Get Adobe Flash player
Redakcja

Redakcja

"Na przełomie lat 80 i 90 niemiecki wywiad BND za pośrednictwem CDU finansował rozwój kilku partii na polskiej scenie politycznej. O niektórych z nich pamiętają już tylko historycy, bo dawno temu zniknęły ze sceny. W polityce pozostali jednak wywodzący się z nich ludzie, zwłaszcza przedstawiciele jednej, sprzyjającej niemieckim interesom w Polsce.

Mowa o Kongresie Liberalno - Demokratycznym, utworzonym na początku lat 90 siłami działaczy gdańskiej opozycji solidarnościowej, m.in. Donalda Tuska i Jacka Merkla. Wspierały ich „tuzy” polskiej myśli ekonomicznej, Jan Krzysztof Bielecki i Janusz Lewandowski, a także kilku znaczących TW Służby Bezpieczeństwa vide Michał Boni, którzy „godnie” i aktywnie reprezentują dziś Polskę w strukturach Unii Europejskiej, domagając się nałożenia sankcji na swój kraj.

Choć KLD zniknął tak szybko, jak się pojawił – wchodząc w międzyczasie w skład Unii Demokratycznej i Unii Wolności Leszka Balcerowicza – to jego czołowi przedstawiciele w osobach Bieleckiego czy Lewandowskiego zdążyli doprowadzić do zapaści polską gospodarkę i sprywatyzować większość przedsiębiorstw.

Mechanizm był prosty: doprowadzić przedsiębiorstwo do upadłości decyzjami administracyjnymi, a potem oddać za bezcen komu trzeba.

Powstanie KLD do dziś owiane jest tajemnicą, a politycy tej partii z niechęcią wspominają postać Wiktora Kubiaka, nieżyjącego już polsko-szwedzkiego biznesmena, w latach 80 TW Wojskowej Służby Wewnętrznej i kooperanta gangsterów z „Pruszkowa”, a przy okazji menedżera kilku gwiazd estrady z Edytą Górniak na czele.

To w apartamencie Wiktora Kubiaka w hotelu Marriott w Warszawie politycy KLD spotykali się przy najlepszej szkockiej whisky i kubańskich cygarach, snując polityczne wizje. To także tam przedstawiciele CDU dostarczali w „reklamówkach” – o czym mówił m.in. Paweł Piskorski – niemieckie marki niezbędne politykom KLD na rozwój działalności partyjnej.

W tamtych czasach w Kongresie Liberalno Demokratycznym nie było jeszcze pewnej ważnej postaci, której rola nie została spozycjonowana do dziś – jej czas dopiero miał nadejść. Przyszły rzecznik rządu PO - PSL oraz minister koordynator do spraw służb specjalnych, Paweł Graś – bo o nim mowa – działalność opozycyjną rozpoczął podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Studiował prawo i dziennikarstwo. Jeszcze w czasie studiów został dyrektorem w polsko-niemieckiej spółce informatycznej ABW Pro-Holding GmbH, należącej do Paula Roglera, z którym poznał się w RFN w 1989.

Rogler, to typowy przykład kariery w iście amerykańskim stylu – „od pucybuta do milionera”. Do 1987 prowadził skromny punkt ksero w bawarskiej mieścinie Selb, położonej na pograniczu Czechosłowacji, NRD i RFN, by niedługo później pojawić się w Polsce, już jako właściciel prężnej informatycznej firmy Rotronik EDV- -Entwicklungen i założyć jej filię: Pro-Holding.

Rogler i Graś prowadzili wspólnie szereg interesów, ale bez szczęścia. Firmy Roglera notorycznie notowały straty, wydawałoby się, że zgodnie z logiką i zdrowym rozsądkiem niemiecki biznesmen powinien wycofać się z nierokującego rynku. Ale biznesmen działał wbrew logice. Po sprzedaży jednej firmy notującej straty, lokował pieniądze w kolejne przedsiębiorstwo notujące straty i tak nieomal bez końca.

W 1998 Graś zniechęcił się do biznesu, co jednak nie zraziło go do pogłębiania znajomości z niemieckim biznesmenem. Paweł Graś znał elitę polityczną Krakowa z czasów w NZS-ie i postanowił wykorzystać ten fakt do zrobienia kariery politycznej. Należał do Unii Polityki Realnej, Ruchu Stu i Akcji Wyborczej Solidarność, z której dostał się do Sejmu. Karierę polityczną kontynuował w Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym, a następnie w powstałej z inspiracji generała Gromosława Czempińskiego Platformie Obywatelskiej.

Jego działalność polityczną cechowała jedna ciekawa kwestia – od początku kariery interesowały go przede wszystkim służby specjalne i zagadnienia tzw. „bezpieczeństwa narodowego”. Był uczestnikiem szkoleń z dziedziny bezpieczeństwa i obronności w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i w Niemczech, doradzał w sprawach bezpieczeństwa premierowi Jerzemu Buzkowi, zasiadał w Komisji Obrony Narodowej oraz Komisji Nadzwyczajnej ds. Rządowego Projektu Ustawy o ABW i AW. Przewodniczył stałej Podkomisji do spraw Współpracy z Zagranicą i NATO, Komisji ds. Służb Specjalnych, a od listopada 2007 do stycznia 2008 pełnił funkcję pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa i był nieformalnym koordynatorem do spraw służb specjalnych w randze sekretarza stanu. Z tej ostatniej funkcji został odwołany w 2008 i powierzono mu funkcję rzecznika rządu.

Obserwatorzy mylili się sądząc, że było to spowodowane utratą zaufania do niego przez premiera. Przeciwnie. Donald Tusk chciał chronić Grasia i chciał chronić siebie – i wolał dmuchać na zimne. Chodziło o sprawę kontaktów koordynatora ds. służb specjalnych z niemieckim biznesmenem, która mogła zaszkodzić rządowi.

Tusk, zręczny PR-owiec, zrobił po prostu krok do przodu i wytrącił argumenty z rąk przeciwników. Był to bowiem jeszcze czas, gdy miał w PO ograniczoną władzę i gdy jego błędy mocno punktował Grzegorz Schetyna. Pod wpływem doradców premier przesunął Grasia z newralgicznej funkcji na mniej decyzyjne, za to rządowe stanowisko. Uniknął w ten sposób zarzutów, że człowiek mający niejasne związki biznesowo-towarzyskie z potencjalnym przedstawicielem Bundesnachrichtendienst (BND) ma „pod sobą” wszystkie możliwe służby specjalne.

W tamtym czasie było już bowiem tajemnicą poliszynela, że Paul Rogler „wychodził” w czynnościach operacyjnych ABW, jako powiązany z niemieckim wywiadem BND, ale przez wzgląd na Grasia sprawie „ukręcano łeb”. Dlaczego?


By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zanurzyć się w przeszłość.


Paweł Graś był przewodniczącym NZS-u Uniwersytetu Jagiellońskiego. A działo się to wówczas, gdy działali tam młodzieńcy stanowiący chwilę później awangardę nowych – starych kadr delegatury UOP w Krakowie, jednostki najeżonej esbekami, ale zarazem skupiającej działaczy NZS-u. Grupie tej przewodzili Maciej Hunia, absolwent szkoły wywiadu w Starych Kiejkutach, Grzegorz Reszka, Paweł Białek, późniejszy za-stępca Szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, i Janusz Nosek.

Dawnym studenckim opozycjonistom przewodził Tadeusz Rusak, dobry znajomy Bronisława Komorowskiego – a kilka lat później szef WSI zasłużony w „wyczyszczeniu” śledztwa CBŚ w sprawie fundacji „Pro Civili” – oraz szef krakowskiej delegatury Mieczysław Tarnowski, jego zastępca.

Z warszawskiej Centrali delegaturze UOP w Krakowie patronowali posiadający właściwie nieograniczony wpływ na pracę służb specjalnych Konstanty Miodowicz, Bartłomiej Sienkiewicz i Wojciech Brochwicz.

Czy w tej sytuacji Graś mógł czuć się bezpiecznie? Mógł – i tak było. Liczył, że ze strony przyjaciół z czasów studenckich nie grozi mu niebezpieczeństwo odnoszące się do kontaktów z niemieckim biznesmenem podejrzewanym o związki z niemieckim wywiadem BND – i tak się stało.

Paweł Graś odwdzięczył się później kolegom z nawiązką, ułatwiając im awanse na najwyższe stanowiska. Było to już w czasach, gdy miał duży i coraz większy wpływ na Donalda Tuska. Zwłaszcza w materii służb specjalnych.

Koniec końców w tej sytuacji kontrwywiad krakowski jedynie markował „monitorowanie” działalność Paula Roglera, od czasu do czasu zlecając swoim źródłom mało aktywne działania operacyjne i realizując działania obserwacyjne, z których wiele nie wynikało – bo najzwyczajniej w świecie wiele wyniknąć nie mogło. Przy okazji jednak wyszło na jaw, że tak naprawdę Roglerem kontrwywiad interesował się aktywnie już w latach 90, a nawet wcześniej. Punktem wyjścia były jego kontakty z personelem konsulatu niemieckiego w Krakowie – kontrwywiad szybko wyłapuje takie osoby poprzez obserwację prowadzoną ze Stałych Punktów Zakrytych oraz przez Osobowe Źródła Informacji, werbowane pod kątem operacyjnego zabezpieczenia personelu placówek dyplomatycznych w RP, a do takich zaliczają się konsulaty.

Okazało się, że jednostki kontrwywiadu weszły w posiadanie informacji, że Paul Rogler, wspólnik w interesach Pawła Grasia, kontaktował się w Polsce z jednym z obywateli Niemiec ”przechodzących” – jak mówi się w języku służb specjalnych - w sprawie Ryszarda Tomaszka, a ten fakt w kontekście potwierdzonych informacji o szpiegostwie Tomaszka i o budowaniu przez niego niemieckiej siatki szpiegowskiej w Polsce był co najmniej zastanawiający.

Wagę tej informacji zwiększał inny fakt - wiele danych potwierdzało związki Roglera z BND, a wszystkie te wątki układały się w logiczną całość. Wystarczyło tylko połączyć kropeczki. Kto miał to jednak zrobić, skoro „grupa krakowska” wszystkie zmiany przetrwała w miarę bezboleśnie – no, może jedynie z krótką przerwą w latach 2005-2007.

W owym czasie parasol ochronny nad Grasiem rzeczywiście na moment został zwinięty i sprawa od razu nabrała tempa. Funkcjonariusze kontrwywiadu z miejsca uzyskali sporo danych dotyczących związków Grasia z niemieckim biznesmenem podejrzewanym o kooperację z BND.

Najbardziej interesująco wyglądały wątki dotyczące wątpliwości w sprawie bezinteresowności działalności Roglera w Polsce w kontekście Grasia. Potwierdzały je niepokojące informacje odnoszące się zwłaszcza do początków tej znajomości, sięgającej lat 80.

Sprawa rozwijała się dynamicznie, ale ostatecznie nie znalazła operacyjnego epilogu z jednej prostej przyczyny: po kryzysie rządowym w 2007 wybory wygrała PO.

Jesienią 2007 p.o. szefa ABW został Krzysztof Bondaryk, za którego kandydaturą stali Wojciech Brochwicz, Konstanty Miodowicz i Bartłomiej Sienkiewicz, przedstawiciele „grupy krakowskiej”. Graś został zaufanym doradcą premiera Donalda Tuska, najbliższym współpracownikiem, i tym samym na kierownicze stanowiska w służbach wrócili jego koledzy z czasów studenckiej opo-zycji: Macieja Hunię mianowano szefem Służby Wywiadu Wojskowego, a następnie Agencji Wywiadu, z kolei Janusza Noska – Szefem SKW.

Ostatecznie sprawa kontaktów Pawła Grasia z obywatelem Niemiec podejrzanym o związki z BND została zamieciona pod dywan, co było o tyle łatwe, że była to sprawa operacyjna.

Ostatnią nadzieję na powrót do tej historii stanowił Ryszard Tomaszek, który po wyjściu z więzienia i wyjeździe do Niemiec na stare lata z powrotem zamieszkał w Polsce z dożywotnią pensją ponad 10 tysięcy złotych od niemieckiego rządu za działalność szpiegowską dla BND w naszym kraju – ale Niemcy skutecznie zamknęli mu usta…


Wracając do domu myślałem o sytuacji naszego kraju, w którym jedno przestępstwo ludzi na wysokich stołkach zacierało poprzednie, aż wreszcie wszystkie te popełnione przestępstwa połączyły się w jeden wielki system przestępstw, których nikt nie był już w stanie zliczyć, a co dopiero – rozliczyć. I rozumiałem już, dlaczego historia niemieckiej siatki szpiegowskiej w Polsce nie mogła znaleźć swojej pointy.

Rozumiałem, dlaczego przez ostatnich kilkanaście lat setki osób zginęły w tajemniczych okolicznościach, a mimo to nie wykryto ani jednego sprawcy żadnego z licznych spektakularnych morderstw i nie wyjaśniono ani jednego przypadku z wielu głośnych „samobójstw”.

Rozumiałem już, dlaczego takie sprawy, jak śmierć Andrzeja Leppera nie mogły zostać pokazane opinii publicznej w prawdzie, dlaczego zniszczono Tylickiego, Gruszkę, tylu innych i żadna z tych historii nie została wyjaśniona. I dlaczego Małgorzata Wierchowicz z Komendy Głównej Policji usiłująca na przekór wszystkim dojść do sprawców zamordowania generała Marka Papały od początku nie miała szans.

Na rynku jest blisko siedem tysięcy teczek z operacji kryptonim „Hiacynt”, materiały z nielegalnych podsłuchów i tajnych przeszukań, zbieranych w każdym czasie i przez wszystkie opcje, setki wspaniałych haków wszystkich na wszystkich, a całość podlana sosem nacisków i szantaży.

I trzeba by to wszystko zaorać, a następnie zbudować od początku, by wreszcie z tym skończyć. Pozostało pytanie: kto się na to odważy?
I nie mniej ważne – kto na to pozwoli?"

 


Fragment książki „ABW – Nic nie jest tym, czym się wydaje”.

 

https://www.sumlinski.pl/

 

https://www.facebook.com/wojciech.sumlinski

 

 

 

 

 

"Wolna Polska" czyli - kim jest Paweł Graś?

