Dziewczyny spod jednej celi

Napisane przez Jacek Indelak
Siedem bohaterek. Eleganckie damy w średnim wieku. Kulturalne, inteligentne, wykształcone.  

 


Pamięci Wiesi Kwiatkowskiej poświęcam



Siedem bohaterek. Eleganckie damy w średnim wieku. Kulturalne, inteligentne, wykształcone.
Na pierwszy rzut oka nikt by się nie domyślił, że na życiu każdej z nich ciąży tajemnica. Nikt by nie przypuszczał, że każda z nich siedziała w więzieniu. Nikt by nie podejrzewał, że o ich obecnym życiu w dużej mierze przesądziły wieloletnie wyroki.


ELA: Elżbieta Mossakowska – 1,5 roku więzienia.
JOLA: Jolanta Hoppe, dawniej Wilgucka – 2 lata więzienia w zawieszeniu na 4 lata
ANIA: Anna Niszczak – 3 lata więzienia.
MARYLKA: Marianna Samlik, dawniej Błaszczak – 3,5 roku więzienia.
WIESIA: Wiesława Kwiatkowska – 5 lat więzienia.
ZOSIA: Zofia Dublaszewska, dawniej Kwiatkowska – 5 lat więzienia.
EWA: Ewa Kubasiewicz-Houée – rekordzistka – 10 lat więzienia.


Sytuacja graniczna – uwięzienie. Filozofowie stawiali w jednym szeregu ze śmiercią. Historia tej siódemki to opowieść o piętnie, jakim uwięzienie odciska się na człowieku. O wydarzeniach, które pociągają za sobą nieodwracalne konsekwencje. To opowieść o traumie, jaką powoduje wielka, a niezasłużona krzywda. Opowieść zarazem o charakterach, których nie dało się złamać.
Dziewczyny spod jednej celi.
Tylko dwie z nich – Wiesia i Ania – pozostały w Polsce. Resztę los rozrzucił po świecie. Marylka wylądowała w USA. Ela zamieszkała w Niemczech, Jola w Kanadzie. Zosia osiedliła się w Australii, Ewa we Francji.
Na wiele lat rozdzieliła je „żelazna kurtyna”, dopiero przemiany ustrojowe w Polsce po 1989 roku pozwoliły im odnowić kontakt. W pełnym składzie spotkały się po raz pierwszy po dwudziestu latach od wyjścia z więzienia. Urządziły sobie krótki wspólny urlop w Polsce. Mieszkały razem przez tydzień na pięknych polskich Kaszubach.
Od tego spotkania szukają każdej sposobności, by chociaż przez chwilę pobyć razem. Czasem spotykają się we dwie lub trzy, czasem do kompletu brakuje tylko koleżanek z innych kontynentów, chociaż zdarza się, że kiedy Marylka ściąga z USA do Polski, wtedy odliczają się przy niej Ania i Wiesia, Ewa i Ela.
Wielka radość z każdego spotkania. Spacery, rozmowy, niekończące się rozmowy. Ich głęboka przyjaźń przetrzymała próbę czasu. To widać w każdym geście, słychać w każdym słowie. Odżywają wspomnienia. Wśród żartów, śmiechu. Często jednak to śmiech przez łzy. Niekiedy też ciarki przebiegają po grzbiecie. Robi się smutno, momentami ponuro...
Kryminalistki.
Były młode, przed sobą miały całe życie. Studiowały, pracowały, zakładały rodziny, miały małe dzieci, Jola była w ciąży.
Więzienne kraty na zawsze pogmatwały im życie. Odcisnęły się trwale na osobowościach.

 

 

Spotkanie we Wdzydzach w 2002 r. Od lewej: Wiesia Kwiatkowska, Ania Niszczak, Ela Mossakowska, Ewa Kubasiewicz-Houée; z tyłu: Jola Wilgucka-Hoppe i Zosia Kwiatkowska. Brakuje tylko Marylki Błaszczak.


Ania mówi:
– Dzieci rosły, rosły, a ja w dalszym ciągu nie mogłam im o tym opowiedzieć. Jak tu powiedzieć dzieciom, że ich mama siedziała w więzieniu. Zapytają wtedy: „mamo, a co takiego złego zrobiłaś?”. Stworzyłam więc w sobie taką blokadę... Wiedziałam jednak, że muszę to zrobić ja, a nie kto inny... Poprosili, żebym wreszcie coś powiedziała. Zdobyłam się na odwagę, przedstawiłam swoje dzieci i powiedziałam, że chciałabym, żeby moje dzieci dowiedziały się pewnej historii z mojego życia. Opowiedziałam, ale najbardziej bałam się reakcji swoich dzieci... Jedno miało wtedy 13 lat, drugie cztery lata młodsze. Siadłam, popatrzyłam na dzieci. Nie odezwały się do mnie ani słowem. Tylko strasznie się we mnie wtuliły.
Zosia wspomina:
– Nie lubię o sobie mówić. W Australii nie opowiadam o sobie. Ci, co mnie trochę znają, żartują: „nasza Zocha, kryminalistka!”... Męża poznałam prawie dwadzieścia lat temu. Dwa tygodnie przed wyjazdem do Polski przyszli do nas znajomi pożegnać się. „Mamy zjazd” – powiedziałam im. „A co to za zjazd?”. – „Baby z całego świata się zjeżdżają. Dawno się nie widziałyśmy. W Fordonie się poznałyśmy”. – „Czekaj... czekaj! Fordon to więzienie”. „Więzienie”... I tak słowo od słowa. I troszkę zaczęłam mówić. Kawa, herbata. Goście posiedzieli, poszli. Mąż stanął i mówi: „Zośka, psiakość, jestem z tobą tyle lat, a ja ciebie w ogóle nie znam”. Ja mówię: „A pytałeś się kiedyś? To teraz wiesz!”... Mąż był zdziwiony, to ja mówię: „Idź lepiej do naszych kózek, bo cię wołają”.
