FRANCUZI NIE ZAWIEDLI NAS 1982-2000

Napisał
WSTĘP Książka „ Francuzi nie zawiedli nas” pani Łucji Częścik jest pięknym pomnikiem pamięci ludzkiej solidarności, jaką w trudnych latach stanu wojennego i początków wolności okazał Polakom naród francuski. Upływający czas i zmieniające się okoliczności życia zacierają w nas obraz niekończącego się konwoju samochodów z pomocą, tej bezgranicznej rzeki darów, jaka przez kilkanaście trudnych lat, płynełą do naszego kraju. Pani Łucja Częścik przywołując z pamięci tysiące szczegółów, opowieści o ludziach i wydarzeniach, pozwala na nowo przeżyć niezwykły klimat tamtego czasu, dostrzec duchową wartość tak spontanicznego, na niespotykaną skalę odruchu ludzkiej szlachetności.


Przysłowie mówi, iż prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ta książka jest jedną wielką opowieścią o przyjaźni; jest wspaniałym skarbcem przyjaciół, którzy swoje serce, czas i siły poświęcili służbie drugim. W istocie, choć wiele na kartach tych wspomnień informacji o ilości darów, o składzie i przeznaczeniu transportów, o trudnościach z ich dostarczeniem, to przede wszystkim jest to opowieść o ludziach, którzy z niezwykłym zaangażowaniem organizowali pomoc dla naszego kraju. Podobnie, w czasach wojny A. de Saint Exupery’ego, w książce „Ziemia - planeta ludzi” pisał o swoich towarzyszach z eskadry lotniczej. Przytaczając opisy zdarzeń z ich życia, z wielką troską o szczegóły prozy życia, rysował tak naprawdę niezapomniany obraz ludzi, którzy byli częścią jego świata.


Przywołanie w kolejnych historiach dziesiątek a może i setek imion Francuzów, którzy zaangażowali się w dzieło pomocy, jest zasłużonym choć z natury skromnym wyrazem wdzięczności. Mówi o skali tego dzieła miłości.
Kościół wrocławski stał się ważnym ogniwem w łańcuszku solidarności, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku połączył Francję z Polską. Było to ogromne przedswięwzięcie organizacyjne tak dla darczyńców jak i dla Kościoła. Stało się to możliwe dzięki dobrej współpracy obu stron. Z racji pełnionej wówczas funkcji mam wiele własnych wspomnień z tego czasu. Większość przywołanych tu osób dane mi było poznać osobiście.
Dziękując autorce za bogactwo opowieści, za ten swoisty kalendarz pełen imion, miejsc i dat, który pozwala odkurzyć nieco przyblakłe z racji mijającego czasu karty historii, chciałbym wyrazić również wdzięczność za jej osobisty wkład w to dzieło. Jako tłumacz, pośrednik, osoba kontaktowa, ratunek w sytuacjach nadzwyczajnych, pani Łucja sama zapisała piękne strony tej neizwykłej opowieści.
Książka, która mówi o ludzkiej życzliwości niesie ważne przesłanie. Przypominając jak wiele otrzymaliśy od innych w czasie trudnym, nakłada na nas zadanie wykazania się dziś wobec innych potrzebujących wrażliwością na miarę tej, której uczą nas jej bohaterowie.
Życzę każdemu z czytelników by lektura wspomnień Łucji Częścik pozwoliła odnaleźć własny sposób realizacji powołania do służby drugiemu człowiekowi.


Wrocław, 20 czerwca 2010 roku,
w uroczystość błogosławionego Czesława,
Patrona Wrocławia
+ Edward Janiak
biskup pomocniczy
Archidiecezji Wrocławskiej


PDF oryginału - tutaj do pobrania w języku polskim i języku francuskim

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Zwalniano wówczas z pracy" class="system-pagebreak" title="Zwalniano wówczas z pracy" />

 

Zwalniano wówczas z pracy

Po sierpniu 1980 czuliśmy, że wolność jest już blisko. W Dziale Rękopisów Biblioteki Ossolineum spoczywały od dawna utajnione zasoby rękopiśmienne, szczelnie ukryte, czekały na ujrzenie światła dziennego. Coraz śmielej sięgaliśmy po pamiętniki, listy, dokumenty i inne materiały zawierające w rożnej formie opisy realiów oraz zdarzeń, życiorysów i losów ludzkich w systemie komunistycznym. Wymarzone materiały do publikacji, jak na razie, w wydawnictwach podziemnych.


Przez cały 1981 rok nasz zespół pracował nad sporządzeniem inwentarza zastrzeżonych pamiętników, już nie owijając nic w bawełnę... Inwentarz już był gotowy do druku, tymczasem czająca się cenzura wewnętrzna, jakby czekała na ogłoszenie stanu wojennego, aby zabrać się do dzieła zniszczenia, czyniąc spustoszenia w opracowaniach, co znacznie opóźniło wydanie oczekiwanego przez badaczy materiału informacyjnego, źródeł o, jak mniemano, minionych już czasach. Był to szok, ale nie szok niszczący, deprymujący człowieka, raczej silny bodziec do działania, mimo serc bijących ze złości i obawy. Podjęty czyn trwał dalej... Nie byłam jednak zbyt odważna, gdyż pismo protestacyjne, jakie napisałam w tej sprawie nie dotarło do Dyrekcji, odradzali mi to koleżanki i koledzy, przekonani że równało by się to natychmiastowym, brutalnym zwolnieniem z pracy. Pozwalam sobie dzisiaj zamieścić ten tekst w aneksie jako dowód próby walki z nierównym przeciwnikiem.