"Na przełomie lat 80 i 90 niemiecki wywiad BND za pośrednictwem CDU finansował rozwój kilku partii na polskiej scenie politycznej. O niektórych z nich pamiętają już tylko historycy, bo dawno temu zniknęły ze sceny. W polityce pozostali jednak wywodzący się z nich ludzie, zwłaszcza przedstawiciele jednej, sprzyjającej niemieckim interesom w Polsce. Mowa o Kongresie Liberalno - Demokratycznym, utworzonym na początku lat 90 siłami działaczy gdańskiej opozycji solidarnościowej, m.in. Donalda Tuska i Jacka Merkla. Wspierały ich „tuzy” polskiej myśli ekonomicznej, Jan Krzysztof Bielecki i Janusz Lewandowski, a także kilku znaczących TW Służby Bezpieczeństwa vide Michał Boni, którzy „godnie” i aktywnie reprezentują dziś Polskę w strukturach Unii Europejskiej, domagając się nałożenia sankcji na swój kraj. Choć KLD zniknął tak szybko, jak się pojawił – wchodząc w międzyczasie w skład Unii Demokratycznej i Unii Wolności Leszka Balcerowicza – to jego czołowi przedstawiciele w osobach Bieleckiego czy Lewandowskiego zdążyli doprowadzić do zapaści polską gospodarkę i sprywatyzować większość przedsiębiorstw. Mechanizm był prosty: doprowadzić przedsiębiorstwo do upadłości decyzjami administracyjnymi, a potem oddać za bezcen komu trzeba. Powstanie KLD do dziś owiane jest tajemnicą, a politycy tej partii z niechęcią wspominają postać Wiktora Kubiaka, nieżyjącego już polsko-szwedzkiego biznesmena, w latach 80 TW Wojskowej Służby Wewnętrznej i kooperanta gangsterów z „Pruszkowa”, a przy okazji menedżera kilku gwiazd estrady z Edytą Górniak na czele. To w apartamencie Wiktora Kubiaka w hotelu Marriott w Warszawie politycy KLD spotykali się przy najlepszej szkockiej whisky i kubańskich cygarach, snując polityczne wizje. To także tam przedstawiciele CDU dostarczali w „reklamówkach” – o czym mówił m.in. Paweł Piskorski – niemieckie marki niezbędne politykom KLD na rozwój działalności partyjnej. W tamtych czasach w Kongresie Liberalno Demokratycznym nie było jeszcze pewnej ważnej postaci, której rola nie została spozycjonowana do dziś – jej czas dopiero miał nadejść. Przyszły rzecznik rządu PO - PSL oraz minister koordynator do spraw służb specjalnych, Paweł Graś – bo o nim mowa – działalność opozycyjną rozpoczął podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Studiował prawo i dziennikarstwo. Jeszcze w czasie studiów został dyrektorem w polsko-niemieckiej spółce informatycznej ABW Pro-Holding GmbH, należącej do Paula Roglera, z którym poznał się w RFN w 1989. Rogler, to typowy przykład kariery w iście amerykańskim stylu – „od pucybuta do milionera”. Do 1987 prowadził skromny punkt ksero w bawarskiej mieścinie Selb, położonej na pograniczu Czechosłowacji, NRD i RFN, by niedługo później pojawić się w Polsce, już jako właściciel prężnej informatycznej firmy Rotronik EDV- -Entwicklungen i założyć jej filię: Pro-Holding. Rogler i Graś prowadzili wspólnie szereg interesów, ale bez szczęścia. Firmy Roglera notorycznie notowały straty, wydawałoby się, że zgodnie z logiką i zdrowym rozsądkiem niemiecki biznesmen powinien wycofać się z nierokującego rynku. Ale biznesmen działał wbrew logice. Po sprzedaży jednej firmy notującej straty, lokował pieniądze w kolejne przedsiębiorstwo notujące straty i tak nieomal bez końca. W 1998 Graś zniechęcił się do biznesu, co jednak nie zraziło go do pogłębiania znajomości z niemieckim biznesmenem. Paweł Graś znał elitę polityczną Krakowa z czasów w NZS-ie i postanowił wykorzystać ten fakt do zrobienia kariery politycznej. Należał do Unii Polityki Realnej, Ruchu Stu i Akcji Wyborczej Solidarność, z której dostał się do Sejmu. Karierę polityczną kontynuował w Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym, a następnie w powstałej z inspiracji generała Gromosława Czempińskiego Platformie Obywatelskiej. Jego działalność polityczną cechowała jedna ciekawa kwestia – od początku kariery interesowały go przede wszystkim służby specjalne i zagadnienia tzw. „bezpieczeństwa narodowego”. Był uczestnikiem szkoleń z dziedziny bezpieczeństwa i obronności w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i w Niemczech, doradzał w sprawach bezpieczeństwa premierowi Jerzemu Buzkowi, zasiadał w Komisji Obrony Narodowej oraz Komisji Nadzwyczajnej ds. Rządowego Projektu Ustawy o ABW i AW. Przewodniczył stałej Podkomisji do spraw Współpracy z Zagranicą i NATO, Komisji ds. Służb Specjalnych, a od listopada 2007 do stycznia 2008 pełnił funkcję pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa i był nieformalnym koordynatorem do spraw służb specjalnych w randze sekretarza stanu. Z tej ostatniej funkcji został odwołany w 2008 i powierzono mu funkcję rzecznika rządu. Obserwatorzy mylili się sądząc, że było to spowodowane utratą zaufania do niego przez premiera. Przeciwnie. Donald Tusk chciał chronić Grasia i chciał chronić siebie – i wolał dmuchać na zimne. Chodziło o sprawę kontaktów koordynatora ds. służb specjalnych z niemieckim biznesmenem, która mogła zaszkodzić rządowi. Tusk, zręczny PR-owiec, zrobił po prostu krok do przodu i wytrącił argumenty z rąk przeciwników. Był to bowiem jeszcze czas, gdy miał w PO ograniczoną władzę i gdy jego błędy mocno punktował Grzegorz Schetyna. Pod wpływem doradców premier przesunął Grasia z newralgicznej funkcji na mniej decyzyjne, za to rządowe stanowisko. Uniknął w ten sposób zarzutów, że człowiek mający niejasne związki biznesowo-towarzyskie z potencjalnym przedstawicielem Bundesnachrichtendienst (BND) ma „pod sobą” wszystkie możliwe służby specjalne. W tamtym czasie było już bowiem tajemnicą poliszynela, że Paul Rogler „wychodził” w czynnościach operacyjnych ABW, jako powiązany z niemieckim wywiadem BND, ale przez wzgląd na Grasia sprawie „ukręcano łeb”. Dlaczego?
By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zanurzyć się w przeszłość.
Paweł Graś był przewodniczącym NZS-u Uniwersytetu Jagiellońskiego. A działo się to wówczas, gdy działali tam młodzieńcy stanowiący chwilę później awangardę nowych – starych kadr delegatury UOP w Krakowie, jednostki najeżonej esbekami, ale zarazem skupiającej działaczy NZS-u. Grupie tej przewodzili Maciej Hunia, absolwent szkoły wywiadu w Starych Kiejkutach, Grzegorz Reszka, Paweł Białek, późniejszy za-stępca Szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, i Janusz Nosek. Dawnym studenckim opozycjonistom przewodził Tadeusz Rusak, dobry znajomy Bronisława Komorowskiego – a kilka lat później szef WSI zasłużony w „wyczyszczeniu” śledztwa CBŚ w sprawie fundacji „Pro Civili” – oraz szef krakowskiej delegatury Mieczysław Tarnowski, jego zastępca. Z warszawskiej Centrali delegaturze UOP w Krakowie patronowali posia-dający właściwie nieograniczony wpływ na pracę służb specjalnych Konstanty Miodowicz, Bartłomiej Sienkiewicz i Wojciech Brochwicz. Czy w tej sytuacji Graś mógł czuć się bezpiecznie? Mógł – i tak było. Liczył, że ze strony przyjaciół z czasów studenckich nie grozi mu nie-bezpieczeństwo odnoszące się do kontaktów z niemieckim biznesme-nem podejrzewanym o związki z niemieckim wywiadem BND – i tak się stało. Paweł Graś odwdzięczył się później kolegom z nawiązką, uła-twiając im awanse na najwyższe stanowiska. Było to już w czasach, gdy miał duży i coraz większy wpływ na Donalda Tuska. Zwłaszcza w materii służb specjalnych. Koniec końców w tej sytuacji kontrwywiad krakowski jedynie markował „monitorowanie” działalność Paula Rogle-ra, od czasu do czasu zlecając swoim źródłom mało aktywne działania operacyjne i realizując działania obserwacyjne, z których wiele nie wy-nikało – bo najzwyczajniej w świecie wiele wyniknąć nie mogło. Przy okazji jednak wyszło na jaw, że tak naprawdę Roglerem kontrwywiad interesował się aktywnie już w latach 90, a nawet wcześniej. Punktem wyjścia były jego kontakty z personelem konsulatu niemieckiego w Kra-kowie – kontrwywiad szybko wyłapuje takie osoby poprzez obserwację prowadzoną ze Stałych Punktów Zakrytych oraz przez Osobowe Źródła Informacji, werbowane pod kątem operacyjnego zabezpieczenia perso-nelu placówek dyplomatycznych w RP, a do takich zaliczają się konsu-laty. Okazało się, że jednostki kontrwywiadu weszły w posiadanie in-formacji, że Paul Rogler, wspólnik w interesach Pawła Grasia, kontak-tował się w Polsce z jednym z obywateli Niemiec ”przechodzących” – jak mówi się w języku służb specjalnych - w sprawie Ryszarda To-maszka, a ten fakt w kontekście potwierdzonych informacji o szpiego-stwie Tomaszka i o budowaniu przez niego niemieckiej siatki szpie-gowskiej w Polsce był co najmniej zastanawiający. Wagę tej informacji zwiększał inny fakt - wiele danych potwierdzało związki Roglera z BND, a wszystkie te wątki układały się w logiczną całość. Wystarczyło tylko połączyć kropeczki. Kto miał to jednak zrobić, skoro „grupa krakowska” wszystkie zmiany przetrwała w miarę bezboleśnie – no, może jedynie z krótką przerwą w latach 2005-2007. W owym czasie parasol ochronny nad Grasiem rzeczywiście na moment został zwinięty i sprawa od razu nabrała tempa. Funkcjonariusze kontrwywiadu z miejsca uzyskali sporo danych dotyczących związków Grasia z niemieckim biznesmenem po-dejrzewanym o kooperację z BND. Najbardziej interesująco wyglądały wątki dotyczące wątpliwości w sprawie bezinteresowności działalności Roglera w Polsce w kontekście Grasia. Potwierdzały je niepokojące in-formacje odnoszące się zwłaszcza do początków tej znajomości, sięga-jącej lat 80. Sprawa rozwijała się dynamicznie, ale ostatecznie nie zna-lazła operacyjnego epilogu z jednej prostej przyczyny: po kryzysie rzą-dowym w 2007 wybory wygrała PO. Jesienią 2007 p.o. szefa ABW zo-stał Krzysztof Bondaryk, za którego kandydaturą stali Wojciech Bro-chwicz, Konstanty Miodowicz i Bartłomiej Sienkiewicz, przedstawiciele „grupy krakowskiej”. Graś został zaufanym doradcą premiera Donalda Tuska, najbliższym współpracownikiem, i tym samym na kierownicze stanowiska w służbach wrócili jego koledzy z czasów studenckiej opo-zycji: Macieja Hunię mianowano szefem Służby Wywiadu Wojskowego, a następnie Agencji Wywiadu, z kolei Janusza Noska – Szefem SKW. Ostatecznie sprawa kontaktów Pawła Grasia z obywatelem Niemiec podejrzanym o związki z BND została zamieciona pod dywan, co było o tyle łatwe, że była to sprawa operacyjna. Ostatnią nadzieję na powrót do tej historii stanowił Ryszard Tomaszek, który po wyjściu z więzienia i wyjeździe do Niemiec na stare lata z powrotem zamieszkał w Polsce z dożywotnią pensją ponad 10 tysięcy złotych od niemieckiego rządu za działalność szpiegowską dla BND w naszym kraju – ale Niemcy sku-tecznie zamknęli mu usta…
Wracając do domu myślałem o sytuacji naszego kraju, w którym jedno przestępstwo ludzi na wysokich stołkach zacierało poprzednie, aż wreszcie wszystkie te popełnione przestępstwa połączyły się w jeden wielki system przestępstw, których nikt nie był już w stanie zliczyć, a co dopiero – rozliczyć. I rozumiałem już, dlaczego historia niemieckiej siat-ki szpiegowskiej w Polsce nie mogła znaleźć swojej pointy. Rozumia-łem, dlaczego przez ostatnich kilkanaście lat setki osób zginęły w ta-jemniczych okolicznościach, a mimo to nie wykryto ani jednego spraw-cy żadnego z licznych spektakularnych morderstw i nie wyjaśniono ani jednego przypadku z wielu głośnych „samobójstw”. Rozumiałem już, dlaczego takie sprawy, jak śmierć Andrzeja Leppera nie mogły zostać pokazane opinii publicznej w prawdzie, dlaczego zniszczono Tylickiego, Gruszkę, tylu innych i żadna z tych historii nie została wyjaśniona. I dlaczego Małgorzata Wierchowicz z Komendy Głównej Policji usiłująca na przekór wszystkim dojść do sprawców zamordowania generała Mar-ka Papały od początku nie miała szans. Na rynku jest blisko siedem ty-sięcy teczek z operacji kryptonim „Hiacynt”, materiały z nielegalnych podsłuchów i tajnych przeszukań, zbieranych w każdym czasie i przez wszystkie opcje, setki wspaniałych haków wszystkich na wszystkich, a całość podlana sosem nacisków i szantaży. I trzeba by to wszystko za-orać, a następnie zbudować od początku, by wreszcie z tym skończyć. Pozostało pytanie: kto się na to odważy?
I nie mniej ważne – kto na to pozwoli?"
Fragment książki „ABW – Nic nie jest tym, czym się wydaje”.
sumlinski.pl

O koncesję na wydobywanie miedzi ze złoża pod Głogowem wystąpiła polska KGHM. Tymczasem resort środowiska w rządzie Tuska, prawo do eksploatacji wartego około miliard dolarów złoża, przyznał w niejasnych okolicznościach spółce Leszno Copper – kontrolowanej przez kanadyjski fundusz Lumina Capital Limited Partnership, a zarejestrowanej w Luksemburgu. Jej dyrektorem generalnym jest Stanisław Speczik, który do 2004 r. zajmował stanowisko prezesa KGHM.

W grudniu 2012 roku oba wnioski o przyznanie koncesji (KGHM-u i Leszno Copper) zostały rozpatrzone przez Ministerstwo Środowiska na tzw. rozprawie administracyjnej, ale nie udało się wybrać zwycięzcy.

Mając to na uwadze resort zdecydował się zasięgnąć opinii Komisji Zasobów Kopalin (złożona z doradzających ministerstwu ekspertów od geologii). Komisja ta wydała jednoznacznie korzystną dla KGHM opinię. Mimo to kilka tygodni temu Ministerstwo Środowiska wydało decyzję o przyznaniu koncesji kanadyjskiej firmie.

Władze KGHM postanowiły zawiadomić o sprawie ABW. Zarzucają resortowi środowiska działanie na szkodę interesu państwa przy wydawaniu koncesji (KGHM jest jedną z nielicznych już spółek, które nadal są kontrolowane przez Skarb Państwa).

Nic nie jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Ani nie chodzi tu tylko o miedź, ani ‚Wprost” nie zaczęło nagle demaskować afer. Przeciwnie, gazeta bezczelnie tuszuje skalę przekrętu. Gra toczy się nie o miliard, ale raczej o ponad 60 (sześćdziesiąt) miliardów dolarów.

Posiadamy największe złoża złota w Europie. Rząd sprzedaje je za bezcen?

Media informują, ze Ministerstwo Środowiska oddało obcemu kapitałowi złoża miedzi warte miliard dolarów. W rzeczywistości korporacji kanadyjskiej chodzi o złoto, którego jest nawet 100 ton na Dolnym Śląsku.

Leszno Copper będąca częścią kanadyjskiego funduszu Lumina Capital Limited Partnership jest reprezentowana przez byłego prezesa KGHM – koncesji na złoża miedzi ma multum na całym świecie, jednak tutaj chodzi o złoto, którego Polska ma najwięcej w całej Europie.

Bogactwo Dolnego Śląska

Złoto jest metalem szlachetnym, cennym nie tylko ze względu na wartości jubilerskie i kolekcjonerskie, ale przede wszystkim ze względu na jego zastosowanie w przemyśle. Obecnie wojny jakie toczą się na świecie, w 90% przypadków są wojnami ekonomicznymi. Tylko w około 10% przypadków dochodzi do wojny jaką każdy zna (Syria, Gruzja)

Wprost nie odkrył przekrętu, tylko tuszuje jego skalę?

Wprost informuje, że Bytom Odrzański zawiera 8 milionów ton miedzi wartej od 700 milionów do ponad miliarda dolarów. Czy to nie za mało? Miedź jest wyceniana na 7.200 dolarów za tonę. Na portalu Money.pl dowiadujemy się, że aktualna cena dolara to 3.0250 zł. Czyli 8.000.000 x 7.200 = 57.600.000.000 = 58 miliardów $.

