jeszcze?! Nie!! Po stokroć – nie!!! Zrobić coś!. Dowieść, że nie zmogą mnie sowieckie łagry i ich władcy. Ach jakąż by mieli frajdę!...

Opanowuje mnie stopniowo uczucie buntu i furii. Widzę beczkę do wody pitnej, stojącą opodal. Dobiegam do niej ostatkiem sił, odwracam dnem do góry, wskakuję na nią i... w paroksyzmie bólu stężałych mięśni, rozpoczynam obłędny taniec brzucha z rozbieranką. Śpiewam przy tym, nie! raczej krzyczę rytmicznie jakieś murzyńskie songi, nie przestając rozsupływać guzików, zawiązek i wywijać kuprem.... Oto już zostałam w koszuli i nabrzmiałych wodą, za dużych na mnie watowanych spodniach, pokrytych łatami różnych wzorów i barw. Jestem w transie, już ciepło mi, upajająco... W mózgu mam pustkę, nie czuję bólu, głodu. Nie czuję deszczu, zatracam poczucie rzeczywistości. Tańczę i krzyczę! Krzyczę i tańczę! ... i nagle – budzi mnie – jak z maligny – śmiech. Wspaniały, głośny śmiech! Ryczą wszyscy! Dziewczyny chichoczą skręcając się w drgawkach, konwojenci grzmią basem zarzucając głowy do tyłu i klepiąc się po udach, dziesiętnik charczy już przykucnąwszy, trzyma się za brzuch, a wysokim, cienkim dyszkantem wyje ze śmiechu szef konwojentów... .

W tym cyrku życia i śmierci – zdałam egzamin na klowna. Moja nędzna parodia odniosła właściwy skutek: przerwane zostało narastanie groźnego napięcia spowodowanego nieludzkim cierpieniem i beznadziejnością, została zastopowana desperacka żądza samozniszczenia, jedynego wyjścia z tej makabry. W kilkanaście minut po moim występie na beczce, przycwałował na koniu posłaniec z decyzją zdjęcia nas z pola. Doczłapałyśmy jakoś do obozu pod ucichającym już wiatrem, który szczęśliwie popychał nas w kierunku upragnionego obozowego legowiska.

Bywałam nieobliczalna, ale nie zawsze wychodziło to nam na złe. A oto drugi wypadek:

Pracowałyśmy przy pikowaniu rozsady do inspektów. Pozornie praca lekka, lecz nie tutaj i nie w naszej sytuacji. Okna inspektowe były umieszczone na południowym stoku. Wiatr akurat wiał z południa i to zimny. Aby nie przeziębić cennych roślinek, okna inspektów były uchylone odrobinę, ale od wyższej strony. Pracowałyśmy wpełzając do tych szczelin głową w dół. Powodowało to przegięcie talii i wystawienie odwłoka na zewnątrz. Ta poza na czworakach, eksponująca nasze opięte spodniami siedzenia, a ukrywająca głowy, natychmiast znalazła odpowiednią nazwę u konwojentów: „dupparada”. Wcale nie przejmowałyśmy się tym, miałyśmy większe zmartwienia: głód, zimno, tęsknotę za wolnością, za Polską.

Trwało to już trzy dni i codziennie przyjeżdżał na pięknym, rasowym koniu jakiś elegancko ubrany - jak na tutejsze warunki - mężczyzna, który po skontrolowaniu całego ogrodnictwa zatrzymywał się zawsze tam, gdzie pracowała nasza trójka: Stenia, Halina i ja. Siedział w siodle paląc wonny tytoń z tyłu za nami i dobry kwadrans kontemplował, chyba nasze zadki. Trzeciego dnia - trafiło mnie! Chciało mi się palić, jeść, bolały wszystkie kości, mięśnie, a ten tam z tyłu jakby naigrawał się z nas. Wybuchnęłam po francusku do dziewcząt: „et voila! Encore cette cochone rouge regarde ici! Sacrebleu! Il pais baiser, mon hache! Merde rouge!” („Oto znów ta czerwona świnia patrzy tutaj! On może mnie pocałować w d.... Czerwone gówno!”). Stenia przerażona zaczęła mnie uciszać mówiąc, że on z intonacji głosu może wywnioskować, że go postponuję, na co ja powiedziałam, że lepiej by dał zapalić ten lubieżny wieprz.

Nie zdążyłam po powrocie do zony wysupłać się z łachów, gdy dyskretnie doręczono mi paczkę żywnościową - od anonima, który kierował ją do „Polaczki z kosą”. To był mój wyróżnik - warkocz gruby i długi, który nosiłam albo ułożony koroną wokół głowy, albo puszczony z tyłu.

Zdumienie nasze było ogromne. Raczej gromu z jasnego nieba można by się było spodziewać niż paczki przekazanej tutaj, do tego obozu, przez kogoś z miejscowych. A w paczce - skarby istne! Słonina, kasza, puszka „świńskiej tuszonki”, cukier i najważniejsze dla mnie: papierosy i machorka... . Było nawet mydełko toaletowe, lustro, grzebień i perfumy.

Natychmiast nagotowałyśmy kaszy i jak nas było szesnaście tak spałaszowałyśmy w krótkich „abcugach” te wiktuały nie zaprzątając sobie głowy nadawczynią czy nadawcą. W końcu mógł ktoś w tym niesamowitym świecie okazać się cichym Polakiem i zaserwować nam taką pomoc. Fakt, że do mnie skierowano ten dar, nie dziwił nas. Wyróżniałam się nie tylko warkoczem, ale jedyna z naszych znająca dobrze język rosyjski, byłam łącznikiem i tłumaczem. Gdy jednak po paru dniach przyszła druga paczka, nawet bogatsza, zaczęło to nas intrygować. Potem dary przychodziły regularnie, co tydzień. Był to potężny zastrzyk wzmacniający nie tylko nasze siły witalne, ale i wiarę, że nie zginiemy w tym piekle, jeżeli są tu cisi przyjaciele.

Minął miesiąc. Pracowałyśmy na polu, kiedy przyjechał jeździec na czarnym koniu. Kręcił się koło naszej grupy, zobaczyłyśmy go z bliska. Miał szlachetną, ascetyczną twarz mężczyzny około czterdziestki i pięknie się trzymał w siodle. W pewnym momencie zbliżył się i cicho pozdrowił nas po francusku: „Salute! Mademoiselles, mais je ne suis pas cochone rouge, je suis Michel Puszczyn. Adieu!” („Pozdrowienia panienki! Lecz nie jestem czerwoną świnią, ja jestem Michał Puszczyn. Do widzenia!”).

Teraz już wszystko było jasne, wiedziałyśmy od kogo są dary. Wiedziałyśmy też kim jest ten pan. Nazwisko jego często słyszało się w obozie. Był to naczelny agronom kombinatu rolniczego. Legendarny potomek starej arystokracji rosyjskiej, rodu, o którym Puszkin kilkakrotnie wspomina, że „Puszczyny wsiegda z Puszkinami wodilis”. Istotnie, rówieśnik-Puszczyn był przyjacielem wielkiego poety w szkole kadetów i nie opuścił go w tej przyjaźni do końca.

„Nasz” Puszczyn słynny był dlatego, że jeszcze Lenin z Dzierżyńskim zesłali go na zsyłkę jako studenta ostatniego roku studiów agrarnych i dostąpił on - jako jedyny zsylny - prawa obrony pracy dyplomowej korespondencyjnie. Stało się tak za sprawą samego Lenina, do którego napisał prośbę. Nie znano w ZSRR drugiego takiego przypadku (przynajmniej wtedy).

Naturalnie później miałyśmy okazję rozmawiać z min. Było to na sianokosach, dokąd wysłano dwie żeńskie brygady z konwojem - na trzy tygodnie - do letniego obozowiska, daleko od łagru.

Hrabia Puszczyn był pierwszym Rosjaninem, który rozbudził we mnie umiłowanie wielkiej rosyjskiej literatury, a szczególnie poezji. Wieczorami, przy ognisku recytował nam wspaniale - nieraz z gitarą - najświetniejsze strofy swoich ziomków. Zasłuchiwali się w tym pięknie prości chłopcy z konwoju, zapominając nieraz o obowiązku ogłoszenia ciszy nocnej... .

Nie tylko tego nauczył nas ten niezwykły człowiek, znający w rosyjskim tłumaczeniu „Trylogię” Sienkiewicza, „Chłopów” Reymonta. Wpoił nam umiejętność dostrzegania piękna otaczającej przyrody, umiejętność przenoszenia się - na przekór okrutnej rzeczywistości – w czarodziejski świat literatury. To pozwalało , choć na krótkie chwile, zapomnieć o naszej sytuacji. Dotychczas tylko modlitwa pozwalała odrywać się od teraźniejszości.

Za przyczyną też Puszczyna nasze dziewczyny zostały uratowane od zagłady w Siediju, w tym piekle błotnistego sowchozu, gdzie po roku - dwóch, albo wyginęłyby z głodu, albo co gorsza - stoczyłyby się do poziomu podludzi. Używając cichych protekcji i kontaktów z obozowym systemem „samoobrony szlachetnych” - umieścił je wszystkie w centralnym szpitalu, gdzie zostały laborantkami i pielęgniarkami. Ja zostałam wcześniej przeniesiona do przemysłowego łagru.

