Najsmutniejsza Wigilia

Napisane przez Jerzy Malinowski
 Po rozbiciu strajku w Fadromie, dnia 18 grudnia 1981 r. wsadzono mnie do suki wraz z innymi kolegami i zawieziono na UB przy ul. Muzealnej.  

 

 

 

 

      Po męczącym przesłuchaniu i wręczeniu aktu internowania, przewieziono nas do więzienia na ulicę Kleczkowską. Dostałem koc, aluminiową powykręcaną miskę, łyżkę i kawałek szarego mydła. Wprowadzili mnie do ogromnej hali. Zatrzymałem się w drzwiach i spojrzałem do góry. W dachu były świetliki, a po lewej i prawej stronie rząd drzwi do cel. "To tak wyglada więzienie" - pomyślałem. W tym momencie przypomniały mi się słowa mojego św. pamięci Ojca. „Pamiętaj synu, żyj tak, abyś nigdy nie trafił do więzienia”. Byłem w więzieniu. „Dlaczego ?” - zapytywałem sam siebie.
            Wsadzili mnie do celi chyba dziesięcioosobowej razem z pracownikami FATu. Zaczęlo się przedstawianie. Skąd jestem, jaka funkcja, gdzie pracowałem. Po chwili czułem się jak w gronie dobrych kolegów.
            W ciagu kilku dni zapoznałem sie z podstawowymi zasadami życia w więzieniu. Co to jest kipisz, klawisz, kalifaktor, tygrysówa, jak zagotować wodę przy pomocy dwóch żyletek itd. Obsługujący nas więźniowie byli dla nas bardzo uprzejmi. W ciągu kilku dni rozpoznaliśmy kto, skąd jest i w jakiej celi siedzi. Przez okno za pomoca wahadełka (szare mydło na sznureczku) przekazywaliśmy informacje z celi do celi, aż powstał cały rejestr wszystkich internowanych. Świetna organizacja !
            Siedzieliśmy na Kleczkowskiej do 24 XII 1981. Rano dostałem pierwszą paczkę od żony (która w końcu dowiedziała się gdzie jestem), a w paczce kiełbasa, boczek i opłatek. Przez cały ten czas od rozbicia zakładu w dniu 18 XII, chodziła na milicję i UB żeby dowiedzieć się co się ze mną dzieje. Nie chcieli nic powiedzieć, aż do wigilii.
            Po południu zaczął się ruch. Jakieś hałasy na korytarzu, pokrzykiwania. Wchodzi klawisz do naszej celi i woła „ Malinowski - wychodzić”. „O masz szczęście „ - wołają koledzy myśląc, że idę do domu. „To tę paczkę wam zostawiam” - powiedziałem i wyszedłem z celi. Korytarz więzienny był cały w zomowcach ustawionych w dwóch rzędach pod ścianą, byli w hełmach, w rękach mieli przeźroczyste tarcze i pałki, niektórzy psy przy nodze. Przeszedłem środkiem myśląc „będą lać ?” - ale nie lali. Wyszedłem na zewnątrz popychany do podstawionej suki. Okazało się, że koledzy nie mieli racji. Nie do domu ! Do suki. Ładowano internowanych dobre pół godziny, bo opróżniali wszystkie cele, wypełniając szczelnie suki.
             Kolumna suk ryszyła. Gdzie nas wiozą ? Były trzy teorie. Jedna - jedziemy na Sybir. Druga - wywożą nas do Czechosłowacji, trzecia - wiozą nas do lasu by nas zlikwidować. Usiłowaliśmy - pomimo panujących ciemności - ustalić jakimi ulicami jedziemy, ale po kilkunastu skrętach w prawo, w lewo, w lewo, w prawo - straciliśmy orientację. Jednemu z nas udało sie ukryć zegarek (zegarki były odbierane przed posadzeniem w celi), więc odmierzalismy czas jak długo jedziemy.            Po około dwóch godzinach jazdy - stop, zgrzyt otwieranej bramy, wjeżdżamy gdzieś na podwórze, wychodzimy z suk i wchodzimy do jakiegoś więzienia. „Gdzie jesteśmy” - pytamy przechodzacego korytarzem więźnia. „To więzienie w Grodkowie” - odpowiada zagadnięty. „Uff to nie najgorzej" - żadna z teorii na szczęście się nie sprawdziła.
            Upychają nas do cel. Znalazłem się wraz z dwoma kolegami z Fadromy (Stagraczyński i Mikuła) i kolegą z młyna Różanka, w małej czteroosobowej celi. Cela nr 7 na parterze. Usiadłem na pryczy i zaczęło się rozmyślanie. Co to dalej będzie ...
            Po chwili jednak zwróciłem się do współtowarzyszy niedoli. „Panowie, toż to przecież wigilia, (była godzina około 20:00) - więc czas na wieczerzę”. Ale jak zrobić wieczerzę w takich warunkach, nic nie mając ? Jeden z nas postawił pustą aluminiową miskę na stole. Sięgnąłem do kieszeni i znalazłem tam dwa małe okruszki od opłatka, który przyniosła mi żona, i który zostawiłem kolegom wychodząc z celi na Kleczkowskiej, a okruszki w kieszeni zostały. Inny kolega znalazł w kieszeni kawałek chleba. Położyliśmy więc te okruszki opłatka i ten chleb na misce. Więcej niestety nic nie było. "Czas zaczynać wieczerzę" - rzekłem. Pomodlilismy się, podzielili opłatkiem składająć sobie życzenia, wyściskaliśmy się, podzieliliśmy się tym małym kawałkiem chleba.
"Po wigilii czas na kolędy" - powiedział któryś z nas. I zaczęliśmy śpiewać. Po chwili okazało się, że nie tylko my śpiewamy kolędy, ale także inni koledzy w celach, też zaczęli śpiewać. Śpiewaliśmy głośno aż do północy, a dookoła więzienia zebrał się tłum ludzi, który idąc na pasterkę zatrzymał się, żeby posłuchać kto tak pięknie w więzieniu śpiewa. Tego bowiem jeszcze nie słyszeli.
            Piękna to była wigilia w więzieniu w Grodkowie roku Pańskiego 1981.
 
Jerzy Malinowski