Złoto natomiast, przyjmując 100 ton, czyli 1400$ za uncję/33gr, daje ok. 6000$ za 100 gram x 10= 1 kilogram = 60000$ x1000kg =60000000$ x 100 = 6000000000$ czyli 6 mld$. Obawy o polskie złoża są w pełni uzasadnione, gdyż w grę wchodzą bardzo duże pieniądze.

ABW bada, czy przekazanie przez Ministerstwo Środowiska obcemu kapitałowi złóż miedzi nie było działaniem na szkodę interesu państwa… Czekamy na rozwój wydarzeń, gdyż jest zbyt wiele znaków zapytania. [Policja zaś niech zbada, czy zastrzelenie właściciela sklepu nie było działaniem na jego szkodę – admin]

“Przyszła wojna będzie wojną niewidzialną. Dopiero, gdy dany kraj zauważy, że jego plony uległy zniszczeniu, jego przemysł jest sparaliżowany, a jego siły zbrojne są niezdolne do działania, zrozumie nagle, że brał udział w wojnie i tę wojnę przegrywa” – Frederic Joliot-Curie.

http://parezja.pl

https://marucha.wordpress.com/2014/02/20/zloze-miedzi-o-wartosci-miliarda-dolarow-wpadlo-w-rece-zagranicznej-firmy-jest-zgloszenie-do-abw/

 

Code Europe to największa konferencja programistyczna w Polsce. Już 25 maja odbędzie się we Wrocławiu. To jedyna okazja do spotkania w jednym miejscu 150 ekspertów z największych firm IT na świecie, takich jak GItHub, Google, IBM, Intel, Microsoft, Netflix, Oracle, Spotify czy Uber. Organizatorzy przygotowali aż 50 prelekcji i warsztatów. Czego ciekawego można się będzie dowiedzieć?

Po raz pierwszy w Polsce, właśnie we Wrocławiu, będzie można spotkać topowych programistów z największych firm IT na świecie:

- Hiroshi Shibata: ekspert od Ruby, na co dzień kodujący @ GMO Pepabo

- Dustin Whittle: deweloper @ Uber, odpowiadający za UX w aplikacji

- Lauren Tan: ekspertka od JavaScript, na co dzień deweloper @ Netflix

Spotkania i warsztaty podczas Code Europe podzielone są na 3 bloki tematyczne: backend/frontend, big data i mobile. Znajdą tu inspirację programiści pracujący w JavaScript, Java i PHP, twórcy aplikacji na Androida, iOS lub Swifta. A także Ci, którzy na co dzień pracują jako specjaliści od baz danych i analitycy.

Code Europe to także przestrzeń do profesjonalnej wymiany doświadczeń, okazja do networkingu z ekspertami i pracownikami znanych firm. Podczas niezobowiązujących rozmów w kuluarach uczestnicy poznają możliwości rozwoju i metody pracy w najbardziej atrakcyjnych firmach technologicznych. Na wiosenną edycję konferencji zgłosiło się już 150 wystawców z branży IT, a wśród nich liderzy: GitHub, Google, IBM, Intel, Microsoft, Netflix, Oracle, Spotify, Trivago i Uber.

Pod koniec kwietnia, w Krakowie, odbyła się pierwsza z trzech konferencji Code Europe zaplanowanych na wiosnę w tym roku. Programiści i prelegenci z całego świata są pod wrażeniem poziomu i merytoryki organizowanych w Polsce wydarzeń. “Bardzo przyjemnie było poprowadzić wykład w Krakowie, do zobaczenia wkrótce!”, “To największa konferencja, na jakiej kiedykolwiek występowałem” - na Twitterze pojawiło się kilkadziesiąt pozytywnych wpisów na temat krakowskiej edycji Code Europe.

Organizatorem konferencji programistycznej Code Europe jest Grupa Absolvent.pl. To już druga edycja Code Europe. Pierwsza cieszyła się ogromną popularnością, wzięło w niej udział ponad 100 prelegentów z całego świata i 9000 programistów, chcących zdobywać najnowszą wiedzę IT dostępną na rynku.

Sprawdź agendę Code Europe: https://www.codeeurope.pl/en

Kiedy i gdzie zapraszamy?

  • Wrocław, 23 maja, Hala Stulecia

  • Warszawa, 25 maja, PGE Narodowy

 

Bilety do pobrania na: https://www.codeeurope.pl/en

Organizator Code Europe: portal www.absolvent.pl

 

 

Wystąpienie abpa Marka Jędraszewskiego inaugurujące spotkanie Rady Konferencji Episkopatów Europejskich:

Jezus w drodze do Emaus – towarzyszenie w Europie dzisiaj

 

1. Wprowadzenie

Jest dla mnie wielkim zaszczytem, że moim wystąpieniem mogę otworzyć pierwszą część Sympozjum organizowanego przez Komisję CCEE ds. Katechezy, Szkoły i Uniwersytetów, zatytułowaną „Osoba, której się towarzyszy”. Pragnę równocześnie podkreślić fakt, że jest to pierwsze tego typu Sympozjum, ponieważ dotychczasowe spotkania i kongresy były organizowane przez poszczególne sekcje naszej Komisji. Jednakże tym razem Sympozjum organizowane jest przez całą Komisję. Wraz z poczuciem osobistego zaszczytu wiąże się jeszcze moja radość i satysfakcja wynikające z tego, że przygotowania do Sympozjum były przedmiotem intensywnych prac wszystkich trzech sekcji naszej Komisji, a zatem sekcji zajmującej się katechezą, której przewodniczy Jego Ekscelencja Ksiądz Arcybiskup Đuro Hranić, arcybiskup Dakovo-Osijek, sekcji, której celem jest troska o szkoły katolickie w Europie, a której pracami kieruje Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Eric Aumonier, biskup Wersalu, oraz, na koniec, sekcję zajmującą się duszpasterstwem akademickim, pod moim przewodnictwem. Wszystkim osobom, których kilkuletnia praca i zaangażowanie przyniosły tak wspaniały efekt, pragnę teraz z całego serca podziękować.

Idea Sympozjum pojawiła się w kwietniu 2015 roku, w Łodzi, której wtedy byłem arcybiskupem, przy okazji sympozjum „Być i stawać się odpowiedzialnym w życiu”. Wtedy to miało miejsce zebranie przewodniczących i sekretarzy wszystkich trzech sekcji Komisji, podczas którego pojawiła się idea, aby na sprawy przekazywania chrześcijańskiej wiary spojrzeć całościowo, w świetle procesu wewnętrznej integracji każdej osoby ludzkiej, uwzględniając cały proces edukacyjny młodego człowieka, począwszy od katechezy parafialnej, szkoły katolickiej i duszpasterstwa akademickiego. Idea ta znalazła pośrednie, choć wyraźne wsparcie podczas obrad samego sympozjum w Łodzi. Przykładem tego jest następujący fragment referatu prof. Kaji Kaźmierskiej, profesora Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego w Polsce: „Poczucie ciągłości tożsamości pełni tu rolę kluczową, dlatego refleksyjne spojrzenie na przeszłość staje się elementem procesu budowania tożsamości w perspektywie teraźniejszości i przyszłości. Wpisany w naszą kulturę wzór ciągłości, wyrażający się zarówno w oczekiwaniu zintegrowania osobistych doświadczeń, jak i ciągłości pokoleniowej (w każdym z tych wymiarów brak pamięci uznany jest za patologię), prowadzi do psychologicznie, ale i kulturowo uwarunkowanego oczekiwania wobec obrazu własnej biografii. Jest nim umiejętność zbudowania symbolicznej relacji między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Wychowani w kulturze czasu historycznego, a więc linearnego, mamy poczucie upływu i nieodwracalności. Zarazem jednak powrót do przeszłości, tj. do wspomnień, do świata zakodowanego w pamięci, przydaje biografii alinearności. Sięgamy tu do bogatych zasobów uniwersum symbolicznego, odnoszącego się do sfery sacrum, której jednym z atrybutów jest właśnie odwracalność. Rzecz w tym, aby w biograficznych interpretacjach móc połączyć te dwa przeciwstawne porządki, aby, mówiąc inaczej, przemierzając linię życia mieć/móc do czego powracać. Jeśli taka możliwość zostanie człowiekowi odebrana, problem biograficznej spójności staje się nie tylko powinnością, ale i przymusem zmierzenia się z trudnym, bo zakłóconym procesem jej budowania. Niebagatelną rolę pełni tu proces budowania zintegrowanego obrazu tożsamości”1. Tytuł mojego wystąpienia brzmi: „Jezus w drodze do Emaus – towarzyszenie w Europie dzisiaj”. Zawarte są w nim zatem trzy elementy, które, w konsekwencji, będą stanowiły trzy części mego referatu. Pierwszą część – o charakterze biblijno-pastoralnym – wyznaczają słowa: „Jezus w drodze do Emaus”. Na drugą część, będącą refleksją socjologiczno-kulturową, wskazują słowa: „Europa dzisiaj”. Natomiast treść trzeciej części zawiera się w jednym tylko słowie: „towarzyszenie”. W słowie tym są zawarty pewien program działania tych osób, które z racji swego powołania i miejsca w Kościele – rodzice, nauczyciele, wychowawcy, księża, siostry zakonne, członkowie różnych ruchów i stowarzyszeń katolickich – są odpowiedzialne za przekazywanie młodym skarbu wiary i towarzyszenie im w ich wzrastaniu w cnotach teologalnych wiary, nadziei i miłości.

 

2. Jezus w drodze do Emaus

Zatrzymajmy się zatem najpierw przy wszystkim nam znanym fragmencie Ewangelii według św. Łukasza z rozdziału 24. W jego wierszach 13-35 Ewangelista mówi nam o spotkaniu z Chrystusem dwóch uczniów, zdążających do Emaus – o spotkaniu z Chrystusem, który powiedział o sobie, że jest Prawdą (por. J 14, 6). Jak wyglądało to spotkanie? Jak prawda o Prawdzie niejako przedzierała się do umysłów i serc obydwóch wędrowców?

Szli oni do Emaus pełni zwątpienia u uczniów. Ogarniał ich smutek, głębokie rozczarowanie i poczucie przegranego życia, wyrażające się w ich stwierdzeniu: „A myśmy się spodziewali” (Łk 24, 21a). Uczniowie wprawdzie już usłyszeli, że Chrystus zmartwychwstał, ale była to wieść, która, usłyszana od kobiet, ich po prostu przeraziła (Łk 24, 22). Przeżywali zatem pewne dokładnie określone stany emocjonalne: smutek, przerażenie, rozczarowanie, poczucie przegranych nadziei. Te emocje były tak silne, że nawet pewne realne fakty nie potrafiły ich przezwyciężyć. Tymi faktami były: relacje kobiet o spotkaniu z aniołami; pusty grób, w którym nie było już ciała Chrystusa; potwierdzenie przez Piotra i niektórych uczniów relacji kobiet o pustym grobie Chrystusa (por. Łk 24, 12. 23-24). W jakiejś mierze można by jeszcze zrozumieć sceptycyzm uczniów, którzy uznali słowa kobiet jako „czczą gadaninę”, której w imię najbardziej podstawowego rozsądku nie można było dać wiary (por. Łk 24, 11). Ale przecież Piotr i niektórzy z uczniów – a więc mężczyźni! – widzieli pusty grób Chrystusa! Jednakże Piotr poprzestał na dziwieniu się wobec tego, „co się stało” (Łk 24, 12), a dwaj uczniowie zdążający do Emaus dali się pokonać przez smutek i poczucie przegranego życia. Dlaczego tak właśnie się stało? Wydaje się, że kluczowym dla zrozumienie tej sytuacji jest stwierdzenie, że Piotr i inni uczniowie, którzy przybyli do grobu Chrystusa, „Jego nie widzieli” (Łk 24, 24). Wynika z tego, że dla uczniów, o których opowiada św. Łukasz, najważniejszym kryterium uznania prawdziwości jakiegoś faktu było samo czysto zmysłowe widzenie. Ponieważ uczniowie nie zobaczyli Chrystusa, po prostu nie przyjęli za prawdę wieści o Jego zmartwychwstaniu. Z punktu widzenia filozoficznej teorii poznania, postawę uczniów można by uznać za przejaw kolejnej wersji tak zwanej nieklasycznej definicji prawdy, która przyjęłaby postać następującego stwierdzenia: „Coś jest prawdziwe, jeśli jest osobiście zmysłowo widziane”.

Tymczasem Zmartwychwstały Chrystus odrzuca tego rodzaju koncepcję prawdy, wręcz pragnie być dla niej zarówno wyzwaniem, jak i jej przezwyciężeniem. Celowo zbliża się więc do uczniów jako Ktoś, kto nie zostaje przez nich wzrokowo rozpoznany. Św. Łukasz pisze bowiem: „Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali” (Łk 24, 16). Chrystus jako nierozpoznany trzeci Wędrowiec podejmuje z nimi rozmowę, odwołując się do autorytetu świętych Ksiąg: „I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk 24, 27). Pod wpływem Jego argumentacji serca uczniów zaczęły się zmieniać: jak potem stwierdzili, „serce (…) pałało w nas” (por. Łk 24, 32b). Pełna duchowa przemiana nastąpiła w nich w chwili wieczornej Eucharystii, kiedy to Chrystus „wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im” (Łk 24, 30). Wtedy doszło do przedziwnego olśnienia: „oczy im się otworzyły i poznali Go” (Łk 24, 31). Musiało to być poznanie dużo bardziej głębokie niż to, które daje czysto zmysłowe postrzeganie, ponieważ mimo tego, że zaraz potem Chrystus „zniknął im z oczu” (a zatem zmysłowo nie widzieli Go już więcej), przepełnieni radością wrócili do Jerozolimy, opowiadając o swoim spotkaniu ze Zmartwychwstałym Panem” (por. Łk 24, 31b. 33-35). 

Historia uczniów zdążających do Emaus pozostaje ciągle aktualna w odniesieniu do młodych ludzi, żyjących we współczesnej Europie. Wielu z nich urodziło się w chrześcijańskich rodzinach i w sposób niejako naturalny wzrastają w wierze Kościoła katolickiego. Wielu innych z różnych powodów straciło wiarę, niekiedy poprzez utratę zaufania do Kościoła. Stąd często żyją oni w poczuciu wewnętrznego rozgoryczenia, za którym idą: smutek, brak poczucia sensu życia i obezwładniająca ich beznadzieja. Wielu jeszcze innych wie wprawdzie, że istnieje religia chrześcijańska, co więcej: wielu z nich słyszało o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym jako głównym przesłaniu, z którym Kościół się zwraca do świata, ale pozostają w wielkim dystansie wobec Niego. Do nich wszystkich – chociaż za każdym razem w inny sposób – zbliża się Kościół i poprzez swoich świadków zaczyna budzić w nich nadzieję na nowe, autentyczne życie. Ukazuje im prawdę zawartą w Ewangelii, czyli w Dobrej Nowinie o Jezusie Chrystusie, Bożym Synu, Zbawicielu świata i Odkupicielu człowieka. W Eucharystii odsłania im, następnie, całą ciągle odnawianą i przeżywaną prawdę o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Pod wpływem świadectwa ludzi z jednej strony, oraz na skutek Bożej łaski z drugiej strony, dochodzi do radykalnej przemiany serc młodych ludzi. Wykraczając poza doświadczenia czysto zmysłowe, osobiście doświadczają oni obecności Chrystusa i odtąd, już jako ludzie wierzący w Niego, pod wpływem Ducha Świętego pełni radości głoszą Go całemu światu. W ich życiu po raz kolejny w długich dziejach Kościoła powtarza się historia uczniów zdążających do Emaus.