Tymczasem, trwały polowania na ludzi, aresztowano, więziono, internowano, wywożono, pukano do drzwi o każdej porze dnia i nocy. Uniknęłam internowania dzięki ostrzeżeniu ze strony Ewy Galos, już wcześniej zatrzymanej, wkrótce aresztowanej i wywiezionej do Gołdapi. - „Schowaj się,bardzo dużo o tobie mówią”. -To były jej słowa przekazane w tajemnicy za pośrednictwem męża. Dzięki pomocy lekarzy, których wielu pomagało osobom poszukiwanym lub prześladowanym, „schowałam się” w Klinice Laryngologicznej; lekarka nie oczekiwała ode mnie wielu słów. Później znalazłam się w sanatorium. Kiedy wróciłam do pracy miałam, jak sądziłam, mocne świadectwa lekarskie, dowodzące poważnej choroby. W kilka dni po powrocie dyrektor przeniósł mnie do innego działu, pozbawiając mnie dostępu do wyżej wymienionych materiałów rękopiśmiennych nad którymi pracowałam. W maju 1982 zostałam aresztowana, wprawdzie tylko na 24 godziny, ale wyszłam z więzienia z nawrotem uprzednio leczonej choroby. Starania o rentę pozostały bez skutku. Wreszcie zostałam zwolniona z pracy bez podania przyczyny, pomimo że moja praca w niedalekiej przeszłości była wysoko oceniana przez dyrekcję. Poszła za mną „rekomendacja”, gdyż nie znalazłam już żadnej pracy, chociaż w jednym dniu praca dla mnie była, a nazajutrz już jej nie było.


Podałam sprawę do Sądu Pracy i wygrałam, lecz po powrocie stworzono mi upokarzające, bardzo poniżające warunki pracy, co zmusiło mnie do złożenia wypowiedzenia. Pracowałam nadal nad zamówionym naukowym tłumaczeniem z francuskiego pamiętnika z XVII w. Hugesa de Terlona. Niestety, z braku papieru tak powszechnego w tym okresie i pieniędzy pamiętnik ukazał się dopiero w 1999. Skądinąd prześladowanie czynnych członków „Solidarności” prowadziło do wykreślania dość posuniętych tematów ich prac naukowych z planu Instytucji. Pozostawało pisanie do szufladki,niemożliwe w tak dynamicznych warunkach, przy ustawicznym braku papieru i pieniędzy oraz odpowiedniego poparcia.
Dopiero po niemal czterech latach bez pracy przyjęto mnie, za ingerencją pana profesora Adama Galosa, początkowo na 1/4 etatu, a później na 1/2, do Biblioteki Zakładu Historii Uniwersytetu.
W 1990, po odzyskaniu wolności,wróciłam na dawne stanowisko w Ossolineum. Przerwa w pracy źle wpłynęła na moją emeryturę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Francja w obliczu stanu wojennego w Polsce 13 grudzień 1981" class="system-pagebreak" title="Francja w obliczu stanu wojennego w Polsce 13 grudzień 1981" />

 

Francja w obliczu stanu wojennego w Polsce
13 grudzień 1981

Ogłoszenie stanu wojennego w Polsce w grudniu 1981 sprowokowało w świecie Zachodnim, jak pisał Norman Davies, „...jeden z okresów napadów fascynacji wszystkim co polskie”. Największe wzburzenie dało się odczuć we Francji, kraju gorąco miłującym wolność, czułym na jej pogwałcenie, wrażliwym w stosunku do narodu walczącego o swoją godność i niepodległość. Odezwała się historycznie ukształtowana sympatia między oboma narodami, której wielokrotnie dawali wyraz luminarze kultury i historii Francji. Na początku XX w., historyk Jules Blois, pisał, że zawsze interesował się losem Polski, uważał, że w naszym kraju istnieje coś trudnego do określenia, niepodobnego do żadnego innego kraju; coś „płomiennego, dumnego, spontanicznego zarazem, co czyni ją [Polskę] specjalnie sympatyczną”. Natomiast wielki pisarz i poeta francuski, Victor Hugo, przypominał zasługi Polski dla Europy: „Dwa narody pośród innych odegrały na rzecz cywilizacji rolę bezinteresowną. Tymi narodami są Polska i Francja. Francja rozpraszała mroki, Polska odpierała nawał barbarii. Gdyby naród polski nie spełnił swego zadania, naród francuski nie mógłby dokonać swego”.
Dobitny wyraz sympatii i uznania dla Polski dała w 1986 wybitny politolog i znawca krajów wschodnich, Helčne Carrčre d’Encausse, w recenzji „Historii Polski” Normana Daviesa, pisząc, że „Wybuch Solidarności” i później jej zdławienie, wykazały, że Polska była krajem niepodobnym do żadnego innego, że upór jej ludu uwzględniając wszystkie klasy, był specyficznymfenomenemwewspółczesnym świecie komunistycznym; wytłumaczenia tego należało szukać w jej długiej historii, także nadzwyczajnej, której koniec obecnie przeżywamy w Polsce zbuntowanej przeciwko nie wybrane mu przez siebie losowi... przeznaczenie Polski jest przeznaczeniem Europy, jest symbolem całego kontynentu.”.
Na wrażliwych, młodych Francuzach, uczestników zgromadzeń młodzieży w Taizé i harcerzach z Cluses i innych młodych ludzi duże wrażenie wywarł zapewne apel papieża Jana Pawła II do młodych Polaków z 13 czerwca 1983:


„ Moi drodzy Przyjaciele!
Wobec naszej wspólnej Matki i Królowej serc,
pragnę na koniec powiedzieć, że wiem o waszych
cierpieniach, o waszej trudnej młodości, o poczuciu
krzywdy i poniżeniach, a jakże często odczuwanym
braku perspektywy na przyszłość – może o pokusach
ucieczki w inny świat.’’.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="O stanie ducha Francuzów" class="system-pagebreak" title="O stanie ducha Francuzów" />

 