Więzienna przyjaźń.
Ewa mówi:
– Zawsze myślałam, żeby uratować to, co przeżyliśmy kiedyś. Bo to było takie czyste, takie wzniosłe... I to był okres, kiedy zawiązywały się wielkie przyjaźnie. Więzy zawiązane w warunkach ekstremalnych są silne... Dziewczyny z mojej celi. Pierwsza była Jola Wilgucka. Zosia Kwiatkowska. Ania Niszczak... Przyjaźnie z tej samej celi. Rok w takich warunkach to więcej niż 20 lat. Nie sposób w celi udawać. Czyta się w swojej współlokatorce jak w otwartej książce.... Przyjaźń ponad wszystko... To przeżycie jest wielkim darem.
Jola dopowiada:
– Spotkanie z dziewczynami to chyba najpiękniejszy moment w moim życiu. Po dwudziestu latach, zobaczyłam te dziewczyny moje kochane! Wszystkie mogłyśmy ciągle sobie popatrzeć w oczy, żadna nie uciekała spojrzeniem w bok. Piękne są. Wewnętrznie... Zewnętrznie też...
Zosia stwierdza:
– To spotkanie, które nam Ewusia, jak zwykle aktywna, zorganizowała, to było coś wspaniałego... Tak się czułam, jakbym te dziewczyny wczoraj widziała, chociaż minęło dwadzieścia lat... Te dziewczyny nic się, psiakość, nie zmieniły... Bardzo mi to pomogło. Zobaczyłam, że dziewczyny nie są tak bardzo załamane, bo wierzą w dalszym ciągu w to, o co walczyły...
Ania dodaje:
– Myśmy się niewiele zmieniły. Potrafimy się nadal porozumiewać bez słów. Hasłami... Tamto spotkanie mi powiedziało, że to jednak my miałyśmy rację...
Wiesia mówi:
– Spotkałyśmy się po 20 latach, A czułyśmy się tak, jakbyśmy się wczoraj rozstały. Co to jest? Łączy nas ta solidarność, którą wtedy przeżyłyśmy. Dotknęłyśmy tego metafizycznego zjawiska. Czegoś tak wielkiego nie da się zadeptać...
Wspomnienia jednak, jak ciężkie chmury, przesłaniają niekiedy radość spotkania. Ciągle przeżywają chwilę, gdy nagle zatrzasnęły im się kajdanki na przegubach.
Ania opowiada:
– Siedziałam w więźniarce między dwoma rosłymi „esbekami”. Ręce w kajdanach położyłam na kolanach. Nagle jeden się pochylił i zapytał z troską, czy nie za silnie są zapięte. Ja na to podniosłam o tak... ręce do góry i kajdany mi spadły na kolana. On zabrał kajdany, rozpiął i skuł mnie na powrót. Silniej, żebym nie mogła już zrzucić bransoletek. A ja, naiwna, myślałam, że się nade mną ulitował.
Wiesia komentuje:
– Dla mnie to było straszne przeżycie, te kajdanki. Człowiek niewinny i skuty jak kryminalista.
Ela wspomina:
– 27 grudnia, dokładnie po godzinie 20, dzwonek przy drzwiach. W telewizji szedł film „Moskwa nie wierzy łzom”. Otwieram. Trzech panów. Pokazują nakaz rewizji i doprowadzenia do aresztu. Miałam psa. Pies zrobił szaloną awanturę. Panowie weszli. Rozpuścili się po pokojach. Zaczęła się rewizja. Moje aresztowanie przeżyłam dość dzielnie. Uważałam, że mnie zabierają, ale ja zaraz wrócę, ponieważ nie wyobrażałam sobie, żeby nie wrócić. Mój syn miał wówczas 17 lat. Wychowywałam go sama... Zabrano mnie do aresztu. Do podziemi. To było straszne... Mój syn dopiero po sześciu tygodniach dowiedział się, gdzie ja jestem... Dni, kiedy siedziałam w celi, były okrutne. Nie miałam kontaktu z rodziną. Wydawało mi się, że mój syn siedzi na dole. Słyszałam jego głos, jego kaszel. Okazało się, na szczęście, że nie.
Zosia opowiada:
– Dziewiętnastego rano, jeszcze śpiąc, usłyszałam stuk ciężkich butów na schodach. Pomyślałam sobie: kurczę, to chyba po mnie, no bo po kogo?... Nie było dzwonka, tylko dudnienie do drzwi. Mój były mąż (byliśmy po rozwodzie) zajmował drugi pokój. Poszedł do drzwi. „To do ciebie”. Podeszłam, wyjrzałam przez wizjer, a tam... Nie wiem, ilu ich było. Piętnastu? Wszyscy byli w mundurach. Z jakimiś łomami. Przygotowani do włamania. „Chwileczkę”. Otworzyłam wersalkę, wrzuciłam prasę i inne rzeczy... Dudnienie. Otworzyłam drzwi. Wpadli, wtłoczyli się do środka. Przycisnęli mnie do ściany... „Piętnaście lat, dożywocie” – zaczęli bredzić. „Może nawet kara śmierci?”. Do mnie to mówią? Może i do mnie?... Potem kazali się ubierać. Chciałam się napić mleka, facet wyrwał mi butelkę... Wzięli mnie do suki. Posadzili na jakichś starych oponach... Wsadzili mnie do piwnicy. Z kryminalnymi. Jak mnie wzięli do prokuratury, a ja nosiłam warkocze, to było tyle lat temu... Prokurator wojskowy zapytał: „Kogo mi tu przyprowadzili?”. Myślał, że mam 16 lat.
Ania wspomina:
– Rano poszłam do koleżanki, która mieszkała obok. I tam weszła za mną UB-ecja. Zabrali mnie na komendę. Zostałam zamknięta... Zostałam sama. Okropne otoczenie. W kącie kibel...