 

3. Europa dzisiaj

Jest, oczywiście, truizmem, że współczesna Europa znajduje się w stanie głębokiego kryzysu. Stwierdzając to, nie mam na myśli przede wszystkim kryzysu, jaki trawi Unię Europejską rozumianą jako pewien projekt polityczny, który powstał w Europie po zakończeniu drugiej wojny światowej. Wspomniany przed chwilą kryzys polityczny jest bowiem następstwem kryzysu dużo bardziej głębokiego, który dotyczy samych fundamentów kultury europejskiej, zwanej niekiedy również kulturą śródziemnomorską lub zachodnią. Jak powszechnie wiadomo, tożsamość tej kultury tworzyła się poprzez syntezę filozofii greckiej, symbolizowanej przez Ateny, religii chrześcijańskiej, symbolizowanej przez Jerozolimę, i obowiązujących wszystkich obywateli prawo, symbolizowane przez Rzym. Obecnie w niektórych środowiskach głosi się dość powszechnie, że współczesna Europa jest już post-chrześcijańska, a przepowiadane przez religię chrześcijańską prawdy odnoszące się do Boga i do człowieka należy, w imię wszechwładnego postępu, przenieść ostatecznie do lamusa historii. Jest równocześnie rzeczą niezwykle znamienną, że słowem roku 2016 ogłoszono na uniwersytecie w Oksfordzie termin „post-prawda”. Wbrew niektórym komentarzom należy przy tym z całą mocą stwierdzić, że post-prawda nie może być utożsamiana z kłamstwem. Kłamstwo jest bowiem świadomym zafałszowaniem jakiejś prawdy, natomiast post-prawda wskazuje na to, że w przestrzeni społecznej nie ma już miejsca na jakąkolwiek obiektywną prawdę. Mówiące o niej i poddające się powszechnej weryfikalności fakty są lekceważone i zastępowane przez tak zwane narracje, budowane na emocjach i uprzedzeniach, umiejętnie potęgowanych przez wspierające je media. Kwestionując istnienie obiektywnej prawdy, odrzuca się drugi fundamentalny element kultury europejskiej, który jest symbolizowany przez Ateny. W tym momencie naszych rozważań możemy, wręcz powinniśmy postawić następujące pytanie: czym jest jeszcze Europa, jeśli pozbawia się ją odniesień do Jerozolimy i do Aten? Pozostaje wprawdzie jeszcze jej odniesienie do Rzymu, czyli do prawa. Jednakże prawo, które nie jest zakotwiczone w obiektywnej prawdzie o wartościach moralnych, sprowadza się do takiego jego stosowania, jakiego przykład prawie dwa tysiące lat temu dał pewien prokurator rzymski o imieniu Piłat. W tej sytuacji w wielu współczesnych demokracjach dochodzi do tworzenia praw godzących w najbardziej podstawowe prawa człowieka, w tym jego prawa do życia, jak to ma miejsce w przypadku eutanazji czy też aborcji rozumianej jako „prawo kobiety do siebie samej”, przedstawiane jako jedna z głównych tak zwanych „wartości europejskich”.

Pośród wielu przejawów kryzysu, jaki dotyka współczesną Europę, w pierwszym miejscu wskazałbym na kryzys rozumienia osoby ludzkiej i międzyosobowej wspólnoty. Dwudziestowieczny personalizm i bardzo bliska mu filozofia dialogu ukazywały relacyjny, wręcz dialogiczny wymiar osoby ludzkiej. Sformułowana przez Martina Bubera i przyjęta przez wielu przedstawicieli filozofii dialogu tak zwana zasada dialogiczna podkreślała fakt, że z jednej strony „ty” nie może być przedmiotem dla „ja”, a z drugiej strony „ja” może stać się sobą tylko w spotkaniu z „ty” (ludzkim lub boskim). Z kolei teologia chrześcijańska wskazywała na Trójcę Świętą jako ostateczny fundament człowieczego spotkania i osobowej wspólnoty. Tymczasem dzisiaj właśnie ta osobotwórcza wspólnotowość została dogłębnie zakwestionowana. Dzięki wszechobecnym środkom telekomunikacyjnym miejsce spotkania jednej osoby z drugą, tworzonego poprzez bliskość „twarzą w twarz”, zajęły „spotkania” o charakterze wirtualnym.

Co więcej, we współczesnej kulturze głosi się idee będące swoistym ubóstwieniem „ja”. W konsekwencji wiąże się to z apoteozą tak zwanej samorealizacji, z nieustanną rywalizacją między ludźmi na zasadzie wyścigu szczurów, a ostatecznie z atomizacją społeczeństwa. „Ty” przestaje się liczyć jako równoprawny partner spotkania. Dochodzi zatem do nieuniknionego rozluźnienia więzi społecznych. Dotyczy to także takich najbardziej fundamentalnych dla każdej społeczności struktur, jak małżeństwo i rodzina. Sprzyja temu również powszechnie narzucana i szeroko realizowana w różnych projektach edukacyjnych ideologia gender, kwestionująca biologiczny fundament tożsamości kobiety i mężczyzny oraz wszystkich ról, wynikających i związanych z różnicą płci. 

Ostatnio staliśmy się świadkami podważenia tego, co tradycyjnie było ściśle powiązane z pojęciem osoby, a mianowicie jej transcendentnej godności. W czerwcu 2016 roku brukselscy eurokraci przedstawili projekt nowych przepisów Unii Europejskiej dotyczący automatyzacji procesów przemysłowych. W projekcie tym, zgłoszonym w Parlamencie Europejskim, uznano robota nie za jakąś maszynę, lecz za „osobę elektroniczną”, której przysługują odpowiednie prawa i obowiązki. Sugerowano przy tym, że najbardziej autonomiczne modele robotów powinny być rejestrowane, żeby było wiadomo, kogo ścigać, jeśli popełnią one jakieś przestępstwo. Natomiast firmy, które obsadzają robotami miejsca pracy, zajmowane obecnie przez ludzi, powinny nadal płacić składki na ubezpieczenie społeczne. To, co wtedy, jeszcze kilka miesięcy temu, wydawało się prawdziwą science fiction, 31 stycznia 2017 roku stało się rzeczywistością. Tego dnia bowiem dziecko-robot zostało zarejestrowane w urzędzie stanu cywilnego i otrzymało obywatelstwo. Nada Vananroye, burmistrz miejscowości Haaselt w Belgii, podpisała akt jego urodzenia i nadała mu imię żeńskie Fran oraz nazwisko Pepper. Fran ma nawet swoich urzędowo zarejestrowanych rodziców, którymi są naukowcy Astrid Hannes oraz Francis Fox, pracujący na uniwersytecie PXL. W ten sposób w zupełnie innym kontekście powróciła idea zawarta w książce Juliena Ofraya de La Mettrie z 1748 roku, zatytułowanej L’homme machine – „Człowiek maszyna”. Z tą różnicą, że La Mettrie usiłował dowieść, że człowiek jest maszyną, a obecnie od strony prawnej uznaje się maszynę za osobę.

 

4. Towarzyszenie

Raz jeszcze wróćmy na chwilę do decydującego momentu historii dwóch uczniów zdążających do Emaus. Św. Łukasz pisze: „oczy im się otworzyły i poznali Go” (Łk 24, 31). Uczniowie pokonali zatem krępujące ich dotąd trudności duchowe i poznali Chrystusa, co zaowocowało zupełnie nowym stylem ich życia.

To ewangelijne zdarzenie określa główny cel tego, który towarzyszy młodemu człowiekowi w jego życiowej drodze – ma on go doprowadzić do poznania Chrystusa, a w konsekwencji do radykalnej zmiany jego dotychczasowego życia. To doprowadzanie dokonuje się poprzez proces pokonywania trudności, które sprawiają, że „oczy młodych [ciągle jeszcze] są niejako na uwięzi” (Łk 24, 16). Wydaje się, że do największych trudności należą te, które mają charakter antropologiczny, dotyczący rozumienia samej istoty człowieka. W wyraźnej i w pełni świadomej opozycji do czysto biologicznego patrzenia na człowieka, bardzo często przedstawianego jako przedstawiciela pewnego gatunku należącego tylko i wyłącznie do świata zwierząt, należy przed młodymi odsłaniać prawdziwe pokłady tkwiącej w człowieku duchowości, które wykraczają poza świat doświadczenia czysto zmysłowego. Towarzyszenie młodym w ich drodze do Chrystusa powinno zatem polegać na cierpliwym i mądrym odsłanianiu im najpierw prawdy o człowieku jako istocie cielesno-duchowej.

Starając się, następnie, ukazywać młodemu człowiekowi tkwiące w nim dynamizmy, uczucia, emocje i pragnienia, trzeba wskazywać na konieczność ich wewnętrznej integracji. Polega ona na zdolności – i niezbędności – samo-posiadania i samo-panowania, jak to dogłębnie ukazał kard. Karol Wojtyła w opublikowanej w 1969 roku książce Osoba i czyn. W konsekwencji trzeba ukazywać młodym tę prawdę, że człowiek, w odróżnieniu od zwierząt, jest istotą moralną, której wolność jest wolnością odpowiedzialną, określoną wymaganiami zarówno Dekalogu, jak i dwóch przykazań miłości Boga i miłości bliźniego. Towarzysząc młodemu człowiekowi w jego drodze ku osobowej i osobistej dojrzałości, trzeba stawiać mu zatem konkretne wymagania o charakterze moralnym oraz uczyć konsekwencji i wytrwałości w dążeniu do realizacji nakreślonych przez siebie celów. Należy przy tym zdawać sobie sprawę z tego, że taki model wychowawczy stoi w wyraźnej sprzeczności z powszechnie promowaną we współczesnej kulturze tak zwaną spontanicznością i pochwałą niczym nie ograniczonej wolności, z odrzuceniem przez nią hierarchii obiektywnych wartości moralnych, z głoszonym przez nią permisywizmem, relatywizmem moralnym i promocją hedonistycznego stylu życia. Św. Jan Paweł II, wiernie towarzyszący młodym ludziom całego świata na ich życiowych drogach, powiedział na spotkaniu z młodzieżą w 1983 roku w Częstochowie: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. Te słowa powinny być wskazówką dla tych wszystkich, na których spoczywa misja towarzyszenia młodym.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek nie może żyć czysto abstrakcyjnymi ideami. Doświadcza swej godności i może rozwijać się jedynie wtedy, kiedy spotyka się z osobą – z kimś innym. Jakże pod tym względem ciągle aktualne są słowa z Wyznań św. Augustyna, napisane ponad 1600 lat temu: „Stworzyłeś nas (...) jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”2. Człowiek jest istotą religijną, w sposób niejako naturalny skierowany ku Bogu. Religijność nie jest jakimś zbędnym dodatkiem do istoty człowieka, ale jest wpisana w jego naturę. Bez odniesienia do Boga człowiek jest wewnętrznie kaleki, pozbawiony poczucia sensu życia i nadziei na życie po śmierci. Natomiast spotkanie z Chrystusem sprawia, że człowiek znajduje w Nim, najpierw, najbardziej fundamentalną i ostateczną odpowiedź na pytanie człowieka odnośnie do istoty swego człowieczeństwa. Jak mówił w Warszawie w 1979 roku Jan Paweł II, „człowieka (...) nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”. Po wtóre, spotkanie z Chrystusem stanowi najwyższe objawienie samego niewidzialnego i wiecznego Boga. „Kto widzi Mnie, widzi także i Ojca” – powiedział Jezus do Filipa (J 14, 9), a do Żydów zebranych w świątyni jerozolimskiej: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30). Być razem z Chrystusem znaczy to zatem doświadczać na co dzień Boga, który jest Emmanuelem, czyli „Bogiem-z-nami”.

Dla kogoś, kto towarzyszy młodemu człowiekowi w odkrywaniu jego osobistej wielkości i osobowej godności, nie ma bardziej szlachetnego i szczytnego zadania, jak właśnie to: doprowadzić go do Chrystusa; sprawić, aby jego oczy, znajdujące się dotąd niejako na uwięzi, dostrzegły zupełnie nowe perspektywy codzienności i wieczności; otworzyć mu drogę do autentycznej radości i szczęścia. Tego właśnie życzę wszystkim tym, którym drogie i cenne stało się zadanie towarzyszenia młodym w ich życiu. Równocześnie wyrażam nadzieję, że nasze refleksje i osobiste spotkania tutaj, podczas Sympozjum w Barcelonie, przyczynią się do tego, abyśmy nasze zadanie i powołanie towarzyszenia młodym uczynili jeszcze bardziej owocnym i błogosławionym.

 

Był to wykład inaugurujący obrady Rady Konferencji Episkopatów Europy w Barcelonie, 28 marca 2017.

http://swiato-podglad.pl/abp-marek-jedraszewski/abp-marek-jedraszewski-przeciwko-postprawdzie-gender-i-robocie-ktory-zostal-uznany-czlowiekiem

 

 

 

 

W marcu po raz pierwszy przyjeżdża do Polski Rebecca Kiessling, prawnik i mówca pro-life, prezes organizacji „Save the 1”. Podczas swojej wizyty wygłosi cykl wykładów w Warszawie, Lublinie, Krakowie, Wrocławiu, Toruniu i Łomiankach.

Rebecca urodziła się 22 lipca 1969 r. w Michigan. Wychowała się w żydowskiej rodzinie, która adoptowała ją, gdy była niemowlęciem. W wieku 18 lat poznała swoją biologiczną matkę i dowiedziała się, że jest dzieckiem poczętym w wyniku gwałtu, a żyje tylko dlatego, że ówczesne amerykańskie prawo zakazywało aborcji.

Dziś walczy o prawo dla życia dla wszystkich dzieci. Jej działalność nakierowana jest przede wszystkim na zakończenie prawnej dopuszczalności dokonywania aborcji wobec nienarodzonych, poczętych w wyniku gwałtu. Jest prezesem pozarządowej organizacji „Save the 1”, mającej na celu edukowanie społeczeństwa na rzecz konieczności pełnej ochrony życia, bez jakichkolwiek wyjątków i kompromisów.

Rebecca Kiessling odwiedzi Polskę po raz pierwszy. W swoich wystąpieniach poruszy kwestię prawa człowieka do życia, konieczności prawnej ochrony nienarodzonych dzieci od momentu poczęcia oraz jednakowej godności ludzkiej bez względu na okoliczności poczęcia i stan zdrowia. Amerykańska prawnik wystąpi z wykładami w kilku polskich miastach, spotyka się ze studentami, dziennikarzami, działaczami pro-life oraz politykami.

 

Plan wizyty:

 

13 marca (poniedziałek) – Warszawa

godz. 15:15 – Budynek Zarządu Samorządu Studentów UW, ul. Krakowskie Przedmieście 24, sala 200

Temat wykładu: „O prawie do urodzenia się – perspektywa amerykańskiej kobiety”

 

14 marca (wtorek) – Lublin

godz. 17:30 – Katolicki Uniwersytet Lubelski, al. Racławickie 14, Aula Kardynała Stefana Wyszyńskiego

Temat wykładu: „O godności człowieka nienarodzonego”

 

15 marca (środa) – Kraków

godz. 18:00 – Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego, ul. Gołębia 24, sala 52

Temat wykładu: „Jestem dzieckiem z gwałtu – Rebecca Kiessling o prawie do urodzenia się”

 

16 marca (czwartek) – Wrocław

godz. 18:00 – Budynek „A” Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego, ul. Uniwersytecka 22/26, sala 418

Temat wykładu: „O prawie do urodzenia się z perspektywy kobiety poczętej z gwałtu”

 

17 marca (piątek) – Toruń

godz. 14:00 – Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, ul. Władysława Bojarskiego 3, (sala zostanie podana wkrótce)

Temat wykładu: „O prawie do urodzenia się z perspektywy USA”

 

18 marca (sobota) – Łomianki

godz. 18:30 – Centrum Kultury w Łomiankach, ul. Wiejska 12A

Temat wykładu: „Ocalić każdego”

 

Organizator: Ordo Iuris

http://www.ordoiuris.pl/zapraszamy-na-spotkania-z-rebecca-kiessling

 

 

„Mamy do czynienia ze zmianą. Nazwałbym ją załamaniem się polityki głównego nurtu, która rządziła światem zachodnim prze ostatnie dziesięciolecia, sprawiając wrażenie bezalternatywności” – powiedział w rozmowie przeprowadzonej dla tygodnika „Do rzeczy” europoseł Ryszard Legutko.