O stanie ducha Francuzów

Pomimo kryzysu religijnego, znacznego zaniku praktyk religijnych i głębokiej laicyzacji państwa, odpowiedzią Francuzów na nieszczęścia ludzi uciśnionych i prześladowanych, znajdujących się w potrzebie, była zawsze naturalna, często spontaniczna gotowość przyjścia z pomocą. Francuzi realizują, bez względu na własną orientację polityczną, ideologiczną, religijną, rasową; świadomie, czy nieświadomie, to, co tkwi w nich zakodowane przez wieki:-- Ewangeliczny nakaz Chrystusowy miłości bliźniego, prawdy, wolności. Spostrzeżenie to potwierdza Jean- Claude de Guillemaud pisząc: „Wierzę głęboko, że przekaz Ewangeliczny zachowuje fundamentalną wartość dla ludzi naszych czasów. Nawet dla tych, którzy nie wierzą w Boga”. Zob. książkę:.”W Jaki sposób stałem się chrześcijaninem”.
Byłam świadkiem tej postawy podczas podroży do Francji (1984), nawet zaskoczona. po wieloletniej propagandzie komunistycznej utożsamiającej Zachód wyłącznie ze złem. Tymczasem wydawało mi się nawet, że duch pomocy Francuzów i solidarności ludzkiej dla krzywdzonych i potrzebujących uwydatniał się silniej niż w sytuacjach analogicznych w Polsce. Było to zapewne rezultatem peerelowskiej propagandy nie dopuszczającej do wiadomości publicznej zdarzeń o niepowodzeniach. W kraju ”socjalistycznym”, nieszczęścia, cierpienia człowieka nie miały formalnie prawa bytu. Zatajano wszystkie braki, klęski, krzywdy ludzi, choroby. Podobnie działo się w Związku Radzieckim na wzór Rosji Carskiej. W kraju autorytarnym zło formalnie nie może istnieć.
Od pewnego czasu, z ponownym zdziwieniem i zadowoleniem stwierdzam, że w Polsce wolnej i niepodległej realizuje się spontanicznie niezliczone akcje pomocy, jest żywa reakcja na nieszczęścia i ubóstwo ludzi. Istnieje solidarność osób indywidualnych i rożnych organizacji pozarządowych, humanitarnych powstających bez przeszkód. Wniosek nasuwa się sam; oto korzyści płynące z wolności, dlatego jest ona tak cenna. Wolność otwiera serca. Rozumieją to dobrze, od dawna Francuzi.
Oto dlaczego wiele tysięcy ludzi we Francji ruszyło w drogę z tym, co chcieli nam dać i zasygnalizować, że oto jesteśmy z wami, po waszej stronie. Nie żałowali czasu, sił, urlopów i środków finansowych na wieloletnią, nie ustającą przez lata, organizację humanitarnej pomocy szeroko rozumianej dla kraju walczącego o wolność, cierpiącego prześladowania i głód. Od 1982-1984 ruszyły ogromne konwoje, składające się z kilkunastu ciężarówek z przyczepami do niemal wszystkich miast polskich, zorganizowanych i prowadzonych przez harcerzy z Cluses animowanych przez karmelitów i karmelitanki pod firmąKomitetuPomocyPolscewLuçon(Wandea).
Przyjaciel, André Duret, opowiedział mi, że w dniu ogłoszenia stanu wojennego w Polsce 13 grudnia 1981, oburzenie ludzi w mieście było tak duże, że tego samego wieczora utworzono i ukonstytuowano Komitet Pomocy Polsce w mieszkaniu państwa G. Potier.
Natomiast w Dinan [Bretania] mówiono mi, że w tymże dniu znajomy naszego przyjaciela, André-Goupila-Vardona; Pierrick Potocki, który nie orientował się w swoim, ewentualnym polskim pochodzeniu, człowiek porywczy, wzburzony losem Polski, pragnął czynić cokolwiek dla Niej bez zwłoki, nie czekając... Zaproponował, by Francuzi sprzyjający Polsce masowo szli jak najdalej na wschód, jak najbliżej granicy polskiej... aby modlić się tam za Polaków. Pomysł na tyle oryginalny, co niemożliwy do spełnienia, wynikł zapewne zarówno ze zwykłego ludzkiego współczucia, jak i z pobudek politycznych, z ogromnej niechęci do komunizmu, czemu ten pan dawał często wyraz, ale przede wszystkim z ogromnej wiary w Opatrzność Boską.
Nakreślona postawa zdecydowanej większości Francuzów sprawiła, że Polska i Polacy w stanie wojennym i przez dalsze lata stała się jej beneficjentem.FrancuzibyligotowipomócPolakomnietylko materialnie, ale także duchowo i moralnie w imię wolności i solidarności ludzkiej, jak napisała Marie-Claire Favelin, która przy tej okazji wspomniała słowa Karola Wojtyły wygłoszone podczas konklawe w 1965: „Nie wystarcza proklamowanie wolności, należy jeszcze pozostawić człowiekowi możliwość spełnienia obowiązków, jakie z niej wynikają”. Twierdzi ona, że idea ta legła u podstaw ideowych Komitetu Pomocy Polsce w Laval. Należało zatem udzielić pomocy, w miarę możliwości, narodowi walczącemu o swoje prawa, brutalnie zaatakowanego przez własny rząd i wspierać dążenia wolnościowe narodu.
Powyższe oświadczenia, stanowiska pochodziły od zwyczajnych ludzi, którzy darzyli nas rzeczywistą i niekłamaną sympatią, poczuwając się do związków duchowych; nie zaś od abstrakcyjnych twarzy ludzi władzy, którzy nie zareagowali tak, jak to uczynił prezydent Reagan nakładając sankcje gospodarcze na Polskę i Związek Radziecki. Może rozwiązanie władz francuskich było lepsze od stanowiska zajętego przez władze niemieckie, które owszem, zezwoliły obywatelom wysyłać setki tysięcy paczek do Polski, a jednocześnie kanclerz państwa, Helmut Schmidt, udaje się do Berlina, by w rozmowie z Honekerem, oświadczyć, że „Nadszedł czas zaprowadzić porządek w Polsce”. („Rzeczpospolita” 8 XI 2009)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Pierwsze zetknięcie się z Polską" class="system-pagebreak" title="Pierwsze zetknięcie się z Polską" />

