Wspomnienia Wandy Piłasiewicz

Napisane przez Wanda Piłasiewicz
12 kwietnia byłam u Gieni Rzeszotarskiej, koleżanka szkolna. Gdy przyszłam do domu – wszystko spakowane – zapamiętałam puste materace na łóżkach, ogólny bałagan.

Powiedziano mi, że na stacji stoją wagony z kominkami – znak, że będą wywozić do Rosji.

 

Musimy uciekać! Gdzie uciekać?

Dowiedziałam się potem, że Ludka (siostra) śpi w tę noc na ul. Zielonej, Jadzia z Alą na ul. Wybranowskich u pp. Szymańskich, mama i ja na probostwie u księży. Miałyśmy swoją pościel, jakieś tobołki, spałyśmy w jadalni.

Zaznaczyć muszę, że sowieci po wkroczeniu wyrzucili nas z mieszkania w mieście i mieszkaliśmy na probostwie w domku katechetycznym, w 1 pokoju. Tu też ojca aresztowali i zaraz wywieźli go do Lwowa.

Około godz. 2 w nocy mama mnie zbudziła: pamiętam te dreszcze – może z zimna, może ze strachu. Gospodyni księży otworzyła nam zakrystię, wepchnęła nas i zamknęła. Weszłyśmy przez zakrystię do kościoła - nie zapomnę tych ciemności - mama wolniutko szukała schodów, posadziła mnie w konfesjonale, powiedziała bym siedziała, a ona z bocznej kaplicy zajrzy z okna na dom. Widać było światło latarek, jak chodzą po mieszkaniu, rozbili drzwi. Odjechali, został żołnierz pilnujący – chodził po chodniku przy kościele tam i z powrotem. Mama wróciła i przytulone przesiedziałyśmy w konfesjonale do rana.

O godz. 6 rano przyszła pani gospodyni i powiedziała, że u proboszcza zrobili rewizję – szukali nas. Teraz musimy wyjść z kościoła, bo będzie msza św. Wypuściła nas tylnymi drzwiami do sadu. Usłyszałyśmy kroki wojskowego, który chodził po drugiej stronie kościoła. Przeczekałyśmy i, gdy kroki ucichły za kościołem, prędko przez sad wyszłyśmy na pole.

Błoto. Kwiecień. Szłyśmy na przełaj w tym błocie kilka kilometrów do wsi Uszkowice, do majątku znajomych pp. Frankowskich (? może Frankiewicz), którzy nas częściowo utrzymywali po wkroczeniu sowietów (żywność: mleko, chleb, mąka, jajka). Zastałyśmy tam, Ludkę i nauczyciela, który się tam ukrywał. Myślę, że wcześniej było uzgodnione spotkanie tam z Ludką. Podano nam śniadanie, mama zmęczona usnęła. Na pewno nie spała całą noc. Ludka flirtowała z nauczycielem a ja siedziałam.

Około godz. 11 – 12 wpada do pokoju pani: „uciekajcie, idą!”. Na dole stoi samochód a ruscy idą w stronę domu. Dom stał na wzniesieniu i dróżką od głównej drogi szli wojskowi w szynelach (widziałam to przez okno). Wyszłyśmy tylnym wyjściem – sad, zagajnik, łąka i w dół do rzeczki.

Uciekałyśmy. Ludka w gumowych butach (bardzo modne, pamiętam) przeniosła mnie na drugą stronę i wróciła po mamę. Usłyszałyśmy strzały – stało ich dwóch nad rzeką w górze – strzelali w powietrze. Ludka wróciła po mnie, wspinamy się z powrotem. Sołdat mówi: no! Tam czeka na was maszyna! Byłam pewna, że to karabin maszynowy i nas zastrzelą, ale nie bałam się - byłam z mamą.

Gdy nas doprowadzili do samochodu, siedział tam już pan nauczyciel i Jadzia (siostra). Jadzię złapali, gdy wyszła z domu. Zaczepił ją wojskowy: „jak się nazywasz?” - podała nazwisko po mężu, „ach nie, my szukamy Marciniaków”. Stojąca obok Żydówka powiedziała, że to córka Marciniaków i tym sposobem Jadzia też znalazła się w samochodzie.