 

Zdaniem europosła obecna polityka to swoisty „alians lewicy i prawicy”. – Prawica poddała się ideologii lewicowej, a lewica zrezygnowała z najbardziej radykalnych haseł – twierdzi europoseł. Dodaje, że najlepiej widać to w Europie Zachodniej i jako przykład przywołuje Wielką Brytanię, gdzie „konserwatyści” wprowadzili „coś tak absurdalnego jak małżeństwo homoseksualne”.

Profesor Legutko zaznacza, że w krajach Zachodu mamy do czynienia z buntem i rewoltą przeciwko poprawności politycznej. Ciężko jednak dostrzec mu jakiekolwiek symptomy „odnowy konserwatywnej”, a samo „pragnienie suwerenności” to zbyt mało, aby wprowadzić wielkie zmiany polityczne, kulturowe, światopoglądowe itd., a powodem takiego stanu rzeczy jest różne postrzeganie suwerenności w poszczególnych krajach.

Jako pierwszy przykład filozof przywołuje Francję. Legutko twierdzi, że nieudolna polityka prezydenta Hollande’a znacznie wzmocniła francuskie ruchy na rzecz suwerenności. – Gdyby Francja miała taką pozycję jak wcześniej, kiedy mówiło się, że Europą rządzi Merkozy, czyli duet Merkel-Sarkozy, to wtedy te nastroje anty-unijne mogłyby być słabsze. Francuzi mieliby przekonanie, że mają wpływ na Europę. Teraz oczywiście takiego przekonania nie mają, co dodatkowo wzmacnia partie w rodzaju Frontu Narodowego – zaznacza. Dodaje, że ten stan rzeczy został spotęgowany przez imigrację i laicyzację sukcesywnie zabijające francuską tożsamość narodową.

Następnie europoseł odnosi się do sytuacji u naszych zachodnich sąsiadów. – Niemców w ogóle nie dotyczy żadna konserwatywna zmiana. Niemcy to królestwo głównego nurtu: od momentu powstania po wojnie, z krótkimi przerwami, rządziła w Niemczech wielka koalicja. Na razie nie ma tam takiego zróżnicowania, które mogłoby napędzić dynamika ideowych zmian – twierdzi. Jego zdaniem Angela Merkel jest dużo bardziej doświadczonym politykiem niż Martin Schulz. – Merkel zrobiła jeden straszny błąd, wpuszczając imigrantów do Europy, przez co rozpętała gigantyczny kryzys, ale mimo wszystko jest politykiem bardziej roztropnym. Chociaż niestety ona również reprezentuje typową niemiecką arogancję – zaznacza i dodaje, że nie widzi szans na jakąkolwiek prawicową zmianę w Niemczech.

W kolejnym fragmencie rozmowy prof. Legutko odnosi się do sytuacji w USA, gdzie prezydent Donald Trump „ma komfortową sytuację wewnętrzną, bo republikanie sprawują władzę w większości stanów i w instytucjach federalnych”. Dodaje jednak, że trzeba się wstrzymać z oceną dotyczącą przesunięcia Ameryki na prawo. Powodem są furiackie ataki opozycji. – Główny nurt nie umie przegrywać. Ta niby cywilizowana elita, gdy tylko przegra, zmienia się w stado żuli i posługuje się odpowiednim dla nich językiem – puentuje europoseł.

Źródło: „Do rzeczy”

TK



Read more: http://www.pch24.pl/ryszard-legutko--obecna-polityka-europejska-to-swoisty-alians-lewicy-i-prawicy-newsletter-152,49582,i.html#ixzz4ZJUIEKmq

 

 

 

 

Na początku marca studenci z zespołu JetStream Akademickiego Klubu Lotniczego Politechniki Wrocławskiej wezmą udział w międzynarodowych zawodach lotniczych SAE Aero Design West. W środę, 15 lutego, na lotnisku wrocławskiego aeroklubu w Szymanowie, zaprezentowali model samolotu, z którym pojadą do USA.

 

Zadaniem drużyn biorących udział w zawodach jest zbudowanie bezzałogowego samolotu, który ma podnieść jak najcięższy ładunek. W kategorii Advanced, w której startować będzie zespół JetStream, zadanie polega nie tylko na udźwignięciu ładunku, ale również na zrzuceniu go z wysokości co najmniej 33. metrów w taki sposób, by znalazł się jak najbliżej wyznaczonego celu.

 

Nasi studenci przygotowali samolot o nazwie „Vratislavia”. Maszyna waży blisko 3,5 kg, rozpiętość skrzydeł wynosi niemal 3,8 m i jest w stanie unieść ładunek o wadze 12 kg.

 

Konkurencja ma być symulacją zrzutu ładunku humanitarnego. Samoloty w tej kategorii są najbardziej zaawansowane, a dodatkowo w ubiegłym roku organizatorzy zawodów zmienili regulamin, wprowadzając dodatkowe utrudnienia. Studenckie samoloty muszą m.in. zrzucić ładunek nie raz, a kilka razy w ciągu lotu.

 

Zawody SAE Aero West są rozgrywane w Stanach Zjednoczonych od 1995 roku. Organizuje je stowarzyszenie Society of Automotive Engineers, a biorą w nim udział studenci z uczelni technicznych z całego świata. Konkurs jest rozgrywany w trzech klasach: Micro, Regular i Advanced.

 

Tegoroczne zawody będą już dziewiątym startem studentów Politechniki Wrocławskiej w rywalizacji w ramach SAE Aero Design. Od trzech lat reprezentanci naszej uczelni – występujący jako zespół JetStream – utrzymują się w ścisłej czołówce startujących. W ubiegłym roku zajęli drugie miejsce w klasie Advanced.

 

Rywalizacja będzie się toczyła w dniach 10 - 12 marca w Fort Worth w Teksasie, a o zwycięstwo powalczy 75 zespołów. Partnerami zawodów są firmy Lockheed Martin i Dassault Systèmes Solidworks.

 

http://pwr.edu.pl/uczelnia/aktualnosci/samolot-akl-gotowy-na-zawody-w-stanach-zjednoczonych-10374.html

 

 

„Kiedy zobaczyła mnie pracownica ośrodka dla maltretowanych kobiet w pewnej miejscowości w Wielkiej Brytanii – ubraną w długą czarną spódnicę, czarną bluzkę z długim rękawem bez dekoltu, z dwójką małych dzieci i reklamówką, nie musiałam mówić kim jest mój mąż, od którego uciekłam. Takich przypadków widziała już setki.” – mówi moja znajoma, która przez kilka lat mieszkała w Anglii. Miała być praca, której w Polsce brak. Praca oczywiście się znalazła, a w pakiecie przystojny Kurd, który wkrótce stał się jej mężem.

Historia jakich wiele. Uczy jednego, że niczego nie uczy. Kolejne Europejki wiążą się z egzotycznymi muzułmanami. Kolejne kobiety przeżywają gehennę. Kolejne ofiary w postaci dzieci bez ojców i zranionych dziewczyn. Scenariusz się powtarza.

„Przez minimum tydzień chodzisz w miniówce i jesz bekon” –  tym zdaniem wypowiedzianym przez pracownicę ośrodka pomocy kobietom, zaczęła się terapia eM. W czasie kilkuletniego małżeństwa miała zakaz kontaktowania się ze swoimi przyjaciółmi z przeszłości, wieprzowina, jako mięso nieczyste w islamie, również była zakazana, musiała dbać o swoją reputację, czyli strój (miała szczęście, że udało jej się odmówić noszenia chusty, lecz i tak dress code należał do specyficznych). Mogła spotykać się jedynie ze znajomymi swojego męża, którzy pomimo przebywania w Wielkiej Brytanii przez kilkanaście lat, słabo mówili po angielsku i nie pragnęli się asymilować. Mieszkali w swoim getcie.  EM zamieszkała wraz z nimi.

- W ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat ponad 100 tysięcy Polek wyszło za wyznawców religii Mahometa pochodzących z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. Życie nieraz w sposób bolesny weryfikuje naiwność europejskich kobiet, które uległy czarowi wschodnich przybyszów próbujących realizować „niedościgniony wzór proroka Mahometa”. – pisał portal pch24.pl w 2015 roku.

„Oni chyba w tym islamie mają jakieś lekcje manipulacji” – słyszę od eM.

Zakochała się jak inne Europejki – bo wreszcie myślał poważnie o związku, nie tak jak niedojrzali chłopcy z Europy - chciał zakładać rodzinę, mieć dzieci. Poza tym te egzotyczne, tajemnicze oczy.  

Zwykle stajemy przed takim scenariuszem: Przed ślubem pięknie. Po ślubie - piekło. W tym przypadku również było podobnie.

Trudno jest oszacować ilu nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu przebywa aktualnie w Europie. Ludzi wychowanych w totalnie innej kulturze i religii. Osób, które chcą legalnie funkcjonować w krajach Europy, a najłatwiejszą drogą do tego celu jest… małżeństwo  z Europejką.

Wciąż tak mało kobiet ma świadomość, że to adorowanie przez muzułmańskiego mężczyznę, ten zachwyt na temat naszych oczu, blond włosów, ta początkowa delikatność, której nie znajdzie się w europejskich chłopcach podczas clubbingu, że głównym jej powodem jest zwykła chęć otrzymania wizy, umożliwiającej legalny pobyt. Miejcie to na uwadze drogie kobiety. Zatrważająca jest skala imigracji, więc można się spodziewać, że takich przypadków będzie  więcej.  Zbliża się również sezon na wyjazdy wielu Polek do pracy tymczasowej na zachodzie Europy. Po prostu nie dajcie się zmanipulować

Ostrzeganie o zgubnych skutkach wiązania się Europejki z muzułmaninem z Bliskiego Wschodu nie jest rasizmem, ani mową nienawiści. Przeczytajcie Koran, będziecie wiedzieć, co „Święta Księga” waszego potencjalnego męża mówi o tym, w jaki sposób będzie cię traktować. W ośrodku w Anglii, w którym przebywała eM, było 40 kobiet, większość uciekła od mężów muzułmanów, było kilka dziewczyn z Polski.

Powinnaś się dowiedzieć, co oznacza pojęcie »żona muzułmanina«

„1. Islam naucza, że »mężczyzna przewyższa kobietę« (Koran, sura 2:228).

2. Islam naucza, że kobieta ma połowę tych praw, które ma mężczyzna – w sądzie (2:282) i w dziedziczeniu (4:11).

3. Islam traktuje żonę jako własność męża. Na przykład werset 3:14 mówi: »Dobrze jest dla mężczyzny kochać swoje rzeczy: żony i synów, złoto i srebro, i konie...«.

4. Islam nakazuje kobietom zasłaniać twarz, kiedy wychodzą z domu: »I powiedz wierzącym kobietom, by zasłaniały twarze i nie eksponowały swojego piękna« (24:31).

5. Jednocześnie Mahomet uczy, że kobiety są ułomne intelektualnie oraz duchowo. Al-Bukhari (2:541) przekazuje słowa Proroka: »Nie spotkałem nikogo bardziej odartego z rozumu i pobożności niż kobiety«.

6. Twoje małżeństwo. Islam zezwala na poligamię; mężczyzna może mieć jednocześnie nawet cztery żony: »Żeńcie się według waszego wyboru – z dwiema, trzema, czterema...« (4:3).

7. Mąż może rozwieść się z żoną – wystarczy jego ustne oświadczenie – żona natomiast nie może zainicjować rozwodu. »Można rozwieść się dwukrotnie« – mówi Koran (2:229). Jeżeli mąż trzykrotnie wypowiedział formułkę rozwodową, żona nie może powrócić do niego, póki nie wyjdzie za mąż za innego, który również się z nią rozwiedzie (oczywiście kobieta musi z nim również współżyć seksualnie). Nakazuje to Koran (2:230).

8. Islam naucza, że mąż powinien karać żonę, bijąc ją lub odmawiając jej współżycia: »Jeżeli żony okazują brak posłuszeństwa, karzcie je, nie dzielcie z nimi łóżka i bijcie je...« (4:34).

9. Twoje życie seksualne. Islam uważa żonę za obiekt zaspokajający pragnienia seksualne męża: »Wasze żony są dla was polem do zaorania, korzystajcie więc z nich, kiedy tylko chcecie i jak chcecie« (2:223).

10. Twoje dzieci. Twoje dzieci muszą być wychowane w religii ojca-muzułmanina. W przypadku rozwodu dzieci pozostają zawsze z ojcem, który może zabronić Ci widywać się z nimi. Szariat (prawo islamu) stanowi, że w małżeństwach mieszanych dziecko powinno być wychowywane w „lepszej z dwóch religii wyznawanych przez rodziców” – przy czym tą lepszą, oczywiście, w myśl szariatu jest islam. Koran twierdzi, że islam jest jedyną prawdziwą religią
(3:19).

11. Nie muzułmanin nie może być nawet przyjacielem muzułmanina: »Wy, którzy wierzycie, nie miejcie za przyjaciół niewierzących, tylko wiernych« „ (za: „Miłujcie Się!”)

Każdy jest kowalem swojego losu. Postaraj się kuć swoje życie tak, by nie stać się następną kobietą po okropnych przeżyciach, z dwójką dzieci i reklamówką. Szczęśliwą, że dzieci masz przy sobie, lecz żyjącą w strachu, że zostaną uprowadzone.

Karolina Zaremba

Informacje zaczerpnęłam z portalu pch24.pl, Miłujcie się! 3/2006, oraz życia

Źródło: http://www.fronda.pl/a/bylam-zona-muzulmanina-przezylam-pieklo-bo-chcial-uzyskac-wize,65736.html

 

 

%PM, %09 %653 %2017 %14:%Lut

W obronie sakramentów

Biskupi z Kazachstanu wzywają do modlitwy: Aby Papież Franciszek potwierdził niezmienną praktykę Kościoła względem prawdy o nierozerwalności małżeństwa.

Po ogłoszeniu adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia” w niektórych Kościołach publikowane były zasady jej praktycznego zastosowania i interpretacje, według których rozwodnicy, którzy wstąpili w cywilny związek z nowym partnerem pomimo węzła sakramentalnego, którym są związani z uprawnionymi małżonkami, są dopuszczani do sakramentów pokuty i Eucharystii, nie wypełniwszy ustanowionej przez Boga powinności zaprzestania pogwałcania węzła ich istniejącego, sakramentalnego małżeństwa.

Pożycie more uxorio z osobą, która nie jest prawowitym małżonkiem, staje się tym samym obrazą Przymierza zbawienia, którego znakiem jest sakramentalne małżeństwo (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, 2384), i stanowi nadto obrazę oblubieńczego charakteru samej tajemnicy eucharystycznej.

Papież Benedykt XVI podkreślił tę współzależność następującymi słowy: „Eucharystia wzmacnia w sposób niewyczerpany jedność i nierozerwalną miłość każdego chrześcijańskiego małżeństwa. W nim, na mocy sakramentu, węzeł małżeński jest wewnętrznie powiązany z jednością eucharystyczną Chrystusa-Oblubieńca z Kościołem-Oblubienicą (por. Ef 5,31-32)” (adhortacja apostolska „Sacramentum caritatis”, 27).