Pierwsze zetknięcie się z Polską

Francuzi wiedzieli, że sklepy w Polsce były puste, że brakowało żywności i lekarstw, ale nie spodziewano się w jakim stopniu dominowało tam ubóstwo, zacofanie cywilizacyjne, ucisk ideologiczny, szarość, brutalność władz i „organów ucisku”. Stacje radiowe i prasa francuska nawoływały do organizowania pomocy, zbiorek, ale społeczeństwo było dalekie od wyobrażenia sobie polskiej rzeczywistości. Zryw serca był ogromny, ale brakowało dokładnych wiadomości.
Brat Michel Rampelberg, zakonnik, marianista, który włączył się do wielkiej akcji charytatywno-solidarnościowej dopiero w 1985 roku, był dobrze poinformowany o tym, co działo się od początku naszej tragedii narodowej, dzięki przyjaciołom Polakom bywałym często we Francji. Po wielu latach napisał, w 2005, książkę pod tytułem „Koła Boskiego Serca”, w której zrelacjonował, co było wiadome w pierwszym okresie po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce (1981). Oto jego słowa:
„Tylko nieliczni reporterzy docierali do Polski poprzez niemal całkowicie zamknięte granice.... Wymiana handlowa prawie nie istnieje...,brak żywności, gazu, wody, elektryczności, paliwa, nieustanne podejrzenia, donosy, uwięzienia, tortury. Łączność bardzo utrudniona, listy nie dochodzą, wielogodzinne oczekiwanie na połączenie telefoniczne, aby w końcu usłyszeć: -Proszę przyjść jutro wieczorem, może będzie pana kolejka, co się rzadko sprawdzało’’. W dalszym ciągu swojej relacji Brat stwierdza, że „Kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Polski w 1985 osłupiałem ze zgrozy na widok pustych sklepów z żywnością... wszędzie długie kolejki ustawiały się już nocą. Niedostatek chleba, mięsa”. Sytuacja znana nam Polakom z praktyki, nie była wiadoma rozentuzjazmowanym ochotnikom na wyjazd do Polski. „Nie wyobrażali sobie stanu ulic, zardzewiałych tramwai, zepsutych samochodów porzuconych wzdłuż ulic i dróg.

Kraju w którym każdy mógł donieść na drugiego, jedynie za krytyczne słowo o reżymie. Na ludności ciążył pewien rodzaj „ czapy ołowianej”. Często za nami, Francuzami, szło kilku esbeków.”. Brat nie wspomniał o bardzo dotkliwym zwalnianiu ludzi z pracy.
„Przybycie do Polski – pisze dalej Brat – wydawało się odkryciem innej planety. Już na granicy mieliśmy próbę tego systemu budzącego grozę: druty kolczaste, psy policyjne, „miradory” (wysokie latarnie omiatające światłem całą okolicę). Kontrola spodów samochodów lustrami, uzbrojeni wojskowi wokół nich”. Ponadto wielogodzinne oczekiwanie na załatwienie formalności i na przeszukanie samochodu. Potwierdzali to wszyscy konwojenci.
Relacja Brata Michela była napisana w 2005. Natomiast w 1982 nie wiedziano tak wiele, zatem pewien strach i obawa przed nieznanym potworem były o tyle większe. Przyznawali się do tego w początkowym okresie, budząc w nas tym większy szacunek. Dochodziło także zmęczenie. W drodze powrotnej po odprowadzeniu do Kielc 16-go transportu z Luçon (Wandea), konwojenci: Joseph Landais, René Bobinet i Jacques Emerit napisali w swojej relacji z podroży: „Czy możemy powiedzieć coś, co nie zostało jeszcze powiedziane lub przeżyte przez licznych, poprzednich konwojentów, o zmęczeniach podrożą, kłopotach z celnikami w krajach wschodnich?” W latach 80-tych podróże wydłużały się koniecznością załatwiania dokumentów w Konsulacie w Paryżu. Sroga zima 1986 dawała się we znaki: „Śnieg, na poboczach dróg, gołoledź pod kołami, opony w łańcuchach skrzypią na lodzie... coraz zimniej w kabinie’’. Kiedy dzisiaj, w styczniu 2010 czytam, w czasie ostrej zimy, relacje tego rodzaju, odczuwam wzruszenie, większe może niż w tamtym czasie, kiedy dotykałam przywiezione, a wówczas tak potrzebne dary.
W innej relacji z tego samego roku, przedstawiciele Komitetu z Luçon piszą: „O 1H45 przybywamy do tej potwornej granicy Niemiec Wschodnich. Przed jej przekroczeniem telefonujemy po raz ostatni do Francji, by uspokoić naszych bliskich i określić gdzie się znajdujemy”. Zaś w drodze powrotnej, już po przejściu owej granicy notują: „Nasze odczucia podczas wykręcania numeru telefonicznego do Francji, aby zawiadomić nasze rodziny, znane są poprzednim konwojentom: uczucie bycia u siebie”. I oczywiście wielka ulga, którą możemy sobie wyobrazić. Po przejechaniu trasy Liege -Paryż-Wandea powiedzieli, wzdychając z pewnością: „Koniec, ale odnosi się to tylko do podroży; gdybyśmy mówili o ostatecznym końcu. Polacy nie zdołaliby opierać się długo przeciwnikowi.”.

W epilogu:
„W Polsce nadzieja jest na porządku dziennym!
We Francji jej potrzymanie jest naszym trudem!”.
W miarę upływu czasu konwojenci nabierali doświadczenia, udzielali sobie wzajemnie rad, przyswoili sobie pewne umiejętności do stosowania na tej niesamowitej granicy. Nadal jednak trwały utrudnienia: złośliwe rewizje, wielogodzinne czekanie, całkowite wyładowanie Tirów i ponowne załadowanie. Mimo to napięcie nieco opadło, ale stanowczość pozostała, której odważniejsi dawali wyraz, co odnosiło nawet skutek, jak przeczytałam w jednym ze sprawozdań napisanym przez André Dureta i Erica Gomota, którzy zmusili celników do zwrotu ukradzionego pakunku kawy sprytnie schowanego.
Po 1989 sytuacja zmieniła się radykalnie na granicy niemieckiej i polskiej. O podroży z czerwca 1990 podróżnicy relacjonują: „Nie wyobrażaliśmy sobie z jaką łatwością można dzisiaj przekroczyć żelazną kurtynę. Formalności ograniczone do minimum, natomiast na drogach ogromny ruch i korki”. Na tej granicy tak dawniej znienawidzonej, we wrześniu tego samego roku, Eric Gomot nie ukrywał wzruszenia, gdyż wiele razy w tym okropnym miejscu doznał osobiście trwogi i niepokoju.-Tymczasem w Polsce lekarstwa są oczekiwane z coraz większą niecierpliwością. Braki ogromne, w aptekach ceny horrendalne. Inflacjaszaleje.
Inny rodzaj przygody mieli konwojenci z Komitetu w Laval w listopadzie 1989 po upadku muru berlińskiego. Ruch na drogach odbywał się w obu kierunkach z NRD w kierunku RFN i odwrotnie. Niemcy”sprawdzali”, czy są naprawdę wolni. W rezultacie tej wolności, to oni zajęli wszystkie miejsca w hotelu w Eisenach-Herleshausen, w którym zwykle nasi przyjaciele zatrzymywali się na noc. W tym historycznym dniu musieli spać na leżakach.