Ewa, Jola i Wiesia zostały aresztowane razem.
Ewa wspomina:
– Wyznaczyliśmy sobie spotkanie w mieszkaniu Joli Wilguckiej. Zajrzała Wiesia Kwiatkowska. Zajrzała moja obecna synowa, wówczas jeszcze dziewczyna syna, Madzia Kowalska... I to całe towarzystwo zostało aresztowane... Zadenuncjował nas jeden student, zastraszony lub zwerbowany przez Służbę Bezpieczeństwa...
Wiesia opowiada:
– Aresztowana zostałam z grupą kilku osób. Ewa Kubasiewicz, Jola Wilgucka, kilkoro studentów było też. Byliśmy w mieszkaniu Joli. Pukanie do drzwi. Wchodzi kilku panów. Zachowywali się z niewielką pewnością siebie. Nie byli pewni, czy dobrze robią i czy to się nie obróci przeciwko nim... Słyszę, jak na rękach Jurka Kowalczyka zatrzaskują się kajdanki, a Magda Kowalska, 18 lat wtedy miała, mówi: „To jest nobilitacja!”.
Inne wspomnienia ma Marylka:
– Trafiłam do aresztu śledczego w Toruniu. Przesłuchiwano mnie po parę godzin dziennie. Potem przewieziono mnie do Grudziądza, do więzienia dla kobiet. Siedziałam sama w celi dwa tygodnie. To był trudny okres. Jestem osobą, która bez kontaktów z ludźmi nie może żyć... Ciągle do tego momentu wracam, bo to było dla mnie duże przeżycie. Wyprowadzono mnie z celi, umieszczono przejściowo w jakimś areszcie w Wąbrzeżnie. I po kilku godzinach przyszło trzech panów ze Służby Bezpieczeństwa. Uzbrojonych. Oznajmili mi, że zostali przydzieleni – cytuję – „bronić mnie do ostatniej kropli krwi”. Kazano mi wsiąść do dużego fiata... Pamiętam tę drogę... Trzy godziny, a mnie się zdawało, że nigdy to się nie skończy... Konwój dowcipkował sobie, że może pojadą ze mną na Wschód... Próbowano mnie zastraszyć, że mogą, co chcą, ze mną zrobić... Wjeżdżali dwa razy do lasu... Moja psychika była bardzo osłabiona po samotnym pobycie w celi. Zaczęłam się bać... Lasy, lasy, ciągle te lasy. Zostały mi na zawsze w pamięci... Wydawało mi się, że mogę nie dojechać...
Tak trafiły za kraty. Nie wiedziały, co je czeka...
Jola wspomina:
– Byłam jedyną osobą, która była w ciąży, toteż nie zastosowano wobec mnie wojskowego sądu doraźnego. Czekałam na rozprawę przed sądem cywilnym w trybie zwykłym... Na przesłuchaniach kazali mi w kółko pisać życiorys. Do tej pory posługuję się opracowaną wtedy formułką... Schematycznie: był dobry glina i zły glina. Zły straszył mnie, że urodzę w więzieniu dziecko, które trafi do sierocińca... Moja odwaga zaczęła się chwiać.
Ania opowiada:
– Człowiek nie do końca był świadomy, co się dzieje. Następnego dnia założono mi kajdanki i zawieziono do prokuratury wojskowej. Powiedziano mi, że będę sądzona w trybie doraźnym za zorganizowanie strajku. Aresztowano też trzech kolegów z komisji zakładowej. Powiedziano nam, że grozi nam od trzech lat do kary śmierci. W trybie doraźnym mniej niż trzy lata dostać nie możemy... Na przesłuchaniach namawiali mnie do zeznań. Straszyli, że w styczniu mam brać ślub i narzeczony mnie zostawi.
Postawiono je przed sądem... Zapadły okrutne wyroki.
Ewa wspomina:
– Nasz proces był jedną wielką farsą. Sądził nas w trybie doraźnym sąd Marynarki Wojennej... Sędzia Andrzej Grzybowski, asesorzy Głowa i Finke... Sędzia Grzybowski opowiadał dowcipy... Proces odbywał się 1, 2 i 3 lutego 1982 roku. Nie było to przypadkiem, przypadała „miesięcznica” 13 grudnia. Odbyła się znów manifestacja... Władza chciała pokazać jak będzie tłamsić wszelkie przejawy buntu.... Prokurator Wojtasik zażądał dla mnie dziewięciu lat więzienia i utraty praw publicznych... Dostałam 10 lat... Wiesi mieli za złe jej badania Grudnia ’70 – dostała pięć lat więzienia... Postawili przed sądem wielką bandę z trzech uczelni... Ciężko było nas oskarżyć o jedną ulotkę, kombinowali więc, jak mogli... Padła w rezultacie masa rekordów... Marek Czachor, mój syn, dostał trzy lata.... Madzia Kowalska, moja obecna synowa, została wyłączona ze sprawy do oddzielnego postępowania. Tak samo, jak Jola Wilgucka, ponieważ znajdowała się w szpitalu.
Zosia uzupełnia:
– Wyrok sądowy: w trybie doraźnym pięć lat. Pan sędzia Grzybowski chwiał się na krześle. Nie wiem, czy słuchał, czy nie. Adwokat z urzędu, wojskowy, próbował coś zrobić. Sędzia nakrzyczał, że adwokat i inni powinni też pójść do pudła.
Wiesia dopowiada:
– Trwa proces. Sąd – sąd wojskowy Marynarki Wojennej – zachowuje się bardzo swobodnie. Sąd cudownie się bawi. Sędziowie w znakomitych humorach. Sędziowie opowiadają dowcipy... Zapadły wyroki najwyższe w Polsce.... Proces trwał trzy dni. Ewa Kubasiewicz dostała 10 lat. Ja nie mam się czym chwalić: pięć lat. Za to z pięknym uzasadnieniem: za to, że w okresie od 13 grudnia do 19 grudnia 1981 roku zbierałam materiały faktograficzne dotyczące wypadków na Wybrzeżu w grudniu 70 roku.