Nieraz myślę, wspominając tamte czasy, ile miałyśmy szczęścia my, polskie dziewczyny, że nie osiągnęłyśmy dna ludzkiego upodlenia w obozie. Bo nie śmierć była tam straszna. Straszne było zezwierzęcenie i upadek, który osiągali nawet ludzie ongiś mocni, szlachetni i prawi. Co stanowiło o tym, że nie wytrzymywali próby męczarni głodowych, psychicznych i fizycznych, nadludzkiej pracy, zimna i bicia? Czy można ich winić za słabość charakteru? Nie wiem. Myślę, że fakt spotkania Puszczyna i seria innych dziwnych przypadków, które w rezultacie nas ocaliły od ostatecznej próby, były chyba kierowane ręką Opatrzności, czuwającej nad nami.

To, że byłyśmy świeże, młode, tryskające życiem i urodą (niektóre, jak Stenia Sz., nawet oślepiającą) – niczego nie tłumaczy. Były Łotyszki, Ukrainki, Węgierki, nie mniej urocze i młode, a spotkała je straszna dola. Kończyły jako zarażone obozowe prostytutki, albo zakatowane, zagłodzone, „dochodziły”, to znaczy powoli umierały z głodu, pokryte nie gojącymi się ropiejącymi ranami. Zniekształcone wodną puchliną rozsadzającą skórę, albo jako sino-żółte szkielety lejące ustawicznym rozwolnieniem po piszczelach nóg – tak docierały do kresu ziemskiej wędrówki.

O ile mi wiadomo, z naszej dużej wileńskiej grupy, córka kelnera, „poszła w tango” obozowej prostytucji, ale na szczęście w 1948 roku, w ramach umowy Bierut-Stalin, wyjechała do Polski odsiedziawszy tylko trzy z dziesięciu zafasowanych lat wyroku. Dwie inne zmarły. Jedna na przewlekłą chorobę, druga na skutek wypadku. A było w UCHT-IŻEM-ŁAGU w KOMI ASRR ponad sto młodych Polek z Wilna.

Winnam tutaj wyjaśnienie, co oznaczała umowa Bierut-Stalin. Otóż należy Bierutowi oddać sprawiedliwość, że wiele zrobił dla uratowania Polaków w ZSRR. Wspomniana umowa w 1948 roku zwolniła z obozów przedterminowo do Polski tysiące Polaków. NKWD wybierało naturalnie najmniej „groźnych” politycznie, z tym, że kryteria były różne. Nie kierowano się wysokością wyroku ani jego sentencją. Zaważyły chyba raporty donosicieli, od których pęczniały nasze akta personalne. Wyjeżdżali ludzie najróżniejsi, wyglądało to nieraz na loterię. Niektórzy z pozostałych w obozach pomawiali tych szczęśliwców o kolaborację. Nie wierzę. Osobiście kilku beniaminków losu znałam bardzo dobrze i wykluczam kategorycznie taką możliwość w ich przypadku.

Drugi piękny czyn Bieruta to spowodowanie repatriacji ponownej w latach 1955-1958. Tym razem przyjechały tysiące ludzi po odbytych wyrokach. Ta fala Polaków uratowanych dla ojczyzny nigdy nie zapomni o wdzięczności dla prezydenta i tych anonimowych działaczy, którzy w 1954 roku do tego doprowadzili. Zresztą my, Polacy, byliśmy zawsze przedmiotem zazdrości ze strony więźniów innej narodowości zarówno w GUŁAG-u jak i na zsyłce. Bardzo szybko wyróżniliśmy się jako grupa dobrze zorganizowana i solidarna. Szybko też dostrzeżono nasze umiejętności i – jak już pisałam – większość Polaków skończyła z pracą fizyczną, plasując się wysoko w produkcji i przemyśle, z racji wiedzy, inteligencji i umiejętności organizacyjnych, co wynikało z osobistej odwagi podejmowania, nieraz ryzykownych, decyzji. Tam właśnie, gdzie Niemcy zawodzili, gdyż umieli organizować struktury znane i niezmienne, natomiast gdzie potrzebna była nagła improwizacja, wymagająca szybkiego refleksu i odwagi, tam zdecydowanie dominowali Polacy.

Zazdroszczono nam tego, że jedynie socjalistyczny rząd PRL upomniał się o nas, że otrzymywaliśmy paczki z zagranicy, podczas gdy ani Węgrzy, ani Rumuni ani obywatele innych sojuszniczych republik tego nie doczekali się do dziś. Byli i są przez swoje rządy wykreśleni z żywych.

Pamiętam tylko jeden przypadek, kiedy wódz państwa upomniał się o swoich ziomków. Był to Herr Adenauer – żelazny kanclerz NRF – a więc państwa nie socjalistycznego. Zaraz po śmierci Stalina złożył on wizytę w Moskwie 1955 roku, gdzie specjalnie dla niego, na czas jego pobytu, uruchomiono świątynię, w której co dzień odprawiał poranne modły. Na skutek jego negocjacji Niemcy i Niemki zaczęli otrzymywać nie imienne, lecz anonimowe, znormalizowane paczki z niemieckiego Czerwonego Krzyża, a później, w latach 1953 – 54 repatriowano większość z nich do Reichu.

Historia znalezienia się Niemców w obozach rosyjskich warta jest opowiedzenia. Nie mam tu na myśli przestępców wojennych, gestapowców i SS-manów, których skazywano na karę śmierci lub dożywotnie więzienie. Nie mam też na myśli Niemieckich jeńców wojennych, których po umiejętnym przesianiu pozostawiono w Rosji jako wybitnych fachowców w specjalnych obozach, aby z ich pomocą zbudować przemysły: optyczny, precyzyjny, chemiczny i inne. To im należy się wdzięczność Rosjan za zegarki, arytmometry, aparaty fotograficzne i inne nie znane do wojny „cudeńka”. Nie muszę chyba przypominać jakim dziwem był zegarek lub rower dla przeciętnego obywatela ZSRR do czasu „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”. Braki te nie wynikały ze słabych mocy przerobowych przemysłu lub ograniczonej ilości surowca. To brak było mózgów i umiejętności dziedzicznych. Zresztą i dzisiaj cały przemysł precyzyjny i elektroniczny nie są zlokalizowane w Rosyjskiej Federacyjnej Republice, nie ma tam robotników do tej produkcji. To Gruzja, Armenia, Estonia, Litwa i Łotwa wyspecjalizowały się w tych gałęziach.

Do obozów w GUŁAG-u przybywały, gdzieś od 1948 roku, całe transporty spokojnych obywateli Berlina zachodniego, a także ich krewnych z NRF goszczących tu z wizytą. Zdumiewające to były postacie. Tak jak porankiem wyszli z domu z siatką lub torbą na zakupy, aby nabyć we Wschodnim Berlinie masło czy wędliny (wtedy nie było jeszcze sławetnego muru, a ceny propagandowe na artykuły żywnościowe we wschodnim sektorze były niższe) – tak znaleźli się w głębi azjatyckiego kontynentu. Ci mężczyźni i kobiety w futerkach narzuconych na podomki jechali do śródmieścia, tam zaś wyspecjalizowane służby radzieckie rozpoznawały swoje ofiary i szybko tegoż, lub następnego dnia ekspediowano je do Moskwy, gdzie bez żadnych ceregieli, przyszywano im szpiegostwo i z wyrokiem 15 lat (normalka) wysyłano na Syberię.

Niemki przybywały do naszego obozu zupełnie osłupiałe, nie mogące jeszcze pojąć dokładnie, co się z nimi dzieje, bo było to nazbyt absurdalne jak na zdrowy europejski rozsądek, niestety maligna okazywała się prawdą. Widziałam matki, które dziesięć dni temu wyszły z domu, zamykając na chwilę dzieci i pozostawiając rosół gotujący się na gazie.

Tempo procedury radzieckiej było zawrotne. Działano według znanego czekistowskiego zawołania: „dajcie mi człowieka, a paragraf znajdzie dla niego raz-dwa”. Naturalnie, te porwania nie trwały długo. Jakimiś kanałami opinia publiczna w Niemczech została zaalarmowana i bez przepustki do wschodniego sektora nikt nie odważał się przechodzić. Wrzawa międzynarodowa wokół tej sprawy była ogromna! Wszelkie organizacje starały się ocalić tych nieszczęśliwców od syberyjskiej katorgi. Niestety odpowiedź Moskwy – jak należało oczekiwać – była jednobrzmiąca: „osób o takich danych personalnych u nas nie ma.” - Tego rodzaju zarzuty o przetrzymywaniu obcych obywateli, to kolejna imperialistyczna potwarz na miłujące prawo i pokój państwo radzieckie.

Jednak wywiad niemiecki działał i – jak się okazało – kanclerz Adenauer przywiózł w 1953 roku wykazy „zaginionych”. Za jaką cenę wytargował ich zwolnienie, nie wiem, ale zrobił to skutecznie. Po paczkach nadchodzących obficie przyszły szczęśliwe godziny wyzwolenia, kiedy to całymi partiami ładowano te cienie ludzkie do komfortowych wagonów, przebierając w ludzki przyodziewek. Karmiono ich i pojono, aby przed przybyciem do Reichu odzyskali kondycję.

Danym mi było widzieć wtedy rozpacz Rosjanek i słyszałam ich pełne bólu wyrzuty: „To my, które walczyłyśmy z Frycami (Fryc – pogardliwa nazwa Niemców w ZSRR), które gniłyśmy w okopach, przelewałyśmy krew na pierwszej linii frontu, a za głupie pomówienia albo fałszywe oskarżenia trafiłyśmy do obozów, nie znajdujemy litości u naszych?! A te Fryce puszą się i docinają nam że „o nich ojczyzna nie zapomniała”, a my gnijemy i zgnijemy tutaj! Gdzie jest sprawiedliwość?!!!”.