1

Prof. André Goupil-Vardon i André Duret
w Karkonoszach

 

2
Prof. André Goupil-Vardon z autorką

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Punkt kontaktowy" class="system-pagebreak" title="Punkt kontaktowy" />

 

Punkt kontaktowy

 

Powstałe, zgodnie z prawem francuskim z 1901 roku Komitety Pomocy Polsce, opatrzone statutami, po wybraniu kierownictwa nie zwlekały z podjęciem założonych zadań. W końcu lat siedemdziesiątych gościliśmy często dwóch przyjaciół francuskich, którzy w tym czasie dobrze zorientowali się w polskiej sytuacji i konsekwencjach ogłoszenia stanu wojennego:
André Goupil-Vardon od dawna oddany wielki przyjaciel Polski i Polaków, filozof,poeta,myśliciel,bliskozaprzyjaźnionyznaszą rodziną oraz André Duret, Wandejczyk, historyk, przebywał we Wrocławiu w celach naukowych. W Bibliotece Ossolineum badał materiały na temat Rosy Bailly, której poświęcimy rozdział poniżej. Obie bliskie nam osoby po powrocie do siebie stały się ambasadorami Polski i Polaków, Wrocławia w szczególności. Jak już wspomniałam w Luçon, mieście André Dureta, powstał jeden z pierwszych Komitetów Pomocy Polsce.
Natomiast w Dinan (Bretania) mieszkała rodzina André Goupila-Vardona, która także założyła Komitet Pomocy Humanitarnej. Ludzie związani ze wspomnianymi komitetami wiedzieli o moim istnieniu, o mojej sytuacji, znali moje dane osobowe i adres. Była to dla nich bardzo korzystna okoliczność, szczególnie ze względu na znajomość języka francuskiego. Mogli oni liczyć na mnie w każdej okoliczności, na jakie cudzoziemcy natrafiająwobcymkrajuznajdującymsię w nienormalnej sytuacji, budzącym zaniepokojenie i prawdopodobieństwo zaistnienia niebezpieczeństw lub innych nieprzewidzianych okoliczności. Dlatego celem pierwszym transportów z Luçon był Wrocław podobnie, jak nieco później transporty z Dinan.
We Wrocławiu punktem kontaktowym było nasze mieszkanie. Przyjeżdżali do nas nie tylko konwojenci, których jedynym celem był Wrocław, ale także ci, którzy jechali dalej na wschód, do Kielc, do Makowa Podhalańskiego, Krakowa i innych miast. Ci ostatni wstępowali często w drodze powrotnej dla relaksu, zagoszczenia i zasięgnięcia wiadomości. Moje dane osobowe były przekazywane „tajemniczymi kanałami”, nawet przypadkowo spotkanym Francuzom. Wkrótce znano mnie w Wandei, Bretanii Mayenne, Pas de Calais, Angers.


Znali mnie, nie wiem jakim sposobem studenci francuzcy z Mayenne studiujący w Paryżu, którzy uczestniczyli w pielgrzymce do Częstochowy w 1984. Od nich Marie-Claire Favelin z Laval dostała mój numer telefonu. Pewnego popołudnia telefon zadzwonił. Usłyszałam swoje imię i radosny, dźwięczny głos nieznanej mi osoby, bardzo uradowanej. Była to Marie-Claire, która prosiła o spotkanie. Przyjechała z darami do Wrocławia i zatrzymała się u ojców redemptorystów na ulicy Wittiga. Pojechałam mimo późnej pory. Oczywiście, ojciec Józef nie zaprowadził mnie bezpośrednio do gościa, ale przeprowadził ze mną półgodzinną rozmowę, aby sprawdzić, że jestem „czysta” i nie chodzi o prowokację esbecką. Marie-Claire była spragniona szczegółowych informacji o Polsce o naszej sytuacji, o komunizmie, o stosunkach z Kościołem. Chciała wiedzieć jak najwięcej, była niezmordowana, chciała zdać dokładną relację z rozmowy w Laval członkom swojego Komitetu i ludności miasta.
Rozmowa przeciągnęła się do późnej nocy. Musiałyśmy, jak stare znajome pomówić o rożnych sprawach osobistych, o rodzinie, o znajomych, o mieście Laval, nawet o Lotaryngii, skąd Marie-Claire była rodem. Łatwo sobie wyobrazić, że po powrocie do siebie nadała większego ducha swojemu Komitetowi. Przypomina sobie dziś, że gromadziła się wokół niej nadzwyczajna mieszanina mężczyzn i kobiet, chrześcijan i innych wyznań, zaangażowanych politycznie lub obojętnych, wywodzących się z różnych środowisk społecznych młodzi i starzy, wielu emerytów. „Jedynym ich celem było przywrócenie nadziei i wiary w to, że wolność człowieka znajduje się w jego wnętrzu, ale może być przekazywana innym.”