Marylkę sądzono na innym procesie. Wspomina:
– Po dwóch miesiącach pobytu w Darłówku zostałam zabrana na proces do Torunia. Zostałam skazana w trybie doraźnym na trzy i pół roku więzienia, a trzech kolegów na trzy lata – właściwie za nic, bo przy nas znaleziono parę sztuk ulotek. To był jedyny dowód. To była typowa pokazówka. Chciano zastraszyć studentów. Studenci nie dali się zastraszyć. Były protesty. Skutek był odwrotny – więcej ludzi się włączało.
Ela też stanęła przed sądem w Toruniu, opowiada:
– Dowieziono mnie na rozprawę sądową do Torunia. Spotkałam się z synem. Powiedział mi komplement: że jest dumny ze mnie... Dostałam wyrok... Półtora roku więzienia. Mój syn został sam w domu. To było dla mnie najbardziej bolesne... Pan sędzia powiedział, że wyrok łagodny, bo bardzo dobrą opinię mam zebraną i przyniesioną przez milicjantów, a poza tym ponieważ jestem samotną matką wychowującą dziecko. Półtora roku do odsiedzenia za to, że w moim zakładzie pracy wywiesiłam ulotkę, która nawoływała do strajku.
Jola czekała wciąż na swój proces. Wspomina:
– Kiedy moje przyjaciółki wróciły po procesie, słyszę na korytarzu jak klawiszka pyta: „I jak tam było?”. Ewa na to ze śmiechem: „Dostałam 10 lat!”. Wpadłam w panikę, skoro ja jestem główną oskarżoną, to ile lat dostanę? Dożywocie? Wpadłam w szok... U nas siedziała kryminalna. Za zabójstwo dostała sześć lat, a tu 10 lat? Za co? Dwie ulotki ledwie zdążyłyśmy wydrukować!
Anię sądzono w Olsztynie, opowiada:
– Proces się odbył po miesiącu. Zostałam skazana na trzy lata więzienia... Wróciłam do więzienia. Wtedy postanowiliśmy z moim mężem, że się pobierzemy. Dlaczego nie? Złożyłam podanie. Zgodę otrzymałam. Przyszła urzędniczka stanu cywilnego z Ostródy. Mąż przywiózł mi sukienkę. Oczywiście, nie była to ślubna sukienka. Cywilna. Więźniarki pomogły mi się uczesać. Trochę się podmalowałam... Do ślubu doszło... W asyście klawiszki. Była moja najbliższa rodzina i rodzina męża. Klawiszka pozwoliła nam wypić po kryjomu lampkę szampana. Otrzymałam moc kwiatów.
Nie jedyne to „weselne” wspomnienia. Inny ślub przywołuje Marylka:
– Pamiętacie, jak Ewa wybierała się na ślub syna? Do więzienia w Potulicach. Za nic nie chciała się przebrać, zrobić jakąś fryzurę. Mówiła, że siedzi w kryminale, to pojedzie na ślub Marka jak kryminalistka, w pasiaku, krótko ostrzyżona. Naczelniczka więzienia zaczęła ją prosić, żeby jej tego nie robiła. Zaczęła wyszukiwać jakieś cywilne ciuchy, ale Ewa się zaparła, że nie i już. Naczelniczka zaproponowała jej interes.
Ewa dopowiada ze śmiechem:
– Po raz pierwszy w życiu poszłam z nimi na ugodę. Naczelniczka zaproponowała mi, że będę mogła zostać dłużej, aż do końca uroczystości. To raz, a dwa, że będę mogła przywieźć dziewczynom jedzenie z wesela.
Marylka wtrąca:
– Ubrała się w jakąś pożyczoną bluzkę. Trochę ją uczesałyśmy.
Ewa wspomina:
– Dzięki układowi z naczelniczką byłam z moimi bliskimi, z przyjaciółmi wiele godzin, a konwój czekał na mnie na korytarzu.
Zosi też zapadł w pamięć tamten dzień:
– Żadna z nas nie poszła spać tego dnia. Czekałyśmy na Ewę. I oto wróciła nasza Ewunia. Późno w nocy. Przywiozła kwiaty, jakieś ciasta, owoce. Z żarciem było wtedy u nas strasznie krucho, toteż wyżerka była niesamowita. Długo to wspominałyśmy...
Żadna z nich nie popełniła przestępstwa. Nie złamała jakichkolwiek norm prawnych czy etycznych, jakie obowiązują w cywilizowanym kraju. Po prostu wszystkie miały nieszczęście urodzić się w państwie totalitarnym. Wszystkie też zapłaciły wysoką cenę za umiłowanie wolności i prawdy, za wierność sobie i innym.
Wyroki sądowe zabrały im młodość, przekreśliły marzenia, skomplikowały życie.
Komunistyczne władze 13 grudnia 1981 roku wprowadziły w Polsce stan wojenny dla zdławienia niepodległościowych i demokratycznych dążeń narodu polskiego, rozwijających się od Sierpnia ’80 pod sztandarami „Solidarności”.
Władze stanu wojennego uznały te dziewczęta – Marylkę, Zosię, Wiesię, Elę, Anię, Jolę i Ewę – za swoich wrogów. Ukarały je w wyjątkowo bezwzględny sposób, wymierzając wieloletnie wyroki.
Dla przykładu. Na postrach. Za drobiazgi. Za druk i kolportaż ulotek, za udział w „nielegalnych” zgromadzeniach i „konspiracyjnych” zebraniach, za nawoływanie do strajku czy wzywanie na manifestację... Każdy pretekst był dobry, by ukarać za „nieposłuszeństwo” wobec komunistycznej władzy.
Zatrzasnęły się za nimi więzienne kraty. Czym zasłużyły sobie na taki los?