Trzeba przyznać, że ludzie wolni, zza zony obozu, nie wyłączając tych z „naczalstwa” i wojsk ochrony uważali, że fawory okazywane Niemcom są oburzające. „W końcu kto wygrał wojnę? Dlaczego Kreml idzie na ustępstwa? Z tym nie można się pogodzić!”.

Tak, ściskały się nam serca, ale życzyłyśmy tym szczęśliwcom, aby szybko dotarły do swoich „gemütliche haus-ów”.

Co do niemieckich specjalistów rekrutujących się z byłych jeńców wojennych, to wielu z nich nie wyjechało do Niemiec. Osiedlono ich na pół-wolnej stopie, założyli rodziny, mieli bardzo dobry status materialny. Budowali sobie piękne modrzewiowe domy, urządzali ze smakiem i... pozostawali, pomimo tego, że w 1955 roku otworzyły się przed nimi ponownie drogi powrotu do ojczyzny, do NRD. Spotkałam kilku z nich w Krasnojarsku. Tęsknili oczywiście, ale dzieci wychowano dwujęzycznie, kultywując tradycje niemieckie i obyczaj. Żony były Łotyszkami, Węgierkami, rzadziej Rosjankami, oczywiście były to zsylne.

Przetrzymywanie jeńców wojennych poza określonymi umowami terminami to w ogóle metoda radziecka. Gdy w 1948 roku przeniesiono nas bezprawnie do katorżniczych łagrów na Syberii (OZER-ŁAG – Osobo Zakryty Reżimny Łagier na linii kolejowej Tajszet – Brack w Irkuckiej oblasti), ze zdumieniem spotkałyśmy całe obozy jeńców wojennych Japońskich. Przejmowałyśmy po nich baraki i prace przy budowie kolei i wyrębie lasów.

Kolej ta, to zalążek słynnego obecnie BAM-u, Bajkalsko Amurskiej Magistrali. Wtedy za mojej bytności, doprowadziliśmy szynę do Uść-Iliamu. Było to w 1954 roku. W momencie przybycia na trasę więźniów politycznych w 1948 roku – nasyp, bez szyn, dociągnęli Japończycy do połowy trasy Tajszet – Brack.

Oto ewidentny przykład „Komsomolskich budów”. W grudniu 1948 my, więźniowie OZER-ŁAG-u, przeczytaliśmy w „Ogońku” o tym, jak konsomolcy budują trasę Taiszet – Brack, aby zrealizować bracką hydroelektrownię. Spotkanie z Japończykami było dla mnie pouczające ze wszech miar. Znałam już Chińczyków i coś-niecoś zrozumiałam z ich mentalności. Jakże inni byli ich krewni z Nipponu. Oba narody łączą takie cechy jak: laboratoryjna schludność, umiłowanie ładu i estetyki, pracowitość wręcz niepojęta. Ich obozy to majstersztyk budownictwa i zdobnictwa. Ponure standardowe baraki z modrzewiowych okrąglaków, przetykanych mchem, jaśniały inkrustacjami z białej brzozy. Wykwint klozetów oszołomił nas. Miały kształt pagód z siedzeniami – fotelami z oparciem, a drewno bielało czystością. Przy każdym stanowisku pojemnik z kory brzozowej, a w nim mech o fakturze aksamitu spełniał rolę papieru toaletowego.

Do pomieszczeń mieszkalnych nie wchodzono w drewnianych „japonkach”, lecz w białych bawełnianych skarpetkach z jednym palcem na trzymanie palców. Na terenie „zony” wszędzie rabaty z feerią barwnych kwiatów, ławeczki, altany. Ta pachnąca, przyozdobiona czystość, zaskakiwała nas tym bardziej, że kultywowali ją spracowani, ba.... zaharowani mężczyźni! Nigdy nie zapomnę widoku, jak mały, szczuplutki Japończyk pracujący przy pomocy taczki nie mógł jej poderwać z bezwładu i przenieść ciężaru na koło, chociaż nie było w niej nadmiaru gliny. Najpierw rozśmieszyło mnie to zmaganie się małego ludzika, ale potem poczułam podziw. Jednak w końcu z rozbiegu, kilkakrotnie atakując pokonał opór. A pracował tak cały dzień sumiennie i rytmicznie.

To samo było przy wyrębie lasu. Istnieje przepis międzynarodowy mówiący, że prawidłowa eksploatacja lasu wymaga ścinania drzew na wysokości 1/3 średnicy pnia u podnóża, to znaczy nisko. Przy stuletniej sośnie jest to 25 cm nad ziemią. Otóż w tym czasie japońscy jeńcy wojenni byli bardzo osłabieni głodem i nie mogli – jak tłumaczył mi ich oficer – pracować tak pochyleni, bo tracili równowagę, a na kolanach cały dzień w śniegu nie wystoi się. Piłowali zatem nieprzepisowo, na wysokości łokcia. Nadleśnictwo wymagało przestrzegania norm i karnie zabierano im za to część racji żywnościowych. Skierowano więc starszych i słabszych do obniżania pni. Trzeba było widzieć, jak te zakutane małe figurki, drzazga po drzazdze, siekierkami, maczetami, dłutami i ogniem wykruszały z uporem miąższ pnia, siedząc na śniegu na przywiązanych do tyłków trójnogach. Była to cierpliwa benedyktyńska praca, jakiej żaden wariat się u nas nie podjął, gdyż miąższ pnia jest u dołu bardzo twardy i żywiczny. Oficer wyjaśnił nam, że do powału lasu, który grozi śmiercią przy najmniejszej nieostrożności, ma bardzo niewielu wystarczająco sprawnych. Normę wykonać musi, inaczej będą niedożywieni, organizuje więc tak siłę roboczą, aby pomniejsze prace wykonywali słabsi. „Pomniejsze prace?....”

Dyscyplina u Japończyków była żelazna. Wszystkie rangi zachowane. Czołobitność i posłuszeństwo absolutne. Widziałam jak łapali żmije i zaskrońce, ich przysmak (zresztą wcale nie gorszy od minogi, a nawet węgorza), jadłam je upieczone na ognisku. Otóż łapali te gady przyczajając się w krzakach, jednym susem dopadali żmiję, łapali kciukiem i palcem wskazującym za głowę, oddzielali łepek, nacinali skórę wzdłuż brzucha i po chwili skóra zdjęta była jak rękawiczka, a gad wędrował na patyku do ogniska. Nigdy łowca nie zjadał swojej zdobyczy. Po upieczeniu ofiarowywał ją dowódcy. Ten spożywał przysmak w zupełnym spokoju uważając to za rzecz zupełnie naturalną.

Otóż tutaj ujawniły się różnice między Chińczykami, a Japończykami. Chińczycy i Japończycy wyszli z jednego pnia. Nippon powstał w rezultacie kolonizacji chińskiej. Daleko jednak rozeszły się ich drogi. Tam, gdzie Chińczyk jest uprzejmy, Japończyk jest czołobitny, lecz wyczuwa się w nim potworną dumę, ba nawet pychę, poczucie swojej wyższości. Tam gdzie Chińczyk w sposób naturalny i skromny nie eksponuje swojej osoby, tam Japończyk robi gesty, ale to tylko rytuał grzecznościowy, pod którym wyczuwa się skoncentrowaną siłę.

Nie wiem – może się mylę – zresztą moje spotkanie z poddanymi Nikada było krótkie, podczas gdy z synami Państwa Środka życie mnie wielokrotnie zderzało, ale ci oficerowie i żołnierze, wzięci do niewoli w Mandżurii trzy lata temu, nie utracili poczucia swojej wartości. Gdy się brało pod uwagę klęskę ich ojczyzny i to druzgocącą, straszliwe katusze bytowania – postawa ta budziła zdumienie. Byli oni nadal częścią wielkiego mocarstwa. Naturalnie godne najwyższego szacunku było to, że nie załamali się, nie „spsieli”..., ale gdzieś na dnie serca porównywałam ich z Chińczykami i wciąż wychodziło mi jedno: Japończycy to naród zaborców, noszący głęboko ukrytą agresję i potrzebę dominacji za wszelką cenę. Chińczycy to stara, piękna kultura, ale już bez pazurów i kłów. Japończycy zaś wykazywali prężność młodego narodu.

Naturalnie, należy między bajki włożyć opowiastki o tym, jak to chińskie wojsko przerywa wszelkie bitwy w czasie deszczu, lub inne, że walczy tylko pozycyjnie, niezdolne do walki wręcz. Łagodność i pewien stoicyzm – powiedziałabym nawet konfucjańska zaduma nad światem i świadomość jego przemijania – daje temu narodowi pewien filozoficzny dystans do życia, czego o Japończykach powiedzieć nie można. Oni są narodem, który chce mieć tu i teraz mieć co najlepsze i co jest godne pożądania.