Ludzie ci pracowali bez wytchnienia nad organizowaniem transportów do Polski z darami zdobywanymi różnymi sposobami. Ich zadaniem było także nadawanie rozgłosu sprawie Polski przy okazji zbiórek w swoim regionie o charakterze raczej rolniczym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Dostawa stolarni" class="system-pagebreak" title="Dostawa stolarni" />

 

Dostawa stolarni

 

Upowszechnienie mojego adresu wśród Francuzów sprawiło, że czasem ciężarówki i samochody osobowe zajeżdżały wprost pod nasz dom, omijając punkt docelowy, jakim była na początku Komisja Charytatywna Episkopatu, później od 1989 „Caritas”, Czerwony Krzyż lub wyznaczony szpital. W 1983 zaistniał problem bezrobocia grupy uwolnionych więźniów politycznych, wśród nich Leszka Szuszkiewicza. Nie chodziło wówczas o dostarczenia tym ludziom środków do życia, ale narzędzi pracy. „Nie rybę, ale wędkę”, jak mówili Francuzi. Zrodził się pomysł założenia stolarni. Wszyscy się zgodzili, więc zaraz opisałam nasz projekt grupie studentów z Angers, związanych z Pierrem- Olivierem Rime, którzy już wcześniej odwiedzili nas. Nie wiązaliśmy większych nadziei z moim listem. Tymczasem, pewnego popołudnia zajechała pod nasz dom ogromna ciężarówka z kompletem maszyn stolarskich w dobrym stanie, wystarczających do założenia stolarni. Kilka osób towarzyszyło transportowi, wśród nich pan Emanuel Rime, ojciec Pierra-Oliviera; pan Bernard de Boislaville (właściciel zamku nad Loarą) oraz dziennikarz, Christophe Delaunay.
Nie dowierzałam własnym oczom, tym bardziej aktowi własności wypisanemu na moje nazwisko. Przestraszyłam się. Oczywiście nie zgadzałam się. Goście nie mieli innych dokumentów poświadczających celu przeznaczenia daru. Zawiadomiłam Leszka. Już na serio czekałam na przybycie funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Było to bardzo denerwujące, gdyż mogli mnie zapytać z jakiego tytułu otrzymuje tak cenny dar i posądzić mnie nie wiem o co. Zachowywałam spokój wobec gości. Nie przyszedł żaden esbek. Przybyli natomiast byli więźniowie, a stolarze in spe, którzy zajęli się szybko zabezpieczeniem przywiezionych maszyn. Długo gościliśmy przybyszów, ludzi niezmiernie zaangażowanych w nasze sprawy, wszechstronnie zorientowanych w sytuacji Polaków, pragnących z całych sił wesprzeć nas w tej trudnej sytuacji. Dyskusjom nie było końca, trwały także w następnym dniu w mieszkaniu Wandy i Leszka, gdzie zebrało się wiele osób zwolnionych z więzień i nadal prześladowanych przez władze.
Nazajutrz udałam się w towarzystwie dziennikarza na audiencję do Jego Eminencji ks. Kardynała Henryka Gulbinowicza, aby Go poinformować o zdarzeniu. Wyraziłam Jego Eminencji zdziwienie z szybkości reakcji Francuzów na mój list. Kardynał, ze zwykłym sobie humorem rzekł: „Kobieta napisała i teraz dziwi się, że Francuzi przywieźli co chciała”. Wyjaśniłam oczywiście, że chodziło o pracę dla zwolnionych z więzienia działaczy „Solidarności”. Z pełnym zrozumieniem, ksiądz Kardynał prosił o dobre zabezpieczenie maszyn i sporządzenie notatki dotyczącej tej sprawy.
Koledzy Leszka i on sam po próbach rozruszania stolarni wyjechali za granicę, nie korzystając z tak cennego daru. Stolarnię urządził sobie bezrobotny, zawodowy stolarz, Jan Kamiński, internowany i później zwolniony z pracy w Pafawagu za działalność solidarnościową. Wziął sobie pomocnika także pozbawionego pracy.
Dziennikarz pilnie notował cały przebieg wydarzeń i wykorzystał sytuację, by przeprowadzić ze mną długi wywiad nadany we Francji przez radio „ France-Alouette”, ku oburzeniu moich przyjaciół francuskich, obawiających się rozpoznania mojego głosu przez nasze „służby”.

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="„Służby”czuwały" class="system-pagebreak" title="„Służby”czuwały" />

 

„Służby”czuwały

 

Wydawało mi się, że każdy Francuz przybyły do Wrocławia w omawianym okresie gościł w naszym mieszkaniu. Jako bezrobotna miałam to szczęście, że nie pozostawałam bezczynna, ale służyłam szlachetnej sprawie. Przydawałam się ludziom i mogłam się włączyć w tę wielką akcję charytatywno-solidarnościową. Żałuję, że nie założyłam „złotej księgi”, ale w tym czasie było to niebezpieczne z uwagi na rewizje i duże zainteresowanie się nami ze strony „służb”, których obecność odczuwaliśmy wokół nas, jednakże bez bezpośredniej ingerencji. Wynajęły one nawet mieszkanie na wprost naszych okien, gdzie zainstalował się punkt obserwacyjny.
Było zabawnie podczas procesji Bożego Ciała, w której uczestniczyłam z mężem i trzema osobami z Francji: państwo Capelle i Marie-Claire. W czasie całego przemarszu towarzyszył nam z tyłu esbek. Aby zweryfikować słusznośćnaszych podejrzeń przyspieszaliśmy lub zwalnialiśmy kroku, co wprawiało naszego stróża w zakłopotanie, ale cały czas dzielnie zachowywał nasze tempo. Kiedy w pewnym momencie zerwały się bursztynowe korale Marie-Claire i nachyliliśmy się wszyscy i niektóre postronne osoby, aby pozbierać koraliki, błyskawicznie, nasz „Anioł stróż” przybiegł, rozpychając się, by sprawdzić, co jego zdaniem Francuzi rozrzucają. Wówczas zdemaskowaliśmy go publicznie, rzucił się więc do ucieczki z obawy przed reakcją tłumów.
Zaistniała jednak okoliczność bardziej dramatyczna. Zaprzyjaźniona ze mną znana działaczka, dziennikarka i pisarka ruchu ludowego, Barbara Matus, z Warszawy, prosiła mnie o przekazanie za pośrednictwem Francuzów maszynopisów napisanych książek przeznaczonych do druku na Zachodzie lub w Stanach Zjednoczonych. Udało się przemycić dwa spośród trzech maszynopisów. Z trzecim były kłopoty. Już po przybyciu delegatów towarzyszących konwojowi z Laval z Charlesem Schaetelem na czele czuliśmy wyraźny niepokój i widzieliśmy krążących koło domu osobników. Charles był bardzo zdenerwowany i wahał się, czy zabrać przesyłkę. W końcu jednak się zdecydował. Przed odjazdem prosił o pilotowanie go do głównej drogi, którą mieli się skierować na Zachód. Obrałam boczną drogę sądząc, że tak będzie lepiej. Pomyliłam się. Przez cały czas jechał za nami samochód z dwoma osobnikami. Zatrzymałam się na rogu ulicy Zachodniej. Był to znak do rozstania dla Charlesa, co zostało przez niego zrozumiane. Podejrzany samochód nagle zawrócił i nie pojechał, jak przypuszczałam za Francuzami. Dramat Charlesa i jego towarzyszy rozegrał się na granicy, którą zapewne uprzedzono. Tam odseparowano od razu ich samochód i przetrzymano podróżników w wielkim strachu przez całą noc. W oczekiwaniu Charles i jego towarzysze, sądząc, że to pomoże, pozrywali fotografie ilustrujące maszynopis i zjadali po kawałku. Rano celnicy dokładnie przeszukali samochód, zabrali maszynopis wraz z wydawnictwami podziemnymi. Było to wielkie przeżycie dla Francuzów. Charles już więcej nie przyjechał do Polski, ale napisał list z opisem całego zdarzenia i wyrazami współczucia dla nas, żyjących, jak sądził, w ciągłym napięciu.