Zosia stwierdza:
– Ja nie robiłam żadnych wielkich rzeczy. Żadną wielką bohaterką nie byłam. Do czego byłam potrzebna, starałam się to robić. Bałam się, jak większość ludzi, ale wmawiałam sobie, że to nic.
Jola się zastanawia:
– Właściwie cała moja postawa życiowa... wzięła się stąd, że na pierwszym roku na pierwszych zajęciach poznałam taką małą śmieszną dziewczynę, która mi powiedziała, że jest ode mnie starsza o sześć lat, czym mnie strasznie rozśmieszyła. To była właśnie Ewa.... Od pierwszego dnia się zaprzyjaźniłyśmy. Jak siostry...
Ewa wyjaśnia:
– Już od dawna miałam pomysł pracy w opozycji... Wiedziałam, że są wolne związki Andrzeja Gwiazdy... Podziwiałam ich odwagę. To było znakomite grono ludzi, ludzi bardzo znanych. Taka skromna osoba jak ja? To było zuchwalstwo pretendować do ich grona. W końcu jednak się przemogłam. Na parę miesięcy przed Sierpniem zgłosiłam się do Gwiazdów... Tak się zaczęła moja przygoda z opozycją. Napisałam artykuł do „Robotnika Wybrzeża” i zaczęłam opracowywać serię wykładów dotyczących metod stosowanych w systemie totalitarnym. Wykłady te miały być przeznaczone dla młodych robotników, ale nie zdążyłam tego planu zrealizować, ponieważ wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej.
Jola wspomina:
– To był rok 1968. Politechnika Gdańska strajkowała. Młoda, głupia, poszłam zobaczyć, co się tam dzieje. Uciekając przed milicją, wpadłam do wykopu. Koledzy wyciągnęli mnie z dołu... Wpadając do kolejki, dostałam po plecach pałą... W kilka dni później jechałam pociągiem. Rozmawiałam z kolegami na temat tego, co się działo na politechnice. Podeszło czterech panów. Zabrali dowód i legitymację studencką. Siedziałam w areszcie 24 godziny... Dotarło do mnie, co to totalitaryzm, komunizm...
Marylka, młodsza od nich, nie miała takich doświadczeń, opowiada:
– Moje dzieciństwo, lata szkoły podstawowej, średniej, spędziłam na wsi mazowieckiej. Nie docierały tam wieści o tym, co się działo w Polsce... Jeden obraz pamiętam. Kiedy miałam 12 lata, obudził mnie w nocy straszny huk. Wyszłam z ojcem przed dom, drogą jechały czołgi. Potem dowiedziałam się, że było to wojsko, które kierowało się na Wybrzeże.
Był to grudzień 1970 roku. Jola wspomina:
– Po drodze trafił nam się rok ’70. Obie z Ewą już pracowałyśmy w Wyższej Szkole Morskiej. I to było pierwsze zetknięcie się z taką straszną przemocą... Rano obudziły mnie strzały, mieszkałam blisko stoczni. Ulicą szedł pochód. W pracy, zamiast pracować, poszłyśmy z Ewą pod stocznię, gdzie strzelano. Widziałam to na własne oczy... Potem przez głupotę wpadłam po raz drugi. Na przystanku trolejbusowym rozmawiałam o tym, co się dzieje. Wsadzili mnie na 24 godziny za nic, tylko za rozmowę.
Wiesia wyjaśnia:
– Grudzień ’70 w Gdyni. Zajęłam się tym tematem, bo w Gdyni dokonane zostało ludobójstwo, o którym prawda była ukrywana... Pamięć Grudnia ’70 była wtedy wśród gdynian żywa... Dlaczego Grudzień ’70? Strasznie chciałam zrozumieć, jak to jest, że polski żołnierz potrafi strzelać do ludzi. Nie do pojęcia jest to dla mnie do dzisiaj. Nie pojmuję też takiego człowieka, jak Wojciech Jaruzelski, który mówi: „jestem żołnierzem i sam załatwiłem wewnętrze sprawy Polski, wprowadzając stan wojenny”. Nie rozumiem, że ludzie to akceptują, jakby nie wiedzieli, że on zdusił myśl demokratyczną. To, co w Polakach piękne... To inna szkoła. Ja należę do ludzi, którzy inaczej pojmują patriotyzm. Tamten został wychowany przez obcych. Nie rozumiał, co to patriotyzm... Jak to możliwe, żeby wojsko zastawiło na ludzi pułapkę? Zbierając materiały o Grudniu ’70, dowiedziałam się o żołnierzach rzeczy przepotworne. Godność? Honor? Oni nie wiedzieli, co to znaczy. Nie wiedzieli i strzelali na rozkaz. Tym bardziej nie rozumiem, jak można całą armię wyprowadzić przeciwko narodowi, co zrobił Jaruzelski, gdy był dyktatorem i wprowadził stan wojenny.
Sierpień 1980 roku odegrał w życiu całej siódemki wielką rolę. Marylka przypomina:
– Wierzyłam ciągle, że komunizm się skończy, że musimy cierpliwie czekać. Rok 1980 przyniósł wydarzenia, które dawały nadzieję...
Ewa komentuje:
– Sierpień to był okres wyjątkowy. Najpiękniejszy w moim życiu. Znajomy Szwajcar oszalał. Biegał z aparatem fotograficznym po ulicach. A wszędzie był nastrój święta, wielkiej nadziei. Cały naród był zaangażowany... Jak wybuchł strajk, nie było w szkole studentów i pracowników. Uznałam, że trzeba się przyłączyć. Poparcie było powszechne. Szkoła była pod obstrzałem, ostatecznie, jednostka paramilitarna. Zdecydowałam, że pojadę do stoczni. Jola Wielgucka zdecydowała się jechać ze mną. I tak zaczęła się moja przygoda z „Solidarnością”. Wybrana zostałam wiceprzewodniczącą Komisji Uczelnianej. Wybrano mnie do Zarządu Regionu.