Pasterze Kościoła, którzy – choćby tylko w pojedynczych albo wyjątkowych przypadkach – tolerują czy nawet upoważniają do przyjmowania sakramentu Eucharystii rozwodników, którzy zawarli ponowny „ślub” cywilny i nie są przyobleczeni w „szatę ślubną”, choć sam Bóg w Piśmie Świętym (por. Mt 22,11 i 1 Kor 11,28-29) nakazał ją jako konieczny warunek godnego udziału w weselnej wieczerzy eucharystycznej, przyczyniają się w ten sposób do ciągłego pogwałcania sakramentu małżeństwa, oblubieńczej więzi między Chrystusem a Kościołem i oblubieńczej relacji między Chrystusem a duszą, która przyjmuje Jego eucharystyczne Ciało. Niektóre Kościoły partykularne opublikowały lub zaleciły wytyczne duszpasterskie o następującym lub podobnym brzmieniu: „Jeśli następnie ten wybór [życia we wstrzemięźliwości] jest w praktyce trudny dla stabilności pary, ’Amoris laetitia’ nie wyklucza możliwości przystąpienia do spowiedzi i Eucharystii. To oznacza pewną otwartość, podobnie jak w przypadku, w którym istnieje pewność moralna, że pierwsze małżeństwo było nieważne, ale brak jest niezbędnych dowodów, by móc to wykazać w procesie sądowym. Zatem nie ma powodu, dla którego spowiednik, w pewnym momencie, w swoim sumieniu, po wielu przemyśleniach i modlitwach, nie miałby przyjąć na siebie odpowiedzialności przed Bogiem i penitentem, prosząc, aby sakramenty te były przyjmowane w dyskretny sposób”.

Wspomniane wytyczne duszpasterskie przeczą powszechnej tradycji Kościoła katolickiego, która przez nieprzerwaną posługę Piotrową Papieży zawsze była strzeżona wiernie i bez cienia wątpliwości bądź dwuznaczności, zarówno w nauczaniu, jak i w praktyce względem tego, co dotyczy nierozerwalności małżeństwa. Wspomniane normy i wytyczne duszpasterskie przeczą ponadto w praktyce następującym prawdom i doktrynom, których – jako pewnych – Kościół katolicki nieprzerwanie nauczał: Przestrzeganie Dziesięciu Przykazań Bożych, a w szczególności szóstego przykazania, obowiązuje każdą osobę ludzką, bez wyjątku, zawsze i w każdej sytuacji. W tej materii nie można dopuszczać przypadków indywidualnych bądź wyjątkowych albo mówić o jakimś wyższym ideale. Święty Tomasz z Akwinu mówi: „Przykazania dekalogu zawierają intencje samego ustawodawcy, czyli Boga. Tak więc przykazania dekalogu nie dopuszczają żadnego wyjątku” (Summa theol., 1-2, q. 100, do 8c). Wymagania moralne i praktyczne, wypływające z przestrzegania Dziesięciu Przykazań Bożych, a w szczególności z nierozerwalności małżeństwa, nie są zwyczajnymi normami albo prawami pozytywnymi Kościoła, ale wyrazem świętej woli Boga. W tym kontekście nie należy zatem mówić o prymacie osoby nad normą czy prawem, ale raczej o prymacie woli Bożej nad wolą grzesznej osoby ludzkiej, ponieważ w ten sposób dana osoba może zostać zbawiona poprzez wypełnianie Bożej woli, z pomocą Jego łaski.

Wierzyć w nierozerwalność małżeństwa i przeczyć jej własnymi czynami, uważając się jednocześnie za osobę wręcz wolną od grzechu ciężkiego oraz uspokajając własne sumienie ufnością w Miłosierdzie Boże, jest oszukiwaniem samego siebie, przed czym ostrzegał już Tertulian, świadek wiary i praktyki Kościoła pierwszych wieków: „Niektórzy mówią, że Bogu wystarcza, iż przyjmuje się Jego wolę sercem i duszą, nawet jeżeli uczynki nie odpowiadają jej: tak więc myślą grzeszyć i być w stanie utrzymać nienaruszoną zasadę wiary i bojaźni Bożej: to jest idealnie to samo, jak gdyby ktoś twierdził, że utrzyma zasadę czystości, gorsząc i naruszając świętość i integralność związku małżeńskiego” (Tertulian, De paenitentia 5, 10).

Przestrzeganie Przykazań Bożych, a w szczególności nierozerwalności małżeństwa, nie może być przedstawiane jako wyższy przejaw ideału, do którego powinno się dążyć według kryterium dobra możliwego lub osiągalnego. Jest ono obowiązkiem wobec Boga samego, nieodwołalnym nakazem, którego nieprzestrzeganie pociąga według Jego słowa wieczne potępienie. Mówienie wiernym czegoś przeciwnego byłoby tożsame z oszukiwaniem ich lub zachęcaniem ich do nieposłuszeństwa względem woli Bożej, zagrażającego ich wiecznemu zbawieniu.  

Bóg daje każdemu człowiekowi pomoc w przestrzeganiu przykazań Bożych, jeśli ten prosi Go o to w sposób należyty, jak nieomylnie nauczał Kościół: „Bóg bowiem nie nakazuje tego, co niemożliwe, lecz nakazując, przynagla cię, byś czynił wszystko, co możesz, a prosił o to, czego nie możesz, On zaś pomoże ci, byś mógł…” (Sobór Trydencki, ses. 6, cap. 11) i „Jeśli ktoś mówi, że także dla człowieka usprawiedliwionego i żyjącego w łasce przykazania Boże są niemożliwe do przestrzegania: niech będzie przeklęty” (Sobór Trydencki, ses. 6, kan. 18). Kierując się tą nieomylną doktryną, św. Jan Paweł II nauczał: „W określonych sytuacjach przestrzeganie prawa Bożego może być trudne, nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe. To niezmienne nauczanie Tradycji Kościoła…” (encyklika „Veritatis splendor”, 102). „Wszyscy małżonkowie są powołani do świętości w małżeństwie według woli Boga, a to powołanie realizuje się w miarę, jak osoba ludzka potrafi odpowiedzieć na przykazanie Boże, ożywiona spokojną ufnością w łaskę Bożą i we własną wolę” (adhortacja apostolska „Familiaris consortio”, 34).

Akt seksualny poza ważnym małżeństwem, a w szczególności cudzołóstwo, jest zawsze grzechem obiektywnie ciężkim i żadna okoliczność, żaden cel nie mogą uczynić go dopuszczalnym lub miłym Bogu. Święty Tomasz z Akwinu mówi, że szóste przykazanie obowiązuje także w przypadku, w którym akt cudzołóstwa mógłby uratować kraj od tyranii (De Malo, q. 15, od 1, do 5).

Święty Jan Paweł II nauczał tej odwiecznej prawdy Kościoła: „…przykazania moralne negatywne, to znaczy zakazujące pewnych czynów i zachowań jako z natury złych, nie dopuszczają żadnych uprawnionych wyjątków; nie pozostawiają żadnej możliwości – która byłaby do przyjęcia z moralnego punktu widzenia – dla ’tworzenia’ norm z nimi sprzecznych. Gdy w konkretnym wypadku zostanie rozpoznany rodzaj moralny czynu zakazanego przez uniwersalną zasadę, to jedynie aktem moralnie dobrym jest posłuszeństwo prawu moralnemu i powstrzymanie się od tego, czego ono zakazuje” (encyklika „Veritatis splendor”, 67).

Cudzołożny związek osób rozwiedzionych, „utwierdzony” ponownym „ślubem” cywilnym, jak to się obecnie określa, i cechujący się tak zwaną „sprawdzoną wiernością” w grzechu cudzołóstwa, nie może zmienić jakości moralnej ich czynu naruszającego sakramentalną więź małżeńską, czyli cudzołóstwa, będącego zawsze czynem wewnętrznie złym.

Osoba, która posiada prawdziwą wiarę i synowską bojaźń Bożą nie może mieć „wyrozumiałości” dla czynów wewnętrznie złych, których przykładem jest pożycie seksualne poza ważnym małżeństwem, ponieważ czyny te obrażają Boga. Przyjmowanie Komunii Świętej przez rozwodników, którzy zawarli ponowny „ślub” cywilny, stanowi w praktyce domyślne zwolnienie od przestrzegania szóstego przykazania.

Żadna władza kościelna nie ma prawa do udzielenia takiej domyślnej dyspensy ani w indywidualnym przypadku, ani w szczególnej lub złożonej sytuacji, bądź z myślą o osiągnięciu dobrego celu (np. wychowania wspólnie dzieci urodzonych w cudzołożnym związku), powołując się przy udzielaniu takich dyspens na zasadę miłosierdzia, „via caritatis”, lub na macierzyńską troskę Kościoła lub stwierdzając, że nie chce on narzucać miłosierdziu wielu warunków.

Tomasz z Akwinu powiedział: „Dla żadnego użytecznego celu nikt nie może popełniać cudzołóstwa” (pro utilitate nic enim debet aliquis adulterium committere)„ (De Malo, q. 15, od 1 do 5).

Norma, która dopuszcza pogwałcenie szóstego przykazania Bożego i sakramentalnego węzła małżeńskiego tylko w pojedynczym przypadku lub w wyjątkowych sytuacjach, rzekomo aby uniknąć ogólnej zmiany norm kanonicznych, jest jednak zawsze tożsama ze sprzeciwieniem się prawdzie i woli Boga. Mówienie w tym przypadku o restrykcyjnej normie lub o mniejszym złu w przeciwieństwie do normy podstawowej jest zatem psychologicznie nieadekwatne i teologicznie błędne.

Ważne małżeństwo osób ochrzczonych jest sakramentem Kościoła i ze swej natury ma charakter publiczny. Subiektywny osąd sumienia o nieważności własnego małżeństwa, w przeciwieństwie do odpowiedniego, ostatecznego wyroku sądu kościelnego, nie może pociągać za sobą skutków wobec sakramentalnej dyscypliny, która zawsze ma charakter publiczny.

Kościół, a konkretnie szafarz sakramentu pokuty, nie jest uprawniony do oceny stanu sumienia danego wiernego lub do oceny prawości intencji sumienia, ponieważ ”Ecclesia de occultis non iudicat„ (Sobór Trydencki, Sesja 24, rozdz. 1). Szafarz sakramentu pokuty nie jest więc zastępcą lub przedstawicielem Ducha Świętego, zdolnym wniknąć z Jego światłem w najgłębszą sferę sumienia, ponieważ Bóg zarezerwował dostęp do sumienia wyłącznie dla siebie samego: ”Sacrarium in quo homo Solus est cum Deo„ (Sobór Watykański II, ”Gaudium et spes„, 16).

Spowiednik nie może przywłaszczać sobie odpowiedzialności przed Bogiem i penitentem lub implicite zwalniać tego ostatniego z przestrzegania szóstego przykazania i nierozerwalności węzła małżeńskiego, dopuszczając go do Komunii Świętej.

Kościół nie ma władzy wyciągania skutków w zewnętrznej sferze dyscypliny sakramentalnej na podstawie domniemanego przeświadczenia w sumieniu danej osoby o nieważności jej małżeństwa, [wyrażanego] w sferze wewnętrznej. Praktyka zezwalająca ludziom rozwiedzionym, tak zwanym ”ponownie zaślubionym„, na przystępowanie do sakramentów pokuty i Eucharystii, pomimo ich zamiaru dalszego naruszania szóstego przykazania i ich sakramentalnego małżeństwa, byłaby sprzeczna z Bożą prawdą i obca odwiecznemu zmysłowi Kościoła katolickiego oraz sprawdzonej obyczajowości przyjętej i wiernie zachowywanej od czasów Apostołów, a niedawno potwierdzonej w sposób pewny przez Jana Pawła II (por. adhortacja apostolska ”Familiaris consortio„, 84) i przez papieża Benedykta XVI (por. adhortacja apostolska ”Sacramentum caritatis„, 29).

Wspomniana praktyka byłaby dla każdego myślącego człowieka ewidentnym zerwaniem z odwieczną i apostolską praktyką Kościoła, a zatem nie stanowiłaby ona rozwoju w ciągłości.

Wobec tak oczywistego faktu argumenty muszą ustąpić: contra factum non valet argumentum. Taka praktyka duszpasterska byłaby antyświadectwem nierozerwalności małżeństwa i rodzajem kolaboracji Kościoła w szerzeniu ”plagi rozwodów„, przed którą ostrzegał Sobór Watykański II (por. ”Gaudium et spes„, 47).

Kościół naucza przez to, co czyni, i musi czynić to, czego naucza. O działalności duszpasterskiej w odniesieniu do osób znajdujących się w nieregularnych związkach Jan Paweł II powiedział: ”Oddziaływanie duszpasterskie będzie zmierzało do uświadomienia konieczności harmonii pomiędzy życiem a wyznawaną wiarą i uczynienia wszystkiego, co możliwe, ażeby doprowadzić te osoby do uregulowania ich sytuacji wedle zasad chrześcijańskich. Chociaż osoby te trzeba traktować z wielką miłością i zainteresować je życiem wspólnot kościelnych, to jednak, niestety, pasterze Kościoła nie mogą ich dopuścić do sakramentów„ (adhortacja apostolska ”Familiaris consortio„, 82). Autentyczne towarzyszenie osobom, które znajdują się w obiektywnym stanie grzechu ciężkiego i wiążące się z tym dążenie do rozeznania duszpasterskiego nie może uciekać od głoszenia tym ludziom z wszelką miłością pełnej prawdy o Bożej woli, aby z całego serca okazali oni żal za grzeszne akty współżycia more uxorio z osobą, która nie jest ich prawowitym małżonkiem. Jednocześnie autentyczne towarzyszenie i rozeznanie duszpasterskie musi zachęcać ich, by z pomocą Bożej łaski nie popełniali takich czynów w przyszłości. Apostołowie wraz z całym Kościółem na przestrzeni dwóch tysięcy lat zawsze głosili ludzkości pełnię Bożej prawdy o tym, co dotyczy szóstego przykazania i nierozerwalności małżeństwa, kierując się napomnieniem świętego Pawła Apostoła: ”nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej„ (Dz 20,27).

Duszpasterska praktyka Kościoła dotycząca małżeństwa i sakramentu Eucharystii jest tak ważna i ma tak istotne konsekwencje dla wiary i dla życia wiernych, że Kościół, aby pozostać wiernym objawionemu słowu Boga, musi unikać w tej materii jakiegokolwiek cienia wątpliwości lub zamętu.

Święty Jan Paweł II ujął tę odwieczną prawdę Kościoła następująco: ”Odwołując się do nauczania i prawa Kościoła, pragnę zwrócić szczególną uwagę wszystkich na żywe poczucie odpowiedzialności, które winno nami kierować w sposobie traktowania rzeczy świętych, które, jak Sakramenty, nie są naszą własnością, czy też, jak w przypadku sumień, mają prawo do tego, by nie były zdane na niepewność i zamieszanie. Do rzeczy świętych należą – powtarzam – i jedne, i drugie: Sakramenty i sumienia, z naszej strony wymagają one posługi w prawdzie. Taka też jest racja prawa Kościoła„ (adhortacja apostolska ”Reconciliatio et paenitentia„, 33).

Pomimo wielokrotnych deklaracji o niezmienności nauczania Kościoła na temat rozwodu, niektóre lokalne Kościoły wcielają go teraz w swoją praktykę sakramentalną, a zjawisko to rozszerza swój zasięg. Tylko głos Najwyższego Pasterza Kościoła może definitywnie zapobiec temu, że sytuacja Kościoła naszych czasów opisywana będzie w przyszłości następującym wyrażeniem: ”Cały świat jęczał i zauważał ze zdziwieniem, że zaakceptowano rozwód w praktyce„ (ingemuit totus orbis, et divortium in praxi se accepisse miratus est), przywołując analogiczne słowa, którymi św. Hieronim scharakteryzował kryzys ariański. Z uwagi na to realne niebezpieczeństwo i szerzącą się plagę rozwodów w życiu Kościoła, która jest implicite legitymizowana poprzez wymienione normy i [przykłady] zastosowania adhortacji ”Amoris laetitia„, z uwagi na to, że powyższe normy i wytyczne lokalnych Kościołów stały się wiedzą publiczną na skutek współczesnej, zglobalizowanej kultury, zważywszy także na nieskuteczność wielu apeli kierowanych do Ojca Świętego prywatnie i w poufny sposób przez wielu wiernych oraz niektórych Pasterzy Kościoła, zmuszeni jesteśmy poczynić to pilne wezwanie do modlitwy.