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Popularny adres" class="system-pagebreak" title="Popularny adres" />

 

Popularny adres

 

Pewnego popołudnia gościliśmy już kilka osób z Francji, gdy nagle zjawił się Brat Michel w towarzystwie trójki swoich współziomków, których spotkał na ulicy, wyglądających na nieco zdezorientowanych. Dla Brata Michela nie było wątpliwości, że szukają mojego adresu. Sytuacja stała się zabawna, kiedy okazało się, że to pomyłka. Wszyscy się jednak pomieścili ku zadowoleniu przybyłych. Brat
Michel mocno przepraszał. Kawy jednak starczyło dla wszystkich.
Po odzyskaniu wolności przez Polskę w 1989 powróciłam do pracy w Bibliotece Ossolineum. Pewnego dnia zadzwonił mój mąż, wzywając mnie pilnie do domu. Otóż Brat Michel, opiekun młodzieży, przywiózł z Beaucamp- Ligny całą gromadę uczniów i oczywiście przyprowadził ich do naszego domu, spodziewając się ode mnie wykładu dla chłopców, by z grubsza dowiedzieli się czym Polska rożni się od ich kraju. W oczekiwaniu na moje przybycie objaśniał im XV-wieczne miniatury Godzinek księcia du Berry, wyeksponowanych na ścianie (kopie).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Różne zdarzenia" class="system-pagebreak" title="Różne zdarzenia" />

 

Różne zdarzenia

Bardzo często słyszałam swoje imię w słuchawce telefonicznej, albo zniekształcone nazwisko. Były to informacje o przyjazdach TIR-ów lub samochodów osobowych, pytano o radę odnośnie do kierunku drogi, wreszcie prośbę o pilotowanie przez miasto zagubionych gdzieś gości. (TIR y radziły sobie same). Należało się szybko ubrać, nawet o spóźnionej porze i udać się na opisaną „krzyżówkę”. Kiedyś zdarzyło się to późną nocą, wstaliśmy z łózek, mąż i ja i pojechaliśmy w kierunku autostrady, gdzie u jej wylotu mieli czekać przyjezdni już bardzo utrudzeni. Mieli oni możliwość przybycia znacznie wcześniej, nawet za dnia, ale przetrzymywano ich długie godziny na granicy dla załatwienia pewnych formalności, o których goście nie mieli pojęcia ani możliwości zapytania kogoś o co chodzi. Dzwonili do mnie o pomoc, ja szukałam rady w Czerwonym Krzyżu i oddzwaniałam do urzędników na granicy, by dowiedzieć się o co chodzi, nie umiano wyjaśnić mi konkretnej przyczyny. Były straszne zawiłości. Informowałam zdesperowanych Francuzów, którzy już chcieli wracać do Francji. Obiecywałam urzędnikom, że niektóre papiery zostaną sporządzone we Wrocławiu.
W końcu nie było wiadomo, w tym bałaganie, na czym sprawa stanęła. Położyliśmy się spać z mieszanymi uczuciami i niepokoju o tych ludzi. Zadzwonił telefon z restauracji za wylotem z autostrady. Okazało się, że w pewnym momencie ni stąd ni zowąd celnicy pozwolili Francuzom jechać, już nie pytając o nic. Goście zaś mieli wyładowane komórki i nie mogli zawiadomić nas, że jadą i dojechali nieco dalej od wyjazdu z autostrady. Wyczerpani trzydniową jazdą, nie byli już w stanie samotnie szukać drogi przez rozległe miasto. Było to starsze małżeństwo, które wiozło 2 tony lekarstw do Czerwonego Krzyża. Wspominając to zdarzenie tym więcej cenię dedykację zamieszczoną przez Brata Michela na swojej, podarowanej mi książce „Koła Boskiego Serca 1985-2005 – Dwadzieścia lat działalności humanitarnej”:

„Dla Luci, która od 1985, w tych tak trudnych czasach i jeszcze długo później, umiała z uśmiechem przewodzić tym wszystkim Francuzom, którzy napływali do Wrocławia”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Współpraca z „Caritasem”" class="system-pagebreak" title="Współpraca z „Caritasem”" />

 

Współpraca z „Caritasem”

 

W „Caritasie” byłam serdecznie witana i często oczekiwana przez miłe siostry: Ireneę, Elżbietę Innocentę, Gracjanę, Anitę, jak i przez szefa, księdza doktora Edwarda Janiaka, obecnie biskupa. Działo się to ze względu na prace wymagające tłumacza, jakie mogłam wykonać. Zajmowałam się więc sprawami francuskimi, takimi jak pisanie listów z podziękowaniami, zawsze za każdy transport oddzielnie, podkreślając znaczenie darów dla ludności, leków, odżywek dla dzieci, sugerując nieznacznie pożytek z dalszych ewentualnych dostaw. Pisałam również inne potrzebne listy. Służyłam jednak głównie jako tłumacz.
Czasem zachodziła potrzeba telefonowania do Francji. Innym razem należało czekać na telefon z drugiej strony, a połączenia nie były podobne do dzisiejszych, równym błyskawicom. Wymagało to dużej cierpliwości. Pewnego razu, w sobotę wieczorem, po długim oczekiwaniu siostra Innocenta, pełna zaufania do mnie, oddała mi klucze do biura, abym rano, w niedzielę próbowała szczęścia. Nie mogłam w takich przypadkach korzystać z własnego telefonu z różnych względów...
Dobrze wspominam tę współpracę we wzajemnej życzliwości i nawet wdzięczności, a udzielana przeze mnie pomoc, była dla mnie normalną, nie podlegającą dyskusji sprawą. To była nasza sprawa. Ja, także chciałam służyć.