Wiesia uśmiecha się do swoich wspomnień:
– Sierpień ’80. Coś, co zdarzyło się w Europie, a może w świecie, jeden raz. Atmosfera mistyczna. Byliśmy jednomyślni, solidarni, połączeni braterstwem... Cudowne rozmowy z ludźmi... Michnik był wtedy bohaterem... Do opozycji przedsierpniowej nie należałam. Myślałam, że są to ludzie święci. Niesamowite życiorysy. I ta ich odwaga, podawali do wiadomości publicznej swoje nazwiska, telefony. Gdzie mi tam było do nich. Dopiero, gdy powstała „Solidarność”, zgłosiłam się, bo już wtedy opracowywałam dokumentację Grudnia ’70. Zostałam pracownikiem Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność”.
Ania opowiada:
– Pracowałam w zakładzie „stomilowskim” w Olsztynie. Była to fabryka opon samochodowych. Pracowałam w laboratorium jako laborantka... Nasz region zawsze stał z boku... Zaczęły się tworzyć nowe związki, zaczęło się ożywienie... Włączyłam się w tę działalność... Przy pierwszych wyborach weszłam w skład Prezydium Zarządu Regionu... Przez jakiś czas pracowałam tam na etacie.
Ela wspomina:
– Przed pójściem do więzienia pracowałam w hotelu... Sierpień ’80... To było coś pięknego... Myśmy też zaczęli strajkować. Znalazła się grupka ludzi o podobnych poglądach. Stworzyliśmy zarząd zakładowy... To była wielka nadzieja, że coś się zaczyna dziać, że będzie coś innego, że zmieni się coś w naszym szarym, codziennym życiu... Tak było radośnie na duszy, że coś się dzieje.
Jola opowiada:
– 1980 rok miał dla mnie podwójne znaczenie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem. Zostałam sama z córką, która miała wtedy osiem lat. W kilka miesięcy po rozwodzie poznałam cudownego człowieka, który miał wadę: był wojskowym. O wojskowych z Ludowego Wojska Polskiego miałam złe zdanie. Bardzo mi więc to przeszkadzało... Były na tym tle spory, ale on był nam bardzo pomocny. Miał też cenną rzecz: samochód. Woził ulotki i biuletyny... Musiałam mieć na niego duży wpływ, bo napisał raport o zwolnienie...
Sierpień ’80 miał jednak nie tylko blaski, ale i cienie. Najwcześniej dostrzegła je Ewa. Przypomina:
– Szybko zrodziła się opozycja w stosunku do Lecha Wałęsy. Nie chodziło o stołki, lecz o idee. Zwyciężyć można było tylko u boku Gwiazdy, Wałęsa miał widoki na karierę polityczną. Straszył nas, że świat się odwróci. Szantażował, że odejdzie i wszystko się zawali bez niego. Nie dało się z nim pracować. Przegłosowywane uchwały nie były realizowane, bo Wałęsa się nie zgadzał. Ludzie w obawie przed jego groźbami ustępowali. Nie wszyscy. 15 członków Zarządu Regionu Gdańskiego złożyło dymisję, a potem jeszcze więcej... Wybuch stanu wojennego przerwał te wewnętrzne walki. Z Wałęsą łatwo było im się dogadać. Wałęsa nie przeszedłby w wyborach. Na pewno nie leżało to w interesie władzy.
Zosia wspomina:
– Pochodzę z Krakowa, a w 1971 roku przyjechałam do Gdańska. Wyszłam za mąż. Po ukończeniu szkoły pracowałam w „Transbudzie” w Gdyni. Byłam szarym, pospolitym człowiekiem. Biegałam do pracy, do domu, po zakupy i tak dalej. Nie zajmowałam się niczym specjalnym. W momencie, gdy w 1980 roku zaczęły się strajki na stoczni, do zakładu przyszedł pracownik, powiedział, że ruch taki się zaczął... Ktoś wytypował delegację. Ja – niespokojna dusza – powiedziałam sobie: dlaczego nie? Pobiegłam z nimi... Gdy ogarnęła mnie ta atmosfera, nie było już właściwie sposobu, żeby się z tego wycofać...Tak już byłam od początku do końca... Po utworzeniu „Solidarności” zostałam sekretarzem komisji oddziałowej... Wszystko było ładnie, aż do stanu wojennego.
Ela stwierdza:
– Jak Jaruzelski ogłosił stan wojenny, spojrzałam na moje miasto, a mieszkałam na 10 piętrze, miasto było takie szare, takie smutne. Myślałam: Boże, czy to się nie zmieni? Beznadzieja straszna była... Pobyt w więzieniu spotęgował pragnienie, żeby to się zmieniło. Żeby było mydło do mycia nie raz w miesiącu. Żebym nie potrzebowała butów na kartki kupować. Nie tak, jak daje państwo, jedne na lato, drugie na zimę, bo ja bym chciała chociaż dwie czy trzy pary...
Wiesia wspomina:
– Stan wojenny... Coś groźnego wisiało w powietrzu, ale udawaliśmy, że tego nie widzimy. Rano zapukał sąsiad, powiedział, że stan wojenny... Na ulicach twarze spięte, ściągnięte...
Ewa opowiada:
– W nocy z 12 na 13 grudnia byłam na zebraniu frakcyjnym. Ustaliliśmy, że Wałęsa nie reaguje, trzeba więc ludzi uprzedzić, że stan wojenny wybuchnie. Zredagowaliśmy tekst ulotki... Doskonale wiedzieliśmy, że wcześniej czy później nas zamkną. Wiedziałam, że pójdę do więzienia... Nocą wróciłam z zebrania do domu. Była tam już wcześniej milicja. Zniknęłam. Ukrywałam się. Niedługo.