Jako następców Apostołów przynagla nas również obowiązek zabierania głosu, gdy chodzi o najświętsze sprawy Kościoła oraz o kwestię wiecznego zbawienia dusz. Niech następujące słowa, którymi Jan Paweł II opisał niesprawiedliwe ataki na wierność wobec Magisterium Kościoła, będą światłem dla wszystkich Pasterzy Kościoła w tych trudnych czasach, zachęcając ich do tego, by działać w coraz bardziej zjednoczony sposób: ”Najczęściej oskarża się Magisterium Kościoła o zacofanie, o niezrozumienie ducha czasów nowożytnych i o działanie na szkodę ludzkości, a przy tym – na własną szkodę Kościoła. To ostatnie należy rozumieć w tym znaczeniu, że Kościół, ’upierając się’ przy swym stanowisku, traci popularność, a wierni odchodzą od niego„ (List do Rodzin, Gratissimam sane, 12).

Biorąc pod uwagę, że dopuszczenie rozwiedzionych, tak zwanych ”poślubionych ponownie„ osób do sakramentów pokuty i Eucharystii, nie wymagając od nich życia we wstrzemięźliwości, stanowi zagrożenie dla wiary i zbawienia dusz, a także stanowi obrazę świętej woli Boga, biorąc również pod uwagę, że taka praktyka duszpasterska nigdy nie może być wyrazem miłosierdzia, ”via caritatis„, czyli zmysłem macierzyńskim Kościoła wobec grzesznych dusz, z głęboką duszpasterską troską czynimy to pilne wezwanie do modlitwy, aby Papież Franciszek w sposób jednoznaczny odwołał powyższe wytyczne duszpasterskie, które zostały już wprowadzone w niektórych Kościołach partykularnych.

Takie działanie widzialnej Głowy Kościoła pocieszyłoby Pasterzy i wiernych Kościoła zgodnie z poleceniem, jakie Chrystus, Najwyższy Pasterz dusz, dał Apostołowi Piotrowi, a przez niego wszystkim jego następcom: ”Utwierdzaj twoich braci„ (Łk 22,31). Niech następujące słowa świątobliwego papieża oraz św. Katarzyny ze Sieny, Doktora Kościoła, staną się światłem i pocieszeniem dla wszystkich w Kościele naszych czasów: ”Błąd, któremu się nie oprzeć, jest zatwierdzony. Prawda, która nie jest broniona, jest ciemiężona„ (papież św. Felix III +492). ”Ojcze Święty, Bóg wybrał cię na filar Kościoła, dzięki czemu jesteście narzędziem do wykorzenienia herezji, zawstydzenia kłamstwa, wydobycia Prawdy, rozproszenia ciemności i objawienia światła„ (św. Katarzyna ze Sieny +1380). Gdy papież Honoriusz I (625-638) zajął dwuznaczne stanowisko względem szerzącej się nowej herezji monoteletyzmu, św. Sofroniusz, patriarcha Jerozolimy, wysłał z Palestyny do Rzymu pewnego biskupa z następującymi słowy: ”Idź do Stolicy Apostolskiej, w której znajduje się fundament świętej nauki i nie ustawaj w modlitwie, dopóki Stolica Apostolska nie potępi tej nowej herezji„. Potępienia dokonał w roku 649 święty papież i męczennik Marcin I.

Czynimy to wezwanie do modlitwy świadomi tego, że zaniechanie tego kroku byłoby poważnym zaniedbaniem. Chrystus, Prawda i Najwyższy Pasterz, osądzi nas, kiedy powtórnie przyjdzie. Prosimy Go z pokorą i ufnością, aby nagrodził wszystkich Pasterzy i wszystkie owce niewiędnącym wieńcem chwały (por. 1 P 5,4).

W duchu wiary oraz z synowską miłością i oddaniem zanosimy naszą modlitwę za Papieża Franciszka:

Oremus pro Pontifice nostro Francisco: Dominus conservet eum, et vivificet eum, et beatum faciat eum in terra, et non tradat eum in animam inimicorum eius. Tu es Petrus, et super hanc petram aedificabo Ecclesiam Meam, et portae inferi non praevalebunt adversus eam.

Módlmy się za naszego Papieża Franciszka. Niech go Pan ustrzeże, zachowa przy życiu, uczyni szczęśliwym na ziemi i nie wyda go wściekłości jego wrogów. Ty jesteś Piotr i na tej Skale zbuduję Kościół Mój, a bramy piekielne go nie przemogą.

Jako konkretny środek zalecamy codzienne recytowanie tej starożytnej modlitwy Kościoła albo odmówienie cząstki Różańca Świętego w intencji odwołania przez Papieża Franciszka w sposób jednoznaczny tych wytycznych duszpasterskich, które dopuszczają osoby rozwiedzione, tzw. ponownie zaślubione, do przyjmowania sakramentów pokuty i Eucharystii, nie wymagając od nich wypełnienia obowiązku życia we wstrzemięźliwości.

18 stycznia 2017 r., starożytne święto Katedry św. Piotra w Rzymie

+Tomasz Peta Arcybiskup Metropolita Archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie

+Jan Paweł Lenga emerytowany Arcybiskup-Biskup Diecezji Karagandyjskiej

+Athanasius Schneider Biskup pomocniczy Archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie




Artykuł opublikowany na stronie: http://www.naszdziennik.pl/mysl/174693,w-obronie-sakramentow.html

magazyn max kolonko echelon2 Mogą słuchać każdej rozmowy telefonicznej, przeglądać każdy fax, czytać każdy e- mail i rejestrować strony internetowe, ktore przeglądasz na domowym komputerze. Siatka globalnej sieci podsłuchowej Echelon, do której należą USA, Wielka Brytania, Kanada, Australia i Nowa Zelandia, obejmuje swoim zasięgiem cały nasz świat.

W 2001 roku sieć podsłuchu Echelon była przedmiotem dochodzenia Unii Europejskiej, zaś w ostatnich latach, przedmiotem rozlicznych dyskusji organizacji zajmujacych się ochroną praw obywatelskich. Choć istnienia sieci Echelon nikt w Białym Domu oficjalnie nie potwierdza, istnieją jednak dowody na to, że Globalne Ucho istnieje i słucha.  Sieć Echelon namierzała kilkakrotnie telefon satelitarny Osamy Bin Ladena w trakcie operacji Tora Bora zmuszając przywódcę Al – Kaidy do przejścia na tradycyjne systemy łącznosci, jak kurierzy.  To właśnie osobisty kurier Bin Ladena przyjął połączenie telefoniczne które pozwoliło zlokalizować miejsce jego pobytu, prowadząc następnie do ogrodzonej murem kryjówki Bin Ladena.

Eksperci śledzący działania Agencji Bezpieczeństwa Narodowego USA są zdania, że umieszczenie anten satelitarnych radarów w Czechach w ramach tarczy rakietowej, miało przyłożyć ucho sieci Echelon do dźwiękoszczelnych gabinetów rosyjskich oligarchów.

Akta Księżnej Diany

Bip… Bip… telefon komórkowy w torebce Księżnej Diany przerwał jej wizytę humanitarną w Bośni. Prywatna rozmowa z członkiem rodziny królewskiej przebywającym w Waszyngtonie, dotyczyła zapomnianych pól minowych okaleczających 2 lata po zakończonej w 1995 roku wojnie, dziesiątki niewinnych ludzi. Głos Księżnej w telefonie poszybował 23,300 mil w powietrze, by nad równikiem odbić się od jednego z 53 satelitów Intelsatu. Stamtąd poleciał w dół do stacji zbiorczej kompani telefonicznej AT&T w Etam w Zachodniej Virginii.

5o mil od tego miejsca w pobliżu Sugar Grove, (obok) w zalesionej dolinie otoczej wzgórzami, Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) ustawiła rząd parabolicznych anten radarowych do słuchania każdego sygnału, który trafia do pobliskich anten AT&T z nieba.

Z  rozmowy Księżnej Diany filtry superkomuterów sieci Echelon wychwyciły słowa „bomby” i „miny”, rejestrując całą, prywatną rozmowę. Numer telefonu satelitarnego Księżnej automatycznie trafił do rejestru telefonów inwigilowanych przez NSA przez następnych 6 miesięcy nagrywając jej rozmowy aż do dnia jej tragicznej śmierci. Urząd NSA mimo wielu zabiegów amerykańskich dziennikarzy powołujących się na Ustawę o Wolności Informacji (Freedom of Information Act) dotąd nie ujawnił treści tych rozmów, cytując prawo do ochrony tajemnicy państwowej. W 1998 r.- rok po tragicznej śmierci Księżnej Diany, urząd powiadomił jedynie, że Księżna nie była przedmiotem bezpośredniego podsłuchu dodając jednak, że akta z rozmów z Księżną Dianą liczą, bagatela, 1056 stron.

Trzy lata później sprawą tajnego systemu podsłuchowego Echelon zajął się Parlament Europejski. Tymczasowy Komitet d/s Systemu Przechwytującego Echelon w specjalnym raporcie do Parlamentu sugeruje, że Echelon jest i był w przeszłości wykorzystywany do szpiegostwa ekonomicznego, faworyzującego firmy krajów członkowskich (USA, Wielka Brytania, Kanada, Australia i Nowa Zelandia).

W przedstawionym parlamentowi w 2001 roku raporcie, Komitet stwierdza, że Agencja Bezpieczeństwa USA, dzięki sieci Echelon, rutynowo przegląda „całą pocztę e-mail, faxy i rozmowy telefoniczne na terytorium Europy”. Raport rekomendował, by kraje członkowskie UE używały oprogramowania dokonującego enkrypcji elektronicznej poczty. Komitet ostrzegł także Parlament, że podobny globalny system podsłuchowy jest dziś w stanie stworzyć Francja i Rosja dodając, że „uczestnictwo w takim systemie któregoś z państw członkowskich Europejskiej Wspólnoty (obecnej Unii Europejskiej) w celu innym niż bezpieczenstwo państwa, byłoby pogwałceniem praw wspólnoty.”

Jak działa Echelon

W ub. roku cała ludzkość świata rozmawiała przez telefon w połączeniach międzynarodowych łącznie ponad 180 milardów minut. Jak zauważył w 2002 roku General Michael Hayden, (dyrektor NSA w latach 1999-2005 i późniejszy szef CIA), w latach 90. ludzie zaczęli częściej komunikować się elektronicznie, niż pisać listy. W całej dekadzie lat 90. wykorzystanie telefonii komórkowej wzrosło prawie 50. krotnie, z 16 do 741 milionów użytkowników. Liczba użytkowników internetu wzrosła w tym czasie 90. krotnie: z 4 milionów do ponad 361 milionów.

System Echelon, którego zręby stworzono w 1948 roku do przechwytywania komunikacji dyplomatycznej Związku Sowieckiego i krajów Bloku Wschodniego, objął elektroniczną rewolucję lat 90. Wielko-Braterskim uściskiem. Inwigilację umożliwiał fakt, że w latach 90. większość międzynarodowych rozmów telefonicznych odbywała się poprzez ucha 53 satelitów komunikacyjnych sieci Intelsat rozpiętych nad równikiem.

Międzynarodowe połączenia telefoniczne wychodzące z Europy i Bliskiego Wschodu odbijają się od satelity i trafiają do zbiorczej anteny kompani telefonicznej AT&T w Etam (Zachodnia Virginia) na wschodnim wybrzeżu USA i stamtąd są rozslyłane po całej Ameryce.

Z kolei na zachodnim wybrzeżu Ameryki w pobliżu Brewster, na ponad 50 hektarach urwiska nad rzeką Okanogan w stanie Waszyngton, znajduje się mrowisko 30. metrowej średnicy anten satelitarnych należących do kompani Verestar Inc.. To tam trafiają po odbiciu od satelity rozmowy telefoniczne przychodzące do Ameryki z Azji i rejonu Pacyfiku.

110 mil na południe od tego miejsca, w bazie wojskowej Yakima, NSA zbudowała sieć anten satelitarnych do słuchania tego, co otrzymują z nieba anteny w Brewster. Podobnie, na wschodnim wybrzeżu, w Sugar Grove, NSA ustawiła m.in. trzy 46. metrowe anteny satelitarne do słuchania rozmów przychodzących do pobliskiej stacji AT&T w Etam. W ten sposób NSA przykłada uszy do wszystkich  rozmów telefonicznych jakie trafiają do USA.

Na podobnej zasadzie Europy słucha dziś 30 gigantycznych anten stacji RAF w Menwith Hill w pobliżu Harrogate w północnej Anglii (z amerykańską obsługą), refon Pacyfiku obsługuje stacja w Waihopai w Nowej Zelandii. Zaś do 30. metrowych w średnicy anten satelitarnych stacji Pine Gap w sercu Australii, współobsługiwanej przez amerykańskie Siły Powietrzne USAF, trafia komunikacja wychodząca z Azji.

Każda ze stacji sieci podsłuchowej Echelon wyposażona jest w oprogramowanie, które rozpoznaje znaczenie wypowiadanych w telefonicznej rozmowie słów, zaś odpowiednio nastawione filtry pozwalają na wyłapywanie z milionów rozmów tych, których temat interesuje Agencje Bezpieczeństwa USA.

Podsłuch na dnie oceanu

jimmy carter 47Od  czasu zastosowania światłowodów w telekomunikacji większość rozmów telefonicznych obiega świat tą właśnie drogą. Kable światłowodów ułożone na dnach oceanów łączą dziś wszystkie kontynenty z wyjątkiem Antarktyki. Te, których operatorami są obce państwa i których końcówki nie wychodzą na ląd będący terytorium USA, są rutynowo podsłuchiwane metodą indukcji elektromagnetycznej przy pomocy specjalistycznych łodzi podwodnych jak USS Jimmy Carter,( photo) zdolnych zainstalować urządzenie podsłuchowe wielkości wojskowego pontonu przyssane do podwodnego kabla.

Metodę ujawił w 1981 roku incydent na Morzu Ochotskim, gdzie od 1971 roku przez 10 lat NSA podsłuchiwało komunikację sowieckiej Floty Pacyfiku przy pomocy 6. metrowego „ucha” przyssanego do kabla biegnącego po dnie morza wzdłuż Wysp Kurylskich.

Urządzenie, zainstalowane tam przez specjalnie przerobioną amerykańską łódź podwodną USS Halibut, wymagało zmiany baterii co 4 tygodnie i wymiany taśmy z nagraniem.

Informacje zebrane w ten sposób trafiały po światłowodach do centrali NSA w Fort Meade w stanie Maryland, pilnie strzeżonego wewnętrznym oddziałem policji, czarnego monolitu budynku w pobliżu zjazdu z drogi 295 zarezerwowanego, jak informuja tablice, ”tylko dla pracowników NSA”.

NSA – agencja której nie ma

Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA – National Security Agency) stworzona za prezydenta Trumana w okresie zimnej wojny, ma zbierać i przetwarzać informacje pochodzące ze źródeł obcych państw w przeciwieństwie do FBI, którego działalność dotyczy terytorium USA. Nazywana „No Such Agency” (nie ma takiej agencji), NSA jest ojcem chrzestnym sieci Echelon, ktora startowała jako Operacja Koniczyna (Operation Shamrock).

Zasiana po zakończeniu II wojny światowej (przed powstaniem NSA),  Koniczyna rosła aż do 1975 roku i wraz z programem Minaret zajmowała się zbieraniem informacji wobec podejrzanych dyplomatów, biznesmenów, działaczy społecznych (także na terenie USA), pozyskując do współpracy kompanie telefoniczne Western Union i ITT.

W 1972 roku skandal związany z wykryciem podsłuchu  w apartamentach Watergate doprowadził do powstania tzw. Komisji Church’a  (Senatora demokratów z Idaho), która wzięła pod lupę metody stosowane przez siatki wywiadowcze CIA i FBI,  m.in. w ramach programu o kryptopnimie Koperta.