 

Tułaczka

Wiozą nas na stację, Jadzia płacze by jej dali dziecko, które zostało u znajomych (pp. Szymańskich). Dziecko miało 1,5 roku. Wysadzili nas z samochodu i pojechali po Alę, zabrali jakieś ciuszki i do wagonu. W wagonie był już Polciu (brat) z Anetką (bratowa) i 9 - miesięcznym dzieckiem. Gdy zabierali brata, przyszedł NKW-dzista z Żydem, którego brat znał osobiście, sąsiadka przyniosła w butelce mleko dla dziecka na drogę – Żyd wylał i powiedział, że tam wszystko będą mieli.

W wagonie półki zapchane Polakami, wagony bydlęce z oknami zabitymi deskami i otworem w podłodze. Zazgrzytały zasuwane drzwi i cisza, ciemno, pociąg ruszył.

Pozostało mi na długo w pamięci dudnienie pociągu i modlitwa, modlitwa i śpiew pieśni kościelnych. I tak przez cały miesiąc jazdy pociągiem. Po powrocie do kraju - przez wiele, wiele lat – gdy w kościele zaczynali śpiewać pieśni (szczególnie „kiedy ranne..” i „wszystkie nasze dzienne...”, ale i inne), słyszałam dudnienie kół. Początkowo musiałam wychodzić z kościoła, potem już tylko płakałam.

Jechaliśmy cały miesiąc. Każdy chciał się dostać do szparki w oknie i widzieć, czy żegnać kraj. Potem gdzieś na stacjach „kipiatok” w wiadrach, raz pamiętam przypalony grysik. Otwór zasłaniany kocem albo płaszczem cuchnął coraz bardziej, ludzie nie myci też. Mama cieszyła się, że cała rodzina w komplecie, tylko ojca nie było.

Potem był Ural (mama powiedziała, że my już straceni), Kazachstan – wysadzono nas w miejscowości Dżurun. Pamiętam czerwone, błyszczące, skośnookie twarze Kirgizów. Rozdzielono nas na kołchozy, wieziono odkrytymi, ciężarowymi samochodami. Tobołki i my na tobołkach, daleko wieźli, zimno, ludzie osłaniali się od wiatru.
Kołchoz im. Szewczenki (przed rewolucją Błachowieszczenie), p-ta Kirow czy Borodinowka, rejon (powiat) Timir, obłast Oktiubińska.
Na kwaterę przydzielono nas do Olgi Marczenkowej. Kobieta z dwojgiem dzieci – syn i córka – mąż w więzieniu skazany na 25 lat za to, że powiedział „ten byk łysy jak Lenin”. Siedzieli także jego dwaj bracia też z wyrokami 25 lat. Żadnych wiadomości od nich nie było. Wyroki tam ferowano srogie. Rodzina z kołchozu miała 5 – ro dzieci. Mąż na froncie. Za kradzież pszenicy (w buty nasypała dla dzieci) dostała 10 lat, dzieci do domu dziecka. Stupar - to kołchoźnik, który nie pracował, ale był wszędzie – taki ubek: chodził, słuchał, donosił. Polki śpiewały: pierwszą parą ją unosi, a Stupar za nimi.

Kazachy stali w drzwiach i patrzyli na „wrogów ludu”, z czasem się do nas przyzwyczaili – nie lubili „ruskich”. Ruscy mówili na nich Kirgizi - oni protestowali, że są Kazachami. Rosjanie to - kułaki również z zsyłek dawnych i porewolucyjnych. Tęsknili za Ukrainą, za lasami, sadami, ale wszystkie „stanowiska” w kantorze (biurze) zajmowali ruscy, nie Kazachy. Na gorsze i najgorsze prace wysyłani byli „Kirgizi” i Polacy. Większe dniówki zapisywano ruskim. Nas oszukiwano.

U Olgi zaczynałam starać się o opał, biegałam za krowami i zbierałam „kiziak”. Z początku mieszałam go piętą, formowałam placki, które potem należało suszyć. Po jakimś czasie już biegałam z Polkami za krowami, która tylko ogon podniosła łapałyśmy w dłonie, która pierwsza, na wyścigi, byle więcej. Upały ogromne, szybko schło. Tym palono.

Do pracy rano, ze wschodem słońca, budził brygadier pukaniem w okno. Gdy mieliśmy zegarki, to wiedzieliśmy, że budził nas o 2 w nocy. Ze stepu wracaliśmy o 11 też w nocy. Potem zegarków już nie było. Studnie tam były głębokie, wyciąganie wody sznurem, w zimie to oblodzony otwór w ziemi.