Marylka mówi:
– Strajki studenckie zakończyły się. Pojechałam zobaczyć się z rodzicami. Rano budzi mnie mama. Mówi, że jakiś stan wojenny. Jeszcze tego samego dnia wróciłam do Torunia. Pociągi jeszcze kursowały. Wróciłam do Torunia, jak wielu naszych kolegów. Nie byłam ważną osobą w NZS-ie, nie było mnie więc na liście do zatrzymania...
Zosia wspomina:
– Sąsiadka przyleciała rano spanikowana: „Zosia, wojna jest!”. Patrzyłam przez okno, czy samoloty nie lecą, nie zaczną bombardować... Poleciałam do zakładu. Nasz zakład strajkował do 19 grudnia. 18 poleciałam do domu, żeby się trochę ogarnąć.
Ania opowiada:
– Mnie stan wojenny zastał w domu. Było to z soboty na niedzielę. Przyszedł do mnie w nocy kolega i powiedział, że coś się w zarządzie regionu dzieje. Weszła UB-ecja i zatrzymała kilku ludzi. I poleciał. Zostawił mnie samą. Otworzyłam lodówkę, zabrałam bochenek chleba i kiełbasę. Wyszłam na ulicę. Było zimno, dużo śniegu, autobusy nie chodziły. Zabrał mnie zjeżdżający do zajezdni. Podwiózł pod zakład. Poszłam do komisji zakładowej. Było już trochę ludzi. Siedzieliśmy do rana. Rano dowiedzieliśmy się, że jest stan wojenny. Trzeba było podjąć jakieś działania. Zaczęło przychodzić coraz więcej osób. Podzieliliśmy funkcje. „Ania, ty będziesz pisała plakaty”. Miałam trochę zdolności do rysowania. Wypisywałam plakaty o takiej treści: „A więc wojna!” – to był cytat ze Starzyńskiego. „Dalej się nie cofniemy, za nami Moskwa”, albo był taki plakat, że musimy zaprotestować przeciwko internowaniu naszych kolegów... Przez całą niedzielę przesiedzieliśmy w zakładzie. Musieliśmy się gdzieś ukryć. Obawialiśmy się, że przyjdą w nocy i nas zaaresztują... Na drugi dzień, a był to już poniedziałek, wyszliśmy ze swoich kryjówek. Zrobiliśmy zebrania na wydziałach. Powiedzieliśmy, że przystępujemy do strajku... Zaczęli przychodzić komisarze i straszyć nas dekretami. Wzywali do opuszczenia zakładu. Te osoby, które chciały, zostały... Pilnowaliśmy maszyn, urządzeń... Jak to na strajku bywa, ludzie przynosili na bramę jedzenie, papierosy... O godzinie 10 wieczór przez wojsko i ZOMO zostaliśmy wyprowadzeni z zakładu...
Jola komentuje:
– Stan wojenny zweryfikował postawy całego naszego społeczeństwa. Wtedy można było się dowiedzieć, kto jest kto. Wtedy się ujawniali mali bohaterowie i ujawniały się wielkie szuje. To było bardzo przykre. Wśród znajomych można było na palcach policzyć przyjaciół, którzy najczęściej wtedy siedzieli w więzieniu...
Wiesia stwierdza:
– Stan wojenny – wiedzieliśmy, że taki rozdział nastąpi. Ja byłam po stronie pięknej. Czułam się wyróżniona. Byłam szczęśliwa, że cierpię dla ojczyzny.
Marylka wspomina:
– Było to już kilka miesięcy stanu wojennego. Były ciągłe protesty społeczne. Zbliżał się 1 i 3 maja. Toruńska „Solidarność” przygotowywała manifestację. Z trójką kolegów zatrzymano nas na ulicy, jak roznosiliśmy ulotki. Postawiono nam zarzut przygotowywania manifestacji na 1 i 3 maja w Toruniu. Myśmy tej manifestacji nie przygotowywali. Chciałabym, żeby to była prawda, ale to była tylko mała pomoc w małym wycinku.
Ania opowiada:
– Po aresztowaniu na początku się bałam. Odbierałam to w sposób bardzo histeryczny. Nie mogłam się powstrzymać, cały czas mi z oczu łzy leciały... Był moment, że chciałam popełnić samobójstwo. Potłukła mi się kosmetyczka. Było szkiełko. Był taki moment w nocy, że chciałam sobie podciąć żyły... Później się zastanawiałam: Boże drogi, co ja robię najlepszego? Zaraz sobie przypomniałam mojego narzeczonego, Ryszarda. Swoich bliskich. Kto by się ucieszył, gdybym zrobiła sobie coś złego? Komuna by się ucieszyła, ale ile bym zrobiła szkody, nie mówiąc o sobie, całemu otoczeniu? Boże kochany, muszę się przełamać...
Ela mówi:
– Warunki więzienne w Polsce były okropne. W Grudziądzu było makabrycznie. Byłam w złym stanie psychicznym. Sama. Wiedziałam, że ludzie byli internowani, ale mój proces to był dopiero drugi proces w Toruniu. W czasie pobytu w Grudziądzu po prostu się bałam... Mama przyjechała na widzenie. Jak mnie zobaczyła w stroju więźniarki, to się popłakała.
Wiesia dopowiada:
– Byłam w kilku więzieniach. Kurkowa, Fordon. Grudziądz – bez kanalizacji. Oddział kobiet w ciąży. Nosiły ciężkie kible.
Ania ma podobne wspomnienia:
– Grube klasztorne mury, ponure, bez kanalizacji... Do tej pory mi się śni, bo w tym więzieniu był oddział dla kobiet rodzących. Jak zobaczyłam na spacerniaku te dzieci w wózeczkach, rozpłakałam się. Ja to ja, ale co te dzieci robią w więzieniu?
Ela wspomina:
– Później zawieziono mnie do Fordonu. Tam spotkałam inne towarzyszki niedoli. Już było zupełnie inaczej... Jak przyjechałam do Fordonu, byłam pierwsza. Ewa, Zocha, Wiesia, Marylka przyjechały później... Ania też... Inna koleżanka, Terenia, jak szła na sprawę, myślała, że ją rozstrzelają.