„Koperta” jest metodą stosowaną w inwigilacji polegającą na sczytywaniu z kopert adresów nadawcy i odbiorcy osób podejrzanych bez ich otwierania, a więc bez naruszania zapisów konstytucyjnych. Obecnie „Koperta” obejmuje także gromadzenie baz danych DNA – materiału genetycznego podejrzanych obywateli poprzez analizę śliny zostawionej zwykle pod przyklejonym znaczkiem oraz wykorzystanie specjalnego aerozolu, który czyni kopertę przeźroczystą przez ok. 30 sekund, pozwalając sczytać zawartość bez otwierania poczty i co za tym idzie, bez łamania prawa.

Otóż Komisja Churcha ustaliła m.in., że agenci CIA przebrani za pracowników poczty w ramach „Koperty” przeczytali po nocach 215 tysięcy listów mozolnie otwierając i ponownie zaklejając każdy z nich.

Wyniki dochodzenia Komisji ścięły „Koniczynę”. Ale na jej miejsce Agencja Bepieczeństwa Narodowego  zasiała coś bardziej wytrawnego, coś co wykorzystało nowy, rodzący sie dopiero fenomen współczesnego świata: internet.

Polak, który wymyślił internet

Internetu nie wymyślił Al Gore ani także tuzin programistów przypisujących sobie dziś tę zasługę. Ojcem koncepcji internetu  jest w istocie amerykański naukowiec, syn polskich imigrantów z Grodna, Paul (Paweł) Baran.

BaranPaul Baran (obok) rozpoczął pracę w korporacji RAND , na dziesięć lat przed pierwszym, publicznym testem sieci ARPANET w 1969 roku,  powszechnie uważanej za zalążek internetu. W tym czasie agenci CIA głowili się jak wyeliminować na Kubie Fidela Castro w Operacji Mongoose włączając, wg. raportu Komisji Church’a, wykorzystanie mafii do zabójstwa tego przywódcy przy użyciu cygara napakowanego dynamitem, zaś Prezydent Kennedy trzymał gorącą linię z dowódcą centrum obrony USA – NORAD gotów odpalić nuklearne głowice.

Kryzys Kubański i konsekwencje ew. wymiany nuklearnej spowodowały, że Pentagon skierował do naukowców propozycję nie do odrzucenia: lukratywny kontrakt w zamian za stworzenie sieci komunikacyjnej zdolnej zachować amerykańskim siłom zbrojnym operacyjność w razie nuklearnego kontrataku Sowietów.

Kontrakt wygrała korporacja RAND, a Paul Baran nie mógł odtąd spać po nocy. Fascynowało go, że ludzki mózg jest w stanie regenerować swe funkcje poprzez ominięcie uszkodzonego nerwu. Innymi słowy Baran zauważył, że mózg ludzki nie funkcjonuje jak ówczesne systemy obronne z jednym centrum przekazywania informacji, a pajęczyną sieci rozpiętych w całym systemie. W ten sposób eliminacja centrum nie eliminowała systemu.

Rozwijając tą myśl, Baran zaproponował, by zabezpieczać całość informacji przesyłanej z centrum dowodzenia poprzez przesyłanie jej „blokami” (Donald Davies niezależnie od Barana, proponował przyjęty później termin: pakiety), czyli słowami, które jak w szpiegowskim systemie kryptografii układały się w zdania tworzące sens dopiero u odbiorcy.

Inymi słowy Baran proponował, by telegram przesyłała nam nie jedna poczta, a kilka. W ten sposób list, podarty w przesyłce : „rozpoczynamy…za pięć”,  dotarł do nas w strzępach z innej poczty: ”bombardowanie…minut”,  tworząc przed nami jedną,  mającą sens, całość: „Rozpoczynamy bombardowanie za pięć  minut.” Tak w 1965 r. powstała tzw. Eksperymentalna Sieć, która zaowocowała udanym połączeniem trzech komputerów łączących wschodnie i zachodnie wybrzeże USA.

Pentagon tak polubił koncepcję Barana, że przez całą następną dekadę finansował prace nad Eksperymentalną Siecią prowadzone przez wojskową Agencję d/s Zaawansowanych  Projektów Badawczych (zwaną potem DARPA). Dziecko zrodzone z koncepcji obrony przed globalną zagładą  nazywało się już ARPANET i tak, jak marzył Paul Baran, powoli rozwijało swój elektroniczny mózg: od 9 komputerów w sieci w 1970 roku, po 57 w 1975 roku.

Wtedy Departament Obrony upomniał się o swoje dziecko. W 1975 roku Pentagon przejął ARPANET tworząc wojskową sieć DARPANET – wewnętrzną sieć informacyjną  łączącą także komputery brytyjskich i amerykańskich siatek wywiadowczych, włączając systemy mailowe i komputery Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.

Odpowiedzią naukowców na to przejęcie władzy była kontynuacja otwartej sieci wymiany informacji – ARPANETU dla celów edukacyjnych. W 1991 roku tzw. Ustawa Gore’a  ostatecznie otworzyła sieć dla potrzeb komercyjnego wykorzystania doprowadzając do eksplozji zjawiska internetu.

Ale zachłanna matka imieniem DARPA, nie zapomniała o swoim dziecku, które wymknęło się spod jej kontroli.  Od chwili narodzin  internetu Agencja Narodowego Bezpieczeństwa rozpięła nad zbuntowanym bliźniakiem koncepcji Paula Barana pajęczynę „opieki” o nazwie Echelon w której matni jesteśmy do dziś.

Internet – elektroniczne Eldorado NSA

Podglądanie komunikacji biegnącej poprzez internet odbywa się podobnie do inwigilacji komunikacji satelitarnej. Sieci światłowodów, którymi biegną informacje między komputerami, trafiają do zbiorczych łącznic (tzw. switches)  z których największe rozlokowane są w kilku punktach świata. W Ameryce, do której trafia jedna trzecia wszystkich połączeń internetu, wschodnie wybrzeże obsługuje łącznica MAE East (Metropolitan Area Ethernet) z siedzibą w Vienna w zach. Virginnii i MAE West w San Jose Californii, obie należące do kompanii Verizon.

Verizon i AT&T, to dwie największe kompanie telekomunikacyjne w Ameryce i jedne z największych na świecie obsługujące łacznie niemal pół miliarda abonentów.

Dla NSA informacje biegnące po światłowodach tych sieci są tym, czym były banki dla Butcha Cassidy i potrzeba było niewiele czasu, by NSA podpięła do tych łącznic internetowych swoje wszędobylskie „ucho”.

Tajemnica pokoju 641A

secret room att 206x300W San Francisco, pod numerem 611 przy ulicy Folsom, mieści sie regionalna centrala kompani telekomunikacyjnej AT&T. Na 8. piętrze budynku znajduje się główny nerw systemu, łącznica światłowodów łączaca miliony komputerów z całego świata.

W 2002 roku w budynku przy ulicy Folsom pojawił się tajemniczy pan z bardzo tajemniczej agencji: NSA. Interesowało go małe pomieszczenie dwa piętra poniżej centralnej łącznicy: pokoj 641A. Wkrótce pokoj ten otrzymał szyfrowany zamek, zaś pracownicy AT&T instrukcję, że wstęp do pokoju mają tylko osoby z przepustkami Agencji Bezpieczeństwa.

Jeden z techników AT&T, Mark Klein (ponizej) zauważył wkrótce, że kable światłowodów wychodzące z  pokoju 641A były popdpięte do routerów łącznicy, rozszczepiając część światła ze światłowodów centralnej łącznicy i monitorując w ten sposób trafiającą tam komunikację. „Dowiedziałem się, że podobne urządzenia były także zainstalowane przez NSA w naszych łącznicach w Seattle, San Jose, Los Angeles i San Diego”- zeznawał w 2006 roku w sądzie w procesie wytoczonym kompani ATT przez organizacje ochrony praw obywatelskich.

Obecność agenta NSA w kompani telekomunikacyjnej była efektem tajnego porozumienia między NSA, a głównymi kompaniami telekomunikacyjnymi USA, na podstawie którego NSA otrzymała dostęp do gigantycznych baz danych włączajac bazy danych firmy AT&T: Aurora i Hawkeye,  uważane za jedne z największych na świecie.

Baza danych Hawkeye zawiera dane każdego połączenia telefonicznego sieci AT&T od 2001 roku włączając m.in. czas, długość i miejsce rozmowy adresata i odbiorcy. Aurora zawiera dane m.in. wszystkich połączen internetowych, adresów IP realizowanych poprzez sieć AT&T i sieci łączących z AT&T od 2003 r. Tylko w 2004 roku sieć AT&T każdego dnia obsługiwała ponad 300 milionów rozmów telefonicznych z całego swiata i gromadziła  ponad 4 tys. terabajtów danych  (ok. 200 razy zawartość wszystkich książek Biblioteki Kongresu USA!). Innymi słowy każde twoje kliknięcie otwierające strony w internecie zostawia w tych bazach ślad,  po którym jak po odciskach  palców, Agencja Bezpieczeństwa USA może śledzić twoje ruchy: zainteresowania, potrzeby i zamiary.

Szpiegujemy, „bo smarujecie”

W/g raportu BBC, siec Echelon może dziś przeglądać 90% całego ruchu internetowego świata, monitorować rozmowy telefoniczne przez linie naziemne i komórkowe, czytać faksy,  monitorować połączenia satelitarne, a także śledzić historie twoich kliknięć w komputerowych przeglądarkach.

Inwigilację umożliwia,  jak się przypuszcza, Rozkaz Wykonawczy Prezydenta Busha wydany po atakach terorystycznych 11 IX 2001 i obowiazujący do dziś. Jedyną, ujawioną częścią tego rozkazu, jest Program Podsłuchu Terrorystów (Terrorist Surveillance Program) zezwalający NSA na przechwytywanie komunikacji dotyczącej Al Kaidy bez zezwoleń sądu (FISC) .

Telefon Osamy bin Ladena był skutecznie lokalizowany przez radary Echelon za każdym razem gdy był uruchomiony, mimo użycia skomplikowanych blokad. Podobnie, w okresie wojny z Irakiem, w miejsce skąd wyszedł sygnał GPS z telefonu Saddama Husseina, leciała 2-tonowa bomba za każdym razem, gdy następowało łączenie. Echelon umożliwił m.in. także schwytanie dwóch Libijczyków odpowiedzialnych za eksplozję bomby na pokładzie lotu nr 103 samolotu Panam i skutecznie wyłapywał terrorystów ukrywających się w różnych częściach świata. Ale dekret Busha zwalczający terroryzm zezwala pośrednio sieci Echelon także na szpiegostwo przemysłowe, przy którym James Bond z kamerą ukrytą w długopisie wygląda jak wóz drabiniasty toczący się po autostradzie.

Raport Europejskiego Parlamentu stwierdza, że Echelon pomógł dwukrotnie amerykańskim kompaniom w uzyskaniu przewagi w przetargach z firmami europejskimi. Były szef CIA, James Woolsey (obok) potwierdził to: Szpiegowaliśmy was bo „smarujecie” – napisał w Wall Street Journal. Przekupstwo stosowane przez europejskie firmy miało być zatem argumentem do ochrony interesów handlowych USA.

Główny konkurent amerykańskiego Boeinga, europejski Airbus, stracił wart $6 miliardów kontrakt na produkcję samolotów dla Arabii Saudyjskiej po tym jak NSA ujawniło próby przekupstwa saudyjczyków. Na podobnej zasadzie francuski Thomson-CSF stracił, na rzecz amerykańskiego Raytheon, kontrakt wart $1.6 mld. W latach 80.w sieci Echelon złapały się nawet rozmowy Marka Thathera, syna b. Premier Wielkiej  Brytanii, negocjujacego kontrakt zbrojeniowy z saudyjczykami.

Podsłuch ukryty w tarczy

 Menwith hill radomeCzeski radar, który miał być częścią tarczy rakietowej USA byłby w istocie, podobnie jak stacja Menwith Hill w Wielkiej Brytanii będąca pod nadzorem NSA, zgrupowaniem parabolicznych  anten satelitarnych ukrytych w wielkich kopułach  tzw. radomów. Ochronna kopuła radomu zbudowana z włókna szklanego  jest wododporna i służy ochronie anteny przed deszczem, lodowaceniem powierzchni i wiatrem.  Ale konstrukcja radomów nie pozwala jednocześnie obserwatorowi z zewnątrz na określenie, w która stronę jest wycelowana antena radaru znajdującego się w środku kopuły.

W ten sposób z zewnątrz nie można żadną miarą określić czy antena radaru celuje w niebo nad Iranem, skąd mają nadlecieć rakiety wroga, czy też celuje w satelity telekomunikacyjne  rosyjskich sieci wywiadowczych i telekomunikacyjnych, przechwytując całą informacyjną żyłę złota uchodzącą dotąd sieci Echelon: rozmowy telefoniczne rosyjskich oligarchów, video-konferencje biznesmenów i narady polityków używających rosyjskich sieci satelitarnych do łączenia się na ogromnych połaciach Rosji.

Z tezą taką zgadza się jeden z największych ekspertów d/s  systemów podsłuchowych Jim Atkinson, którego firma Granite Island Group zabezpiecza przed podsłuchem rządy wielu państw: Ustawienie komponentów tarczy rakietowej w Polsce i radaru w Czechach – twierdzi Atkinson – miało być także rozszerzeniem wpływu amerykańskiej agencji bezpieki i przyłożeniem ucha sieci Echelon do drzwi Rosji.

Echelon widzi przez ściany

Stany Zjednoczone utrzymują dziś dominację militarną, ekonomiczną i polityczną nad światem, Hegemonię umożliwia absolutna kontrola oceanów przez marynarkę wojenną USA przesuwająca swe lotniskowce – z punktu widzenia prawa międzynarodowego: pływające terytoria Stanów Zjednoczonych po wodach całego świata oraz łodzie podwodne US NAVY kontrolujace m.in. strategiczne korytarze tranzytowe wokół Islandii.

Drugim wehikułem umożliwiającym hegemonię USA jest dominacja w przestrzeni kosmicznej, którą gwarantują nowowczesne technologie: tarcza rakietowa, ponaddzwiekowe samoloty i rakiety serii X programu Prompt Global Strike zdolnych uderzyć w jakiekolwiek miejsce na ziemi w mniej niż 60 minut oraz satelity zwiadowcze.

Trzecim elementem amerykańskiej dominacji nad światem jest ECHELON.

Prezydent Obama podpisał w końcu października 2009 największy wojskowy budżet w historii – $680 mld, (2010 Defense Authorization Act). Jest to  więcej niż łączne wydatki na zbrojenia całego współczesnego świata, więcej, niż budżety USA w okresie zimnej wojny i spirali zbrojeniowej nakręcanej przez Reagana, której nie wytrzymał Związek Sowiecki i której, być może  teraz – nie wytrzyma Rosja.

max kolonkoCzęść tych pieniędzy (ok. $50 bln) ukryta w tajnych „czarnych” przedsięwzięciach NSA, tzw. Black Ops Projects zasili Echelon, system, który zapewnia wszystkim elementom amerykańskiej dominacji nad światem cichy parasol opieki. Najnowszą zabawką tego systemu jest konstrukcja „elektro-optycznych” satelitów zwiadowczych nowej generacji, zdolnych przechwytywać informacje telefonii komórkowej, radiowej i satelitarnej, fotografować obiekty o średnicy kilku centymetrów oraz satelitarnie prześwietlać wnętrza obiektów na ziemi i bunkrów ukrytych pod ziemią.

Echelon to wcale nie  nie jest już Wielki Brat śledzący każdy nasz ruch. Echelon to cichy pan w drogim garniturze, który po prostu Wie.

Mariusz Max Kolonko

Nowy York

www.MaxKolonko.com

 

 

Strona 1 z 53

Wrocławska Inicjatywa Stop Seksualizacji Dzieci ostrzega przed planowaną edukacją

Ta witryna używa plików cookie, aby zapewnić użytkownikom maksymalny komfort przeglądania. Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.