4
Współpraca z Caritasem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Łączniczka – Andrée Barbier" class="system-pagebreak" title="Łączniczka – Andrée Barbier" />

 

Łączniczka – Andrée Barbier

 

Emerytowana farmaceutka, powszechnie nazywana „Madame”. Dobra nasza przyjaciółka z „klanu” Rosy Bailly, mieszkanka Vouziers w Ardenach, chętnie przyjęła rolę łączniczki telefonicznej między Polską a Francją. Oddana całym sercem Polsce i Polakom nie liczyła się z kosztami telefonu, Czasu miała dużo, było to ważne ze względu na długie oczekiwania na połączenia.
Dzwonili do niej współziomkowie z rożnych Komitetów, kiedy chodziło o przekazanie informacji do Polski, przeważnie odnośnie do daty i terminów odjazdu transportów i rożnych pytań szczegółowych, które przekazywałam „Caritasowi”, bądź innym punktom docelowym, odbiorców przesyłanych darów. Można było także za jej pośrednictwem porozumieć się w sprawach zupełnie prywatnych o każdej porze dnia i nocy. Z naszej strony mieliśmy także możliwość załatwiania we Francji rożnych spraw, rozwiązywania problemów.”Madame” odgrywała w ogólnej akcji pomocowej rolę nieocenioną.
„Madame” nie ograniczała się do roli łączniczki. Propagowała wokół siebie Polskę i Polaków, był to główny temat jej rozmów.
Organizowała zbiorki odzieży i lekarstw (miała znajomego farmaceutę, pana Fege, który pomagał jej w sprawie leków). Robiła paczki osobiście i przesyłała je na własny koszt przez firmykurierskie.Wszystko było do podziału według mojego uznania. Podczas pobytu w sanatorium „Madame” „zwerbowała” dla Polski panią Odette Derobe, emerytowaną nauczycielkę licealną języka angielskiego. Niekończącym się tematem ich rozmów była Polska. „Madame” opowiadała tak przekonywająco, że w końcu pani Odette zgodziła się przejechać do nas z nowo poznaną przyjaciółką. W skromnych warunkach naszego mieszkania czuły się znakomicie, jako odmiana od rozległych francuskich pokoi. Andréa polubiła skromną ówczesną kuchnię polską: naleśniki i gołąbki oraz kapuśniaczek serwowany przez Danusię Maślicką, którą odwiedziłyśmy w Bolesławcu podczas zwiedzania regionu Dolnośląskiego.
Pani Derobe przywiozła z Francji oryginalną whisky; zaprosiłam więc swoje przyjaciółki: Ewę, Staszkę i Gabrielę na degustację. Spędziłyśmy niezapomniane francusko-polskie popołudnie, ku szczególnemu zadowoleniu Francuzek.
Zwiedziłyśmy razem Kraków, Kielce, Warszawę i Poznań.
W Warszawie zatrzymałyśmy się u mojej siostry, Alfredy, znającej francuski, co ucieszyło moje panie, mogły bowiem toczyć niekończące się rozmowy. Zaprosiła nas także przedwojenna przyjaciółka „Madame” – skojarzone za pośrednictwem organizacji „ Les Amis de la Pologne” przez Rosę Bailly. Utrzymywały kontakt od 1923 roku. Pani ta znała francuski, ale niestety, była kompletnie głucha. Rozweseliła nas butelka wódki na stole i prawdziwie polska zakąska. Wkrótce rozległy się śpiewy w obu językach. Moja siostra, wesoła i dowcipna nadawała ton. Nasza gospodyni cieszyła się, choć nie słyszała.
W jej głuchej samotności takich gości ceniła na wagę złota. „Madame” przyjechała jeszcze raz do Polski, ale utrzymywałyśmy stałe kontakty telefoniczne i listowe, pod koniec życia telefonowała niemal codziennie. Zmarła w 1995. Żyła 87 lat.
Pani Derobe przyjeżdżała jeszcze wiele razy. Twierdziła, że odżywa w Polsce. Uczyła się języka polskiego. Korespondowałyśmy regularnie, wymieniałyśmy myśli i poglądy, była wytrwałą czytelniczką Biblii. Odznaczała się wysoką inteligencją. Dopiero niedawno temu listy jej przestały przychodzić. Była bardzo chora i już niezdolna do pisania. Pożegnałyśmy się serdecznie, jak siostry.

5
Andre Barbier, Odette Derobe i Janusz Siemianowski przed pomnikiem Chopina w Warszawie

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Ruszyły TIR-y" class="system-pagebreak" title="Ruszyły TIR-y" />

 

Ruszyły TIR-y

 

Początkowo, niedługo po wprowadzeniu stanu wojennego, znany nam już André Duret z Luçon wraz z Robertem Nadjarem i później Ericem Gomotem organizowali dostawy furgonetkami albo małymi ciężarówkami użyczanymi przez francuskich przedsiębiorców. Przywozili dary dla osób najbardziej poszkodowanych, zwolnionych z więzień lub internowania, zwolnionych z pracy. Rozdzielanie rzeczy: odzieży, lekarstw i nieco żywności odbywało się czasem w naszym mieszkaniu z wielkim utrudzeniem, zważywszy na ciasnotę i wciąż czające się niebezpieczeństwo najazdu SB. Byłam w nieustannym napięciu, ale to nie było ważne.
Z biegiem czasu docierały do Wrocławia coraz liczniejsze transporty, nieraz kilka tygodniowo, zaś w czasie powodzi w 1997 brakowało miejsca do rozładunku. Kiedy Brat Michel przyjechał swoim wypełnionym po brzegi autokarem nie wiedziano gdzie umieścić dary.
W końcu znalazło się miejsce w kaplicy żałobnej sióstr