Rozumiałam Mao Ce-tunga w jego ustawicznym utrzymywaniu narodu chińskiego w psychozie zagrożenia. Nie dziwiły mnie te okopy, którymi zryto większe miasta na wiele lat i ta musztra sześcioletnich dzieci przyuczanych do władania drewnianymi automatami. Wiem, do czego to było potrzebne. Wódz chciał obudzić przez poczucie zagrożenia – ducha agresji, wolę walki, desperackie straceństwo takie, jakie cechowało Japończyków w ostatniej wojnie. Chciał przemóc w swoim narodzie pewną subtelną ironię, którą otacza się tu osiłków, awanturników, atletów i wogóle wszelkie demonstracje siły. W tym też upatruję przyczyny Rewolucji Kulturalnej. Mao chciał zniszczyć przeszłość, która czyniła jego ziomków subtelnymi filozofami, ironistami, niezdolnymi do wszelkich rozpraw. Stąd szczucie młodych i inne nieprawdopodobne akty. Nie tylko Ciang Cing była winna, sam Mao był autorem tej perwersyjnej idei, mającej na celu uczynić z narodu spokojnych kulisów i filozofów – naród agresorów, aby - gdy przyjdzie godzina – uderzyć nim jak zwiniętą pięścią w cel. Znał swoją nację, sam był jej cząstką. Najlepszym dowodem tego jest fakt, że w słynnym „Wielkim Marszu” prowadził wielotysięczną, potężną rewolucyjną armię bezdrożami, klucząc tak, aby nie spotkać wojsk rządowych, a trwało to całe miesiące. Taktyka ta przyniosła mu upragnione zwycięstwo i Chiny stały się komunistyczne, lecz - jak widzimy - świadomie unikał on konfrontacji zbrojnej, mając słuszne powody wątpić w ducha bojowego chińskich chłopów i robotników, gdy po drugiej stronie były wojska japońskie z Mandżurii i pomoc japońskich interwentów.

 


 

W brzuchu molocha

 

W Związku Radzieckim funkcjonuje obiegowa sentencja, często cytowana przez jego obywateli: „sowieccy ludzie dzielą się na trzy kategorie: tych co siedzieli, tych co siedzą i tych, co będą siedzieć ”. Żart ten jest bliski rzeczywistości, bo jeśli obliczymy, że w 1948 roku – zgodnie z materiałami ujawnionymi w ONZ-cie przez Amerykanów – w obozach sowieckich siedziało około 30-tu milionów więźniów, czyli około 12% ówczesnej populacji kraju, to przy rotacji pięcioletniej dla kryminalistów i dziesięcioletniej dla politycznych (bo takie średnie wyroków należy przyjąć) praktycznie w ciągu 75-ciu lat każdy obywatel radziecki mógłby odsiedzieć wyrok od 5 do 10 lat.

GUŁAG – Gławnoje Uprawlienije Łagierej – to potężne państwo. Moloch obejmujący mackami północ Syberii, Daleki Wschód, Azję Środkową i Krąg Polarny. Tam, gdzie nieludzkie warunki uniemożliwiają zwerbowanie ludzi wolnych, pracują na „wielkich budowach komunizmu” więźniowie. Na Biełomorkanale, w Komsomolsku, na Amurze i innych budowach, na których komsomolcy pojawiali się przed przecięciem wstęgi.

Jak Piotr Wielki na kościołach Finów i Karelczyków zbudował Petersburg, tak Stalin kośćmi swoich poddanych – a potem ludów zagarniętych ziem – mościł drogi wiodące przez pustkowia do skarbów ukrytych w ziemi lub na jej powierzchni, manipulując całymi narodami jak marionetkami lub zgoła ołowianymi żołnierzykami.

Całe grupy etniczne znikały z powierzchni tej ziemi, jak choćby Kałmucy od ponad tysiąca lat zamieszkujący stepy nad morzem Kaspijskim, mający do wojmy autonomiczną republikę ze stolicą Klistą. Lud ten wyznawał lamaizm i zgodnie z wierzeniami musiał corocznie odprawiać poselstwo z daniną do żywego Buddy w Tybecie. Mimo ofiar śmiertelnych, co roku emisariusze przedzierali się starą trasą przez Afganistan-Pakistan, przełęczami górskimi, z ubogą daniną do Tybetu.

Powoli trzebiono ten naród za wierność starej wierze, aż po zwycięskiej wojnie zakończono sprawę od razu. Znikła – bez żadnego ogłoszonego publicznie aktu prawnego – Kałmucka Autonomiczna Republika. Całą niemal populację kałmucką wywieziono w ciągu miesiąca w głąb Syberii, w drodze wywlekano z wagonów martwych, zamarzniętych, a było ich więcej niż żywych. Na mapach znikła nawet nazwa stolicy Klista zamieniona na „Gorod Stiepnyj” - a terytorium to okazało się częścią Rosyjskiej Federacyjnej Republiki.

To samo przytrafiło się Krymskim Tatarom, pięciu małym narodom Kaukazu: Kabardyńcom, Czeczenom, Inguszom, Lezgińcom i Czerkiesom. Kaprys satrapy, pochodzącego z żydowskich Moronitów, którzy przed wiekami zjawili się w Gruzji uciekając przed prześladowaniami braci żydów za odstępstwo od mojżeszowego wyznania, a potem wtopili się w żywioł tych ziem i stali się Gruzinami, człowieka o rodowym nazwisku Dżugaszwilli i imieniu Józef, który przybrał przydomek Stalin po ucieczce z prawosławnego seminarium duchownego. Kaprys tego człowieka wystarczył, aby sczezły całe narody i plemiona, a ich wiekowa tradycja i kultura zostały wymazane z powierzchni ziemi.

Niedobitki tych ludów razem z Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami, Łotyszami, ... i Polakami – budowały potęgę tego państwa swoją niewolniczą pracą w obozach. Zresztą nie tylko oni - prawidło objawione we Francji w 1793 roku mówiące, że „rewolucja pożera swoje dzieci” - tu sprawdziło się nieomylnie. Siedzieli w obozach nie tylko starzy komuniści – towarzysze Lenina, którzy z nim robili paźdźiernikowy przewrót. Siedzieli komuniści wszystkich narodów i ras, którzy uciekając przed prześladowaniami w swych ojczyznach, przybywali do tej Mekki, szukając schronienia pod opiekuńczymi skrzydłami wodza światowego komunizmu. No... i znaleźli tu schronienie – w obozach GUŁAG-u! Na próżno dobijali się do swojej Dolores Ibarury czy innych Wilhelmów Picków i Dymitrowych – tam za drutami obozów kończyli życie, mając co parę lat przedłużane wyroki na mocy kapturowych sądów tak zwanej „Trojki”.

Od czasów inkwizycji hiszpańskiej świat cywilizacyjny nie znał takiej procedury sądowej, jaką miała „Trojka”. Oskarżonego nie przesłuchiwano, nie stawał przed żadnym trybunałem, nie widział śledczych ani sędziów. Po prostu z Moskwy przychodziła „bumaga”, że: „Czerezwyczajnoje Zasiedanije Sudziebnej Trojki (nadzwyczajne posiedzenie sądowej trójki) rozpoznawszy zarzuty przeciwko oskarżonemu (tutaj dane personalne) za działania przeciwko państwu radzieckiemu skazuje go na tyle to a tyle lat obozu.”.

Koniec. Kropka. Wiem, że brzmi to niewiarygodnie, ale jeszcze w 1948 roku cuciłam starą trockistkę zemdlałą po wyjściu ze sztabu obozu, gdzie odczytano jej kolejny – trzeci wyrok Trójki, skazujący na nowych osiem lat. W sumie już siedziała od 1932 roku bez przerwy. Szesnaście lat przeżyła tylko dzięki temu, że była wybitnym oftalmologiem i leczyła kaprawe, ropiejące oczęta obozowym kacykom i ich familiantom.

Najokrutniejsze były jednak wyroki, które otrzymywali Rosjanie, prości ludzie zmamieni pięknymi obietnicami radzieckich przedstawicieli w zachodnich obozach-kwarantannach dla byłych sowieckich jeńców wojennych i wywiezionych do Reichu na roboty. Jechali z całym dobytkiem, z rodzinami i dziećmi, które tam zdążyły się narodzić, do upragnionej ojczyzny. Już na granicy odprawiano ich do więzienia, zabierając im całe mienie, rozdzielając na zawsze z dziećmi, aby wychować je po swojemu.

Wyroki otrzymywali standardowe: do 25 lat jeńcy za zdradę ojczyzny, a cywile za szpiegostwo lub, jeżeli to byli już bardzo prymitywni ludzie, za antysowiecką agitację, gdyż rzekomo gloryfikowali „zgniły kapitalizm”, chwaląc się szybko zarobionymi bogactwami u burżujów.

Gdy w połowie mojego dziesięcioletniego wyroku przywieziono mnie do Wilna na ponowne śledztwo, w byłym pałacu książąt Sanguszków nad Wilią, przerobionym przez Polaków na koszary, a przez Rosjan na więzienie, siedziałam w olbrzymich celach, byłych salach balowych, w których pokotem leżał tłum rosyjskich kobiet matek, córek, całych rodów oczekujących już po wyroku na transport do obozów.

Te kobiety były oszalałe, nie mogły pojąć co się im przytrafiło. Słyszało się ich skowyt, było to prawie głuche wycie, bo miały od krzyku zerwane struny głosowe. Tłukły głowami o ściany, potem zapadały w tępe odrętwienie i znów ponawiały ataki rozpaczy, graniczące z obłędem, które im na długo odbierały siły.

Jeszcze miesiąc temu mogły pozostać w Holandii, wyjechać do Kanady, do Australii czy Nowej Zelandii, dokąd werbowano całe rodziny, wypłacając grube zaliczki. Im się jednak marzyła ukochana ojczyzna. Już miały pewien dorobek, poznały obcy język, były syte, ubrane, czyste. Szanowano je jak ludzi, każdą zaś pracę opłacano godziwie, a przecież były u obcych. A tutaj swoi – lżyli je, odarli z wolności i mienia, zabrali wszelką nadzieję, a co najstraszniejsze – dzieci!