Marylka opowiada:
– Na drugi dzień przewieziono mnie do Fordonu. Tutaj spotkałam dziewczyny, które zostały moimi przyjaciółkami... Tu poznałam Ewę Kubasiewicz, Anię Niszczak, Wiesię Kwiatkowską, Elę Mossakowską... To one pomogły mi przetrwać.
Ania też trafiła pod tę celę, mówi:
– W Fordonie była inna atmosfera. Inny klimat. Odsiadka była lżejsza. Tam właśnie poznałam Ewę Kubasiewicz, Marylkę Błaszczak, Zosię, Elę... Były dziewczyny ze wszystkich regionów. Ja przeszłam tam pewną szkołę. Dużo rzeczy się dowiedziałam. Natłok różnych informacji. Na różne rzeczy zaczęły mi się otwierać oczy. Od Ewy Kubasiewicz dowiedziałam się, na przykład, o konflikcie Andrzeja Gwiazdy i Ani Walentynowicz z Wałęsą. Wałęsa dla ogółu Polaków to wzór, można powiedzieć – bożyszcze, a wtedy się okazało, że nie wszystko jest tak... W więzieniu było różnie. Często strasznie, czasami zabawnie... Układałyśmy piosenki o klawiszkach. Jak która nam podpadła, to się o niej śpiewało piosenkę. Śpiewałyśmy w łaźni.... Strasznie się tych piosenek bały.
Uśmiechają się do wspomnień. Ania intonuje piosenkę o klawiszce Stefanii, której to piosenki refren zawiera słowa: „Solidarność nie jest z piekła rodem”... Po chwili Wiesia nuci półgłosem „Grudniowe tango”...
Urywa piosenkę i stwierdza:
– Mieli nas dosyć w kryminale. Bo co nam mogli zrobić? Uznałyśmy, że nie będziemy poddawać się regulaminowi. I w więzieniu potrafiłyśmy być ludźmi wolnymi.
Ela dopowiada:
– Zaczęłyśmy strajkować w Fordonie o status więźnia politycznego. Zaczęłyśmy olewać regulamin. Nie stawałyśmy do apelu. W dzień siedziałyśmy przy stole... Ja zrobiłam taką demonstrację. Położyłam się w dzień na łóżku, zostałam za to skazana na kabarynę... Strażnicy zrobili szpaler, żebym nie mogła popukać do dziewczyn... W kabarynie źle się czułam. Po 24 godzinach napuchłam... Dziewczyny po powrocie ze spaceru nie chciały wrócić do cel. Protestowały w mojej obronie. Postawiły na swoim. Zaprowadzili mnie do lekarza... To ludzi jednoczy. Jak mur stanęły za mną.
Ania mówi:
– Ewa Kubasiewicz była dla nas wzorem. To że ona miała taki wyrok: 10 lat. To było dla mnie pocieszające, skoro ona tak się zachowuje, to co ja ze swoimi trzema latami.
Ewa wyjaśnia:
– Wyszłam z więzienia ostatnia z naszej siódemki. Miał na to wpływ mój list otwarty. To był protest przeciwko prośbie o łaskę. Władza w okresie świątecznym robiła taką propagandę, by więźniowie prosili o przedterminowe zwolnienie. Ja przeciwko temu zaprotestowałam. List odegrał wielką rolę. Andrzej Gwiazda dowiedział się o liście za pomocą takiej dziwnej metody porozumiewania się, jaką stosowali więźniowie. Przez sedes. Podobno wypompowywało się wodę z sedesu i w ten sposób komunikowało się z mieszkańcami innych cel... Pod wpływem mojego listu otwartego ludzie zmieniali decyzję. Ostatecznie to ja miałam największy wyrok w Polsce.
Wychodziły z więzienia, jedna po drugiej...
Marylka opowiada:
– Po skończeniu studiów zostałam w Toruniu. Próbowałam podjąć pracę. Maksymalnie pracowałam miesiąc. Kiedy przychodziła odpowiedź z Centralnego Rejestru Skazanych, zwalniano mnie. Ta zabawa trwała dwa lata.
Wiesia mówi:
– Stan wojenny mnie wyobcował. Po kryminale – bezrobocie, bieda... Do 1989 roku nigdzie nie pracowałam.
Ewa wspomina:
– W więzieniu nie zawsze było łatwo, ale najciężej było po wyjściu z więzienia. Władze Zarządu Regionu w osobie Borusewicza odmówiły mi współpracy... Płynęły z Zachodu sprzęt i pieniądze, były warunki do działania, ale Borusewicz mi powiedział: zejdź do podziemia... Chciał mnie załatwić jak Andrzeja Kołodzieja. Nie miałam znikąd pomocy... Działy się zresztą wtedy dziwne rzeczy. Tajemniczo zaczęły znikać wydawnictwa podziemne... Współpracę zaproponowała mi „Solidarność Walcząca”. Przyjęłam ofertę. To był okres bardzo dziwny. Ukrywanie się przed UB-ecją i kolegami... Zaczęłam wydawać Biuletyn Solidarności Walczącej Trójmiasta... Odwołałam się do przyjaciół, do Marylki, Zosi... To był czas bardzo trudny, trudno było coś zrobić... Bardzo boleśnie odczułam odrzucenie przez moje dawne środowisko „Solidarnościowe”... (...) Yves, członek francuskiej grupy Amnestii Międzynarodowej, zaczął mi pomagać. Więzy zaczęły się zaciskać. Pobraliśmy się w Polsce latem 1987 roku. (...). Wreszcie otrzymałam paszport, ale tylko w jedną stronę, bez prawa powrotu do Polski. Na polecenie organizacji założyłam w Paryżu Biuro „Solidarności Walczącej” i zostałam mianowana szefem struktur zagranicznych tej organizacji.
cdn.


Jacek Indelak
http://www.opcja.pop.pl/