Jesienią wywieźli Polaków na roboty przy sypaniu wałów kolejowych. Jechaliśmy z całym dobytkiem wałami dalej o jakieś 200 km. Myśleliśmy, że wracamy może do Polski – naiwni. W drodze na roboty, na wozie, w nocy umarło 4- miesięczne dziecko jednej z kobiet, które już tam się narodziło. Pamiętam jej przeraźliwy krzyk i łunę wschodzącego słońca. Zostało pochowane tam na miejscu.

Gdy zajechaliśmy na miejsce, kopaliśmy w ziemi doły i przykrywali je liśćmi, sianem i w tym mieszkaliśmy (raz nam ciele wleciało przez ten dach do środka). Pierwsze deszcze jesienne zawaliły dachy tych ziemianek: wilgoć, zimno, mokro i błoto. Bratowa uratowała synka przykrywając go własnym ciałem. Po jakimś czasie, tzn. w listopadzie, tych z dziećmi przeniesiono do szkoły. Był to jeden pokój i wszyscy spali na podłodze.

Pani Jaremowa – kucharka Polaków – miała bardzo słaby wzrok, więc zawsze kucharzyła i w żłobku we wsi i na stepach i tu na wyjeździe. My dzieci zbierałyśmy jej opał: trawę, kiziaki i wszystko, co nadawało się do spalenia. Ona za to ukradkiem dawała nam trochę kaszy, klusek lub prażuchy ( taka przyrumieniona mąka rozprowadzona wodą – bardzo gęsta).

W zimie powrót do kołchozu: nie dostaliśmy żadnej żywności, opału też nie było – ciężka zima. Olga już nas nie przyjęła, mieszkaliśmy u innej gospodyni. Już Polaków nikt nie chciał, nie mieli już rzeczy z Polski, które mogliby dawać ruskim, byli obdarci. Nauczyłam się prząść wełnę, potem robić na drutach, nawet Rysiek Mudrak (13-14 lat) też robił na drutach.
Pamiętam dużo psów wałęsających się, chorych, głodnych. Gdy chciałam się załatwić, mama brała kij i wychodziła za chałupę ze mną. Pies szczerzył zęby, mama odpędzała a ja trzęsłam się ze strachu. Psy chore, robaczywe, zjadały wszystko, i odchody, nie potrzebne były ubikacje. Tak samo koty z najeżoną sierścią.

Pierwsza moja praca, zaraz po przyjeździe w 1946 roku, to było trucie susłów. Żywiłam się susłami. Trzeba było do nory wlać wiadro wody, suseł wychodził – chwycić i dusić. O ile da się upolować susła – są bardzo czujne, złapane krzyczą, a ich krzyk przypomina płacz dziecka – zabicie wymaga dużej umiejętności, są nieprzeciętnie żywotne.
Potem było grabienie siana i ustawianie w kopy, a potem orka, podlewanie ogrodów - 13 km za wsią była rzeka Sarachador i tam Polacy sypali wały do przepływu wody (poliwny ogorody), maszyna ciągnęła wodę z rzeki i nawadniano nią ogrody. To była bardzo ciężka praca, dla mnie ponad siły, nie rozumiałam, o co tu chodzi. Woda rozlewała mi się po grządkach – nie umiałam jej ujarzmić.

Głód, głód przeogromny. Jeden kilogram pszenicy na tydzień, brudna i z kamieniami. Skąpe jedzenie a ciężka praca wyczerpuje siły. Tyfus plamisty, malaria, czerwonka - „ponos”- biegunka.
Chodziliśmy na stypy, to, choć coś zjeść można. Wszyscy chorowaliśmy na tyfus, 6 maja 43 roku umarła mama. Wygrzebaliśmy grób, włożyliśmy bez trumny, twarz przykryliśmy liśćmi, żeby nie sypać ziemi prosto na oczy, zasypaliśmy i obłożyliśmy kamieniami żeby psy nie wykopały. Śmierć mamy bardzo przeżyłam, zamknęłam się w sobie, wychodziłam przed dom i czekałam aż wróci – nie wracała. Przez całe życie brakowało mi jej.
Zaprzyjaźniłam się z Kirgizką Mikulą, miała 13 lat jak zmarła na suchoty. Agnieszka Lesiowa, Ukrainka miała 16 lat jak zmarła zasypana pod stertą lodem.
Brata zaraz po chorobie zabrali do wojska. Ja po tyfusie chorowałam jeszcze na malarię, bez jakichkolwiek leków. Okropna choroba, gorsza od tyfusu, chodzić nie mogłam. Kiedy choroba wciąż trwała, kazano mi iść na cmentarz tarzać się po grobach (na mochyłki), że pomoże. Nie, nie pomogło, chorowałam dalej.