To była antyczna tragedia grecka. Cóż się dziwić, że po takich lekcjach, Polakom ta dola nie wydawała się aż tak bardzo okrutna. Ostatecznie krzywdziło nas odwiecznie wrogie imperium. Czy na czele stał Romanow-car, czy gruziński rozstrzyga-Stalin ( tak nazywają w Rosji rzucających stan duchowny) – jakaż to była różnica?

Dla Rosjan dzieciobójczynią była ich matka – Rosja, do której tęsknili, kochali i dążyli na jawie i we śnie. Czy to nie meduza-Gorgona z greckich mitów, która pożarła swoje dzieci ?

Wiele by można na temat Rosji i Rosjan powiedzieć. Jedno jest pewne, naród ten i jego historia to nieprzerwany ciąg krwawych rozpraw, rzezi, okrucieństw i nieludzkiej doli. Od XIII wieku, przez trzysta lat trwała niewola tatarska, czyniąca z nich podludzi. Ich kobiety: żony, matki, córki gwałcono publicznie i zbiorowo na centralnym placu, z przymusem oglądania tego widowiska przez wszystkich członków społeczeństwa, z dziećmi włącznie, a zakrywających oczy chłostano. Była to zwyczajna forma kary za przewinienia w rodzaju opieszałości w płaceniu trybutu chanowi krymskiemu lub uwłaczaniu godności namiestnikowi tatarskiemu, np za niezbyt szybkie i gorliwe okazywanie czołobitności.

Potem był Iwan Groźny i jego rzezie setek niepokornych „opryczników” na placu, który w ciągu jednego dnia spłynął krwią tak obficie, że do dziś zwany jest Czerwonym. Tam żony bojarów-buntowszczyków nagie, pachołkowie katowscy przeciągali, posadziwszy okrakiem na żelaznych linach, tak długo, aż przecięte prawie do pasa, po godzinach niewysłowionej męki, umierały z upływu krwi.

Potem był Piotr Wielki i znów rzeź całych pułków „Strzelców”. W jednym dniu wymordowano ich tysiące, katom drętwiały ręce od ciężaru toporów. To tylko większe jednorazowe mordy. Częstsze były wypadki takie, jak zabawy ziemian uświetniane wystawianiem w zimowej scenerii szpalerów z doskonałych rzeźb lodowych, wyobrażających greckich herodów, boginki i nimfy, tyle, że pod lodem były nagie ciała chłopek i chłopów pańszczyźnianych, których na trzydziestostopniowym mrozie polewano tak długo wodą, aż stężeli na śmierć. Dopiero wiosna uwalniała te ciała od lodu, a rodziny mogły pogrzebać zmarłych.

Tak... Rosja jest straszna. Nie oszczędził Iwan Groźny syna, własnoręcznie i powoli go zaszlachtował, uważając, że ma za słaby charakter, aby mu powierzyć tron. Nie oszczędzały rody carskie braci i sióstr zagrażających sukcesji. Duszono, palono, głodzono w wieżach.

Dlatego do niedawna w Rosji bicie żon, dzieci, starych kobiet nazywano „pieszczotą”. To była miłosna troska, aby ich ukochanym z nadmiaru łaski ojcowskiej, synowskiej czy mężowskiej, wątroba nie gniła. Trzeba więc ją było od czasu do czasu poruszyć pięścią.

Nie należy się dziwić, że ci ludzie nie zrywają pęt, nie buntują się, przecież nie znają innego życia. W ich zbiorowej pamięci historia zapisała na zawsze, że władza jest i ma prawo być okrutna, taka – znaczy – jest mistyczna właściwość.

Wszystkie ich pieśni i byliny mają ten sam wzorzec: silny władca jest zawsze krzywdzicielem, inaczej być nie może. Godzą się zatem z krzywdą – bez szemrania na ogół.

Nam jednak niełatwo było pojąć to od razu po przybyciu do obozów. My, Polacy, buntowaliśmy się, nie pozwalaliśmy się bić i lżyć. Stawialiśmy opór i to często – o dziwo! – skuteczny. To samo dotyczyło Litwinów, Łotyszy i Estończyków. Po paru latach nawet stworzył się w obozach specjalny status tych nacji. Szczególnie z nami postępowano ostrożniej, bo my naród desperatów i – czort wie – co możemy wywinąć. Zresztą okazało się, że umiejętności koncepcyjnego myślenia i odwaga szybkiego podejmowania właściwych decyzji w awaryjnych sytuacjach, które w budownictwie i przemyśle obozowym występowały permanentnie, dawały nam przewagę nad innymi. Staliśmy się poszukiwanymi fachowcami i pożądanymi przez każdego naczelnika pracownikami. Wtedy po paru latach , zaczęło się nam łatwiej żyć. Ale początki były straszne.

Adaptacja pochłonęła wiele ofiar. Tam, na tej okrutnej ziemi, wielu zostało pogrzebanych, a mogił ich nikt nie znajdzie, gdyż w państwie, gdzie w każdym klubie, stołówce, biurze wisi na czerwonej szmacie wypisany frazes: „Człowiek – to brzmi dumnie” - tam ten człowiek odarty do naga , z dyktową plakietką uwiązaną do dużego palca nogi, zostaje wrzucony do wspólnej mogiły na pięćdziesiąt ciał i zasypany chlorowanym wapnem. Ta dyktowa deszczułka jest jego nekrologiem, odzieniem i wszystkim, co mu z życia pozostało. Jest to skrót jego danych personalnych i najważniejsze: paragraf kodeksu, z którego był osądzony. Na mogile, gdy jest pełna i zasypana, stawia się palik z numerem kwatery. Kozy okolicznej ludności pierwszą wiosną zadeptują te paliki, spasając nędzną trawę, a cmentarzy w tych krainach się nie ogradza, nawet cmentarzy ludzi wolnych. Byłby to zbędny luksus i zawracanie głowy. Sowieckie cmentarze, nawet w tak dużych miastach jak Krasnojarsk – to przygnębiający obraz zaniedbania i obojętności żywych.

Pierwszą połowę wyroku – pięć lat – odsiedziałam w Ucht-Iżem-Łagu. Znajdował się on w europejskiej części Związku Radzieckiego, w Autonomicznej Republice Komi. Stolicą tego kombinatu niewolniczej pracy była Uchta. Osada powstała w XIX wieku jako obóz poszukiwaczy ropy i ośrodek zarządzający faktoriami skupującymi cenne futra od miejscowej ludności pochodzenia mongolskiego zwanych Czudź, potem Zerianie, a Stalin dał im nowe miano: Komi. Była to granica rozpoczynającego się w pobliżu kręgu polarnego, a zarazem granica tajgi i tundry. Uchta leży na wysokości Archangielska, ale klimat ma o wiele surowszy, bo morze jest daleko i nie łagodzi arktycznych mrozów, dochodzących do -42°C. Od maja do sierpnia noce są białe, a od listopada do marca prawie nie ma dziennego światła. Zorze polarne świecą pięknie, a koloryt nieba – jak na całej północy – nieprawdopodobnie piękny. Tych zachodów i wschodów słońca nie da się opisać. To istna feeria, orgia kolorów, kształtów i ruchu obłoków.

Poza tymi pięknościami natura poskąpiła urody tej ziemi, tak jak jej rodowym mieszkańcom. Zresztą może źle oceniam tych ludzi, bo byli już wyniszczeni głodem gdy ich ujrzałam. Mówili o sobie, że każdy rodzi się u nich z oszczepem w dłoni jak prawdziwy myśliwy. Do rewolucji powodziło im się niezgorzej. Faktorie dawały im za futra wszystko co potrzebne do życia. Władza radziecka odebrała strzelby, zlikwidowała faktorie, pozostawiła im prymitywne myśliwstwo, zbieractwo jagód i grzybów, co nie zapewniało im niezbędnego do przeżycia minimum. Na południu swojej republiki mieli sowchozy hodujące renifery, tam żyło się lżej, ale tu – wymierali powoli. Żyli w skórzanych jurtach lub lodowych igloo. Nosili tak, jak i Eskimosi futrzane malcze (malcz – kombinezon ze spodniami, wyrzucana na nie kurtka z kapturem) – stroje Kręgu Polarnego. Wyznawali szamanizm. Byli łagodni i flegmatyczni. Ich kobiety oddawaly sie na pierwsze żądanie obcym. Korzystali z tego dobrodziejstwa żołnierze z jednostek strzegących więźniów. Poczytywali oni łatwość Zerianek za zepsucie, w istocie zaś było ono uwarunkowane odwiecznym obyczjem gościnności i nie przeciwstawiania się mężczyźnie. W końcu jednak sprostytuowano je wiedząc, że są głodne. Ukuto zawołanie, którym witano każdą pojawiającą się w polu widzenia konwojentów starą czy młodą Zeriankę: „dasz za chleb?” przy czym lżono je. Jak zawsze i wszędzie krzywdziciel musi jeszcze splugawić swoją ofiarę, aby ulżyć swojemu sumieniu. Nieszczęsne, zagubione, głodne kobiety.

Język tego mongolskiego ludu zrozumiały był dla Finów, Karelów, Estończyków i ... Węgrów, którzy słupieli ze zdumienia, że pojmują tę mowę. Nie było w tym nic zagadkowego. Przecież Madziarzy to biali Mongołoidzi, którzy przybyli ze stepów Azji tak, jak Zerianie, w tym samym czasie Wielkiej Wędrówki ludów.

Wracając do Ucht-Iżem-Łagu , to obejmował on swoim zasięgiem terytorium jednej piątej obszaru Polski. Liczebność więźniów: około 500 tysięcy więźniów politycznych i kryminalnych. Ten gigant miał własne drogi, telefoniczną i krótkofalową komunikację, a w jego skład wchodziły doskonale wyposażone zakłady przemysłowe, zdolne wytworzyć wszystko: od igły do luksusowego samochodu, nie mówiąc o traktorach i ciągnikach. Należy dodać, że mogły to wszystko wyprodukować z metali tutaj wytapianych, gdyż na miejscu były huty metali czarnych i kolorowych. Było zaplecze konstrukcyjne z fachowcami europejskiej klasy, oddającymi swoją nowoczesną myśl techniczną za pajdę chleba.

Kombinat miał przemysł drzewny i zakłady meblarskie, produkujące nie tylko taśmowe serie, ale i fałszywe „Ludwiki” i „Chippendale”. Świetni artyści – stolarze wyrabiali intarsjowane i inkrustowane cacka, godne królewskich pałaców.

Były tu fabryki konfekcyjne, szyjące dla moskiewskich ministerstw liberie portierów. Tak – portierów. Bo to proletariackie państwo jest rządzone przez perweniuszy, lubujących się w okazywanej im czołobitności. Zapatrzeni na Hiletony, Waldorf-Astorię i arystokratyczne posiadłości – stawiają tych umundorowanych fagasów, aby im otwierali drzwi w każdym gmachu państwowym, uważając, że to bardzo szykowne.

Było tu nawet atelier plastyczne, w którym kilkudziesięciu malarzy kopiowało na okrągło nieśmiertelne landszafty z trzema „bogatyriami” i „śnieguroszką”, a przede wszystkim nadnaturalnej wielkości portrety, dostając od tego obłędu i ataków bezsilnej furii. Nie muszę chyba dodawać, czyje to były portrety.

Ale tak naprawdę to wszystko było dodatkiem, kamuflażem, dla właściwego powodu zlokalizowania tutaj gigantycznego systemu obozowego. Powodem tym były dwie tajne gałęzie produkcji wojskowej: jedna – nuklearna – ciężka woda, druga produkcja specjalnego rodzaju sadzy z gazu i z ciężkiej ropy, mającej tutaj złoża. Ropa i gaz ziemny dawały kopeć, mający jakieś szczególne zastosowanie w przemyśle wojskowym. Więźniowie obsługujący obie gałęzie przemysłu zbrojeniowego byli ściśle izolowani od reszty. Ogół o ich istnieniu nie wiedział. Ponieważ jednak umierali szybko od napromieniowania, ze statystyki prowadzonej w zarządzie obozów przez kilku aresztantów, dopływały o nich wiadomości do niewielkiego grona.

Na zakończenie opisu kombinatu muszę dodać, że miał on swoją bazę żywieniową – trzy olbrzymie kompleksy agrarne, produkujące okopowe, gdyż dla zbóż, za wyjątkiem owsa, było jednak za krótkie lato. Natomiast kapusta, buraki, rzepa, marchew i ziemniaki udawały się doskonale. Ziemia była żyzna, torfowa, ale wieczna zmarzłota tajała latem na dwa sztychy łopatą, czyli na głębokość do 30 cm, dlatego usypywało się dla warzyw wysokie grzędy z odtajałej gleby, aby korzenie mogły się płożyć.

Naturalnie więźniowie nie jadali smakowitych warzyw czy szklarniowych nowalijek - były one przeznaczone dla szklarniowej elity, wolnych. Dla nas zostawały kapuściane liście, kiszone w całości, przebrana rzepa i ziemniaki. Podstawą wyżywienia więźniów był owies, nie kasza ani płatki – tylko całe ziarna odarte z łuski.. Smakował wyśmienicie i czarny chleb, który zgnieciony w dłoni „płakał”. Czasem, od święta, gotowano proso i dawano pulpety z mączki rybnej, bywało też czasem rekinie mięso, podobne do starej wołowiny, rozpadające się po ugotowaniu na grube włóka i jaskrawo czerwone. Trochę tylko pachniało tranem – nawet niezłe. Kucharze-Chińczycy, bo to oni w większości stanowili obsługę kuchni, pralni i łaźni, wyczarowywali cuda z produktów, które otrzymywali. Wtedy doceniłam umiejętności tego narodu, jego talenty nie tylko kulinarne, lecz także pracowitość, uczciwość i schludność. Współczucie budziły ich kobiety ze zdeformowanymi stopami, które wyglądały jak kikuty. Były ostatnimi ofiarami tysiącletniego obyczaju, nakazującego czynić z nich drepczące laleczki, niezdolne bez pomocy ujść dalej niż kilometr. Miało to im dawać dziecięcą bezbronność i słodycz, w istocie służyło całkowitemu uzależnieniu od mężczyzny. Chinki w obozie, nie mogąc pracować fizycznie za zoną ze względu na te bandażowane od niemowlęctwa, kalekie nogi, utrzymywały się z cudownych haftów, wykonywanych pokątnie dla nadzorczyń i żon obozowych naczelników. Te sowieckie kobiety nawet nie zdawały sobie sprawy, jak wysoką wartość artystyczną mają te rękodzieła nabyte ze bochenek chleba czy kostkę margaryny.

Ze zdumieniem dowiedziałam się, że do niedawna kobieta chińska, nawet żona najnędzniejszego kulisa, nie wykonywała ciężkiej pracy fizycznej. Jej rola naczelna – to macierzyństwo. Nawet fanza – chata kulisa – była pod tym kątem budowana. Parter domku był izbą gospodarską z kuchnią. Góra, naścielona bambusem, do której dostawano się po łagodnie nachylonej drabinie, była królestwem kobiety. Tam przebywała ona przez większość dnia, razem z dziećmi, pielęgnując je i ucząc podstawowych umiejętności. Schodziła na dół tylko dla ugotowania strawy i przepierki. Duże prania i poważniejsze dania, jak pieczenie ryb, przyrządzanie małży, krewetek lub pędraków, należały do mężczyzn, nie mówiąc o przygotowaniu chrustu na opał i transporcie wody do kadzi przy fanzie. Kobietę nie tylko chroniono przed ciężarami – kobiety nie bito, zresztą dzieci również. Okazało się, że stare chińskie przysłowie: „kobiety nie bij nawet kwiatem!” - to nie frazes, lecz obowiązujący kanon obyczajowy. Przynajmniej w Mandżurii, skąd pochodziła więziona w obozach ludność.

Nie tylko to znamionowało wysoki poziom kultury i cywilizacji tego bardzo starego narodu. Takiej schludności, zachowanej w najcięższych, obozowych warunkach, nie widziałam u żadnego innego narodu. Niemki, z ich sławioną czystością, gdy nie miały co jeść, popadały w niechlujstwo. Chińczycy umierali z głodu w pachnących czystością, wyłatanych, wycerowanych drelichach. Gdy brak im było mydła, gotowali ług z popiołu, a w ostateczności tak długo gnietli i tłukli swoje odzienie w wodzie, aż stawało się kryształowo czyste.

Ci Azjaci pokazali nam, Europejczykom, co to znaczy godność osobista. Byli za słabi, aby przyjąć otwartą walkę w jej obronie, więc unikali kontaktów z obozowymi „urkami” i kozakami, przemykając chyłkiem z opuszczoną głową, ale kiedy ich zaczepiano potrafili dać odpór. W Krasnojarsku, na kołchozowym bazarze, wściekłe syberyjskie baby sprzedające swoje warzywa, nie mogąc ścierpieć okazałości i konkurencyjnych cen tych samych zielenin na chińskich straganach, chwytały konkurentów za warkocze i wyklinały. Wtedy ci mali ludkowie „dawali odpór”, jeden piorunujący chwyt i dorodne baby waliły zadami o bruk aż huczało, a oko zaledwie mogło uchwycić ten błyskawiczny ruch, którym ją Chińczyk podciął.

W obozie operowali nożem i to jak! Karmiona w szkole opowieściami o okrucieństwie żółtej rasy, musiałam zrewidować ten mit. Tak – wierzę, że potrafią być okrutni, ale kiedy i w stosunku do kogo? W sytuacji ekstremalnej. Żyłam później w wielkiej przyjaźni z kolonią chińską w Krasnojarsku, gdzie po wyroku byłam na zsyłce.

Chińczycy to naród subtelny, czuły, o wielkim poczuciu sprawiedliwości, który potrafi dla przyjaciół oddać wszystko. To nie dzika, barbarzyńska, ciemna horda, bezmyślnie zadająca cierpienie. To ludzie pracowici, o ogromnym poczuciu piękna i ładu, cierpliwi i skromni, obdarzeni prawdziwą delikatnością uczuć. Naturalnie nie mogę tego odnieść do całej populacji tego wielkiego państwa, bo przecież składa się ona z trzech podstawowych narodów i wielu mniejszych grup etnicznych. Zetknęłam się z Chińczykami północnych terytoriów – z Mandżurii i dorzecza Amuru.. Ci doprawdy zmusili mnie do szacunku i podziwu dla ich cech charakteru i wysokiej kultury.

Zresztą moje zdanie podzielali inni, którzy tam przebywali. Natomiast wszyscy, nawet wrogowie Chińczyków, przyznawali, że to naród niewiarygodnie uczciwy. Otóż – Chińczycy tak długo za dynastii Mingów karani byli za krętactwa i niewypłacalność obcinaniem rąk, stóp i zakopywaniem w ziemi po szyję, że w ich systemie myślowym nie istniała ewentualność, że ktoś może sprzeniewierzyć się danemu słowu, czy nie wypłacić się z kredytu.