Był już rok 1944 i jesienią, w październiku, zawieźli nas na stację odległą o 200 km. Tam w zimnie i deszczu pod gołym niebem, przez miesiąc czekaliśmy na transport. Żaby po nas skakały. W listopadzie dotarliśmy na Ukrainę. Przydzielono nas do sowchozu (Wozniesieńskij rejon, obłast Mikołajewska, był to Zierno-Sowchoz). Szliśmy z Wozniesieńska 18 km pieszo, boso, ziemia zamarznięta. Rozmieścili nas po domach u gospodarzy rosyjskich.

W Kazachstanie na malarię chorowałam 3 miesiące. Zmiana klimatu miała wpływ na tę chorobę, tzn. ataki (co drugi dzień – dreszcze, po południu temperatura bardzo wysoka – potem już codziennie) ustały. Byłam bardzo słaba, nie mogłam chodzić. Tu znów głód, kradłyśmy buraki cukrowe, bo były na hałdach – dostępne, ale opału nie było, więc jadłyśmy surowe, tu znów rozstrój żołądka. Denerwowały się gospodynie, że „czortowi Polaki wsiu chatu obisrały”. Ludka znalazła hełm niemiecki, który rozwiązał część problemu.

Zaczęłam znów chorować – grzybek na głowie i strupy na całym ciele, wszędzie wszy. Włosy mi Ludka ścięła, głowę owinęłam chusteczką, ale strupy pozostały.

Przeniesiono nas do innej gospodyni. U niej kopałam ogród, dostałam mleka, chodziłam do innej doić kozę i też dostałam mleka, kradłam mąkę. Ludka pracowała przy koniach, kradła kukurydzę a ja mieliłam ją w żarnach. Powoli na wiosnę głód ustępował. Chodziłam do silosów, tam były „kiszonki” dla bydła, zielenina – piach trzeszczał w zębach, trochę gotowałyśmy, trochę na surowo i tak z Ludką przetrwałyśmy. Biegałyśmy do piekarni pod okna, gdzie królował „Pawka piekar”. Prosiłyśmy: „Pawka daj chlieba”. Pawka palcami nos mocno wysiąkał na podłogę i dalej miesił ciasto rękami w dzieży, ale kawałki chleba dawał, takie „odrosty”, kule chlebowe. Były pyszne! Przepyszne!

W lecie z Ludką „wywoływałyśmy duchy”, szczególnie „Babka Kriukowa” chciała wiedzieć czy syn jej wróci z wojny – zapewniałyśmy ją, że wróci. Dawała chleba i „supu” - ale syn nie wracał i nie wracał. W zimie, na ruskie Boże Narodzenie, chodziłyśmy z Anetką do wsi kolędować. Ona trochę po ukraińsku umiała, resztę wymyśliła i tak uzbierałyśmy trochę „ciasta”.


„Boh Predwicznyj
nam narodiwsia
Pryjszoł wes
iz nebes
szczob... lud swij wes
I utiszył nas.”


Rok 1945, przyjechał brat żeby zabrać żonę. Koniec wojny! Przeszedł szlak od Lenina do Berlina. Przyjechał czysty, w czystym mundurze. O! Nie! Gdy ktoś tam przyjedzie, nie łatwo wyjedzie! Został aż do naszego powrotu, czyli 2 lata. Był stróżem nocnym. Mieszkał z bratową, dwoma synami, Felą sierotką z siostrzyczką, panią Kałową z dwoma synami – w jednym „glinianym” pokoju, śpiąc na podłodze tak, jak i inni – razem 9 osób.

Jest rok 1946, wracamy do Polski! „O Polsko moja miła! O polski kraju mój!” Wielka radość! Wszyscy się śmieją. Dziewczyny mówią: „ jak przekroczymy naszą granicę, rzucamy się kolejarzom na szyje i wycałujemy!”.

Nie wieźli nas przez ziemie wschodnie w dzień, ale w nocy. Nie zobaczyliśmy swoich stron. Granicy w dzień nie przekroczyliśmy i nie wycałowały dziewczyny kolejarzy. Natomiast stanęliśmy rano (myślę, że w Rzeszowie), a tam oblegli nas ludzie i...” macie ruble? Macie ruble?...”.

My obdarci, owrzodzeni, zawszeni, zagłodzeni – czy mamy ruble? Pamiętam Ludkę zawiedzioną!


17 września 1989r.
Wanda Piłasiewicz
zm. czerwiec 2006 r