Kiedy Sowieci, przepędziwszy Japończyków z Mandżurii w końcu drugiej wojny światowej, na czas jakiś tam się zainstalowali ze swoimi bazami „wojskowymi” i rodzinami, Chińczycy odwiecznym obyczajem w swoich sklepikach w stylu „szydło, mydło i powidło”, udzielali im i ich żonom kredytów. Ci zaś chwyciwszy taką okazję, nabierali wszelkiego cennego dobra na kredyt, naturalnie ani myśląc rozliczać się. Doszło wtedy, po jakimś czasie, do dantejskich scen. Oszukani drobni kupcy oblegali rosyjskie koszary tłumnie, domagając się widzenia z dowództwem, które jednak nie uznało za właściwe mieszać się do tych spraw. Wtedy poszły w ruch krzywe noże. W ciągu kilku tygodni trup padał gęsto. W ciemnych uliczkach nie sposób było ustalić sprawców. Doszło do tego, że z rosyjskich koszar nikt nie wychodził bez silnej eskorty i też zdarzały się przypadki, kiedy bez jednego strzału, którego konwojenci oddać nie zdążyli, wycinano w pień ich i ich podopiecznych – gromadki kobiet i dzieci.

W ramach ślepego odwetu wyciągano na chybił-trafił z jednej uliczki, nocą, całe chińskie rodziny sklepikarzy i wywożono do Sojuzu, bezprawnie naturalnie sądząc ich za domniemane morderstwa. Stąd w obozach, w europejskiej części Związku znaleźli się Chińczycy, nieraz z całymi rodzinami. Kiedy Mandżurię przyłączono do Chin, a radzieckie wojska odeszły, wieść o tych wypadkach gruchnęła w całym państwie. Jak więc można się dziwić, że nie kochają Rosjan w Chinach.

Zresztą, w wiele lat później, jak już mówiłam, na zsyłce w Krasnojarsku, widziałam zderzenie się tych dwóch narodów. W mieście tym przebywali w dużych zakładach przemysłowych na stażu młodzi inżynierowie i technicy chińscy. Jeździłam z nimi jednym trolejbusem do pracy i z pracy. Byli zawsze czyści, nienagannie ogoleni, pachnący mydłem, w skromnych, ale wyprasowanych kitlach jasnoniebieskiego koloru takich, jakie nosił Mao. W największym tłoku zachowywali grzeczność i wzgląd na współpasażerów. Widziałam ich oczy, kiedy patrzyli na cuchnących wczorajszym przepiciem, nieogolonych i brudnych rosyjskich kolegów rozpychających się łokciami i bluzgających wulgarnymi słowami. Inżynierowie rosyjscy zagadywali do nich, lecz ci z uprzejmością odpowiadali monosylabami. Cała pogarda i niesmak był w oczach tych spadkobierców kultury mającej cztery tysiące lat, choć twarze mieli nieruchome. Był to okres „polityki stu kwiatów”, kiedy dwaj wielcy sąsiedzi okazywali sobie najczulszą przyjaźń. Ale już wtedy wiedziałam, że to zderzenie się dwóch postaw, dwóch cywilizacji i dwóch potęg ma ładunek wybuchowy. Wystarczyło popatrzeć na te scenki.

Czyż w Azji tylko Chińczycy nienawidzą Rosjan? Cała Azja Środkowa pamięta sposoby polityczne, jakimi przyłączono po rewolucji Emirat Buchary, wyżynając w pień kwiat dżygitów, broniących swojej ojczyzny. Pominąć też nie można niegodziwe zabory terytoriów i ludów nie należących nawet za caratu do Rosji. Należy pamiętać, że i Kazachowie i Turkmeni i Uzbecy i Tadżycy to muzułmanie. Nie chodzi o to, że władza radziecka, znosząc wielożeństwo, pozbawiła mężczyzn erotycznych rozkoszy. O, nie! Wystarczy popatrzeć na te ludy, aby zrozumieć. Wielożeństwo było czynnikiem ekonomicznym, który uwalniał mężczyzn od pracy produkcyjnej. Te kobiety uprawiały bawełnę, herbatę i warzywa. To one hodowały jedwabniki nosząc na piersi woreczki z jajeczkami, z których wykluwały się czerwie, a potem cały cykl – aż do tkanin i ich barwienia – był domeną kobiet. One kopały aryki (rowy nawadniające), uprawiały motyką pole. Dlatego dziś kobiety tych ludów są małe, krępe, krótkonogie – to ciężar życia przez całe wieki kształtował tak ich sylwetki. Zajęcia mężczyzn ograniczały się do pasterstwa i hodowli koni, w większości jednak do zarządzania haremami. Wysiadywali w cienistych „czajchanach” (herbaciarniach), oddając się męskim zajęciom przy herbacie – paleniu margilli, dyskutowaniu o polityce, komentowaniu Koranu, grze w szachy itd. Ci mężczyźni, smukli, o wiotkich taliach baletnic, z pięknymi, rzeźbionymi dłońmi i postawą iście królewską – są właśnie produktem życia w warunkach szlachetnego nieróbstwa, zapewnionego im Koranem i obyczajem. Gdy chłopiec kończy pewien wiek (około ośmiu lat) odbywa się coś na kształt inicjacji. Od tego dnia przechodzi on spod władzy matki i kobiet pod władzę ojca i jest traktowany jak mężczyzna, a nie dziecko. Jest to wielka uroczystość rodzinna, ale pewna jej część jest tajna. Cóż zatem się dzieje takiego, co musi być zakryte przed okiem intruza? Nie, nie obrzezuje się, jakby ktoś mógł przypuszczać, ten zabieg jest wykonywany w niemowlęctwie. Dżygit (chłopiec) dostaje kindżał z ozdobną rękojeścią i wszyscy mężczyźni z jego rodu odbierają przysięgę, że – gdy nadejdzie czas – zatopi on uświęcone ostrze w ciele najstraszliwszego wroga, jakim jest Rosjanin. Może taka chwila nie nadejść w jego życiu, należy czekać na znak. Wówczas musi swoim potomkom przekazać ten nakaz świętego Koranu – zniszczyć jego wrogów.

Rosjanie o tym wiedzą. W 1979 roku, po wypadkach w Iranie, usiłowali pozyskać sobie wyznawców islamu, zwołując corocznie imponującą konferencję światową uczonych badaczy Koranu. Przez dwa lata istotnie frekwencja dopisała. Do Aszchabadu zjeżdżali uczeni z Afryki, Azji, nawet Ameryki. Ale po zbrojnym zajęciu Afganistanu zamiast 1500 delegatów , zjawiło się tylko 200 i cała impreza zwiędła.

W Mongolskiej Republice chyba tylko władze z Ułan-Bator czują sentyment do Kremla, bo pasterze dobrze pamiętają, jak w ramach rozliczeń powojennych, w latach 1946-48 pędzili do Irkucka nieprzeliczone tabuny najdorodniejszego bydła i koni. A stamtąd nie mogli odjechać do ojczyzny widząc, jak zwierzęta stłoczone na ciasnych kwadratach kolczastym drutem padają z pragnienia i głodu, nawet skóry ich stawały się nieprzydatne. Usiłowali więc wypuścić bydło i gnać je z powrotem. Odstawiano ich pod strażą do granicy. Nie mogli tego marnotrawstwa i okrucieństwa pojąć, oni – miłujący konie i swoje stada – odwieczny pasterski lud gratów.

Zresztą nie tylko za to nie czują sentymentu do Rosjan. Przetrwała także pamięć o tym, jak prawie od 1930 roku krasnoarmiejcy uganiając się za baronem Ungernem uwożącym skarb carski – ileś tam wagonów złota i precjozów, które przeładowano potem na wielbłądy – naruszali ich spokój plądrując kraj, torturując przy wymuszaniu zeznań o tym, gdzie ukryto skarb? Gdzie się podziewa ataman Siemionow (baron Ungern, nota bene urodzony we Wrocławiu na Karłowicach, pochodzący ze starego rodu pruskich junkrów, trafił na służbę do rosyjskiego cara po finansowej ruinie, zwagarował po rewolucji, w szeregach „białych” odegrał ważną rolę)?. Całe plemiona pasterskie czekiści zdziesiątkowali przesłuchaniami i to na całkowicie suwerennym mongolskim terytorium. Nie muszę chyba odpowiadać na pytanie: czy Mongołowie kochają Rosjan? Widziałam ich stosunek do „przyjaciół”, gdy zetknęłam się z nimi na zsyłce. Zaczęli traktować mnie przyjaźnie w swoich jurtach dopiero wtedy, gdy wyjaśniło się, że jestem Polką, a nie Rosjanką. To samo powtórzyło się później w Ałma-Ata, stolicy Kazachstanu, dokąd przybyłam z całą brygadą innych zsylnych konwojować transport owoców i jarzyn do krasnojarskiego trustu restauracyjnego. Nasi „opiekunowie”, oficerowie z bronią, nie odważali się po zapadnięciu zmroku wysunąć nosa poza obręb hotelu. Wtedy prosili mnie i innych, aby kupić im papierosy lub żywność. Jeżeli już musieli wyjść, to tylko uzbrojoną grupą.

Wracając do atamana Siemionowa i skarbu: podobno Lenin na łożu śmierci w 1924 roku szczególnie nakazywał przyłączyć wschodnią Syberię, atamana pojmać i odzyskać „zołotoj fond”, jak nazywano skarb. Wschodnią Syberię przyłączono wkrótce. Atamana pojmano w dwadzieścia lat później, w końcu II wojny światowej, kiedy wyzwolono Mandżurię od japońskich okupantów. Desant specjalnej jednostki, daleko od linii frontu, zaskoczył go nocą wraz z rodziną w jego posiadłości. Skarbu nie odnaleziono do dziś. Z córkami atamana spotkałam się w syberyjskim obozie. Obie otrzymały po 25 lat łagrów za to tylko, że w ich żyłach płynęła krew Siemionowa.

Powróćmy do obozu i praw w nim rządzących. Trzeba wiedzieć, że przybywający do łagrów bali się panicznie wszelkiej władzy, i to bez wyjątku: kierownictwa obozu, nadzorców wewnątrz obozowych, konwojentów, itd. Już sam uniform z błękitnym otokiem na czapce i takich że naramiennikach, budził grozę, kojarząc się ze śledztwem, przemocą i bezmyślnym okrucieństwem. Bardzo szybka jednak, co bystrzejsi odkrywali, że ci ludzie nie błyszczą inteligencją. Działała selekcja negatywna i to podwójna. Starzy czekiści – bojąc się „ideologicznego uwiedzenia” - intoksykowali swoich mameluków nienawiścią do więźniów politycznych, dobierając odpowiednio tępych i nierozgarniętych kandydatów. Jeżeli nawet przez te oczka sieci przemknął ktoś inteligentniejszy, to po krótkim czasie pracy następowała druga selekcja: albo szybko awansował tak wysoko, że praktycznie nie miał bezpośredniego wpływu na życie obozu, albo – jeśli miał sumienie – uciekał lub rozpijał się.

W taki oto sposób mieliśmy przeciwko sobie idiotów, co samo w sobie było niebezpieczne, ale pozwalało na manipulację nimi. Należało w tym celu dokonać tylko jednej rzeczy: powolutku, nie płosząc, nie budząc czujności, zbliżyć się do nich i oswoić ich.

Naturalnie góra wymyśliła drakońskie przepisy, aby zapobiec takiej możliwości. Za kontakty z więźniami, a szczególnie politycznymi, groziły duże wyroki. Za pożyczenie książki, nawet dzieł Stalina, za sam fakt kontaktu pozasłużbowego groziła kara do 10 lat więzienia, nie mówiąc już o przenoszeniu listów „na swobodę” poza cenzurą obozową lub za kontakty cielesne. Za to ostatnie, jako najgroźniejsze, bo mogące doprowadzić do ucieczki więźniarki lub zdrady tajemnic państwowych – groziły najwyższe wyroki, nawet do 25 lat.

Ale nie pomagały zakazy i groźby . Więźniowie polityczni i tak sprawowali nieformalną kontrolę życia obozu. Działo się tutaj tak, jak oni chcieli. Trust najinteligentniejszych mózgów znajdował swoje sposoby na to, aby kluczowe funkcje więźniarskie były właściwie obsadzone, bo od tego zależało życie i los setek ludzi. Ciekawe, że nie istniała żadna podziemna organizacja jak w hitlerowskich obozach zagłady. Po prostu funkcjonowała milcząca zmowa ludzi dobrej woli, bez regulaminów, instrukcji i szyfrów.

To było zrozumiałe samo przez się. Naturalnie zdarzały się zdrady i pomyłki, lecz niezmiernie rzadko. Po prostu specyfika obozu była taka, że nie można się było kamuflować na dłuższą metę. Wszystko działo się na oczach innych. Ludzie stłoczeni na małej przestrzeni , w ciasnych barakach, znali nawet sny i urojenia sąsiadów. Dlatego donosiciele tzw. „stukacze” bywali bardzo szybko rozszyfrowywani. Trudno było ukryć wizytę u „kuma”, jak nazywano „oper-upełnomoczennych” (operatywnych pełnomocników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego), którzy w obozach podległych innemu resortowi – Ministerstwu Spraw Wewnętrznych – mieli zadanie pilnowania prawomyślności wolnych funkcjonariuszy obozowych i wykrywanie spisków politycznych wśród więźniów.

Jeszcze trudniej niż wezwania do „kuma” było ukryć zmianę bytu, gdyż taka współpraca była opłacana machorką, produktami żywnościowymi albo ciuchami, które pojawiały się nagle, bez wiadomego źródła, którym mogła być paczka z domu. Ale tego nie dało się podrobić, bo paczki były awizowane na druku pocztowym, otwierane przez nadzorców przy więźniach, itd., więc szczęśliwie i dziwnie wzbogacony więzień bywał raz-dwa rozpoznawany.

Do naszego przyjazdu, to znaczy do końca wojny, obozami władali kryminaliści, gdyż była ich większość. Po wojnie proporcje odwróciły się na korzyść politycznych. Zresztą w latach 1948 – 49, w okresie zimnej wojny, zaszły w życiu obozów kardynalne zmiany.

Z całkowitą pogardą dla praw i przepisów dokonano przeniesienia części więźniów politycznych do obozów katorżniczych ze specjalnie obostrzonym reżimie. Tu należy wyjaśnić, że otrzymywaliśmy wyroki na odbycie kary w „wychowawczych obozach pracy”, można też było „zafasować” wyrok do odsiadki w więzieniu. Obozy katorżnicze były nieliczne i wyroki opiewające na pobyt w nich bardzo rzadkie. Dotyczyły zresztą tylko niebezpiecznych recydywistów, wielokrotnie karanych za rozboje, mordy, ucieczki, itd.

Wtedy, w 1948 roku, przeprowadzono selekcję naszych akt personalnych, stawiając na nich wszelkiego rodzaju tajne znaki, które potem rozszyfrowaliśmy. Niektóre z nich oznaczały: zlikwidować natychmiast w wypadku wojny lub zamieszek. Taki znak miała moja teczka. Zaszczytu tego dostąpiłam nie ze względu na materiał zebrany w śledztwie. Sprawa była tuzinkowa taka, jak wielu innych Akowców z Wilna. To moja podejrzana znajomość języków obcych, pewne wścibstwo i niezależność natury sprawiły, że byłam w pojęciu czekistów wysoce podejrzaną i nie w pełni rozszyfrowaną, tajemniczą postacią, a zatem niebezpieczną. Nasze teczki widzieliśmy w czasie transportów, przeorganizowywania obozów i innych okazjach, przy których sprawdzano pojedyncze dane i tożsamość więźnia.

Jednym słowem, od 1949 roku więźniowie polityczni byli izolowani od kryminalistów. Było ich jednak trochę między nami, gdyż w czasie okupacji kolaborowali z Niemcami i stali się dzięki temu więźniami politycznymi, ale był to margines. Chwaliliśmy nawet sobie ich obecność. Ostatecznie trzeba było czasem mieć kogoś do obrabiania kieszeni naczelnikowi lub „spuszczenia manta” komu trzeba. Wśród politycznych kryminalistki zachowywały się na ogół grzecznie, znając swoje miejsce. Większych kłopotów z nimi nie było.

Na temat stosunków obozowych kursowała „skazka”, na wzór starych rosyjskich bajek. Rozpoczynała się ona tak:

„W niekotorem carstwie, w niekotorom gosudarstwie,

żyli-byli tri nacji: Zyki, Wyny i Wojny...”

Otóż w bajce tej mowa jest o trzech narodach żyjących w pewnym państwie. „Zyki” - to skrót od „zakliuczennyje” - więźniowie, „Wyny” - to wolno najemni, służby techniczne, kierujące produkcją i „Wojny” - wojskowi. Każdy z tych narodów uważał, że to on rządzi tym obozowym państwem, lecz naprawdę działo się tam tak, jak sobie życzyli więźniowie.

I należy przyznać, że ta opowiastka nie daleko odbiegała od prawdy. Wpólnota losu i wspólny przeciwnik konsolidowały ludzi o bardzo odległych światopoglądach, lecz podobnym profilu moralnym i intelektualnym.

O tej grze, prowadzonej przez pewną (tak to nazwałabym) elitę więźniów, nie wiedziały masy obozowe, ale czasem wyczuwały jej istnienie. Natomiast władze obozowe prawie wcale nie orientowały się, że bywają manipulowane. Ich poczucie gigantycznej siły, którą reprezentowali, czyniła niemożliwym przypuszczenie, że oto ci wyjęci spod prawa podludzie, zdani na ich absolutną dobrą lub złą wolę, mogą ich wodzić za nos. Byli marionetkami nie wiedząc o tym.

Zresztą nie tylko w obozie poznałam prawdę, że wola i intelekt mają dużą szansę wygranej, jeżeli po stronie przeciwnej jest siła nie poparta rozumem.

Łaskawy los dał mi być świadkiem wielu wspaniałych, choć cichych zwycięstw ludzi wyjętych spod prawa, z władzą potężną, lecz zaślepioną własną głupotą.

Ludzki umysł i duch solidarności – w obliczu wspólnego zagrożenia - oto potęgi, które doprawdy, wbrew trzeźwym rachubom i pozornie fatalnemu rozkładowi sił – dają zwycięstwo stronie słabszej, lecz nie plugawej jak przeciwnik.


 

 

 

Wrocławska Inicjatywa Stop Seksualizacji Dzieci ostrzega przed planowaną edukacją

Ta witryna używa plików cookie, aby zapewnić użytkownikom maksymalny komfort przeglądania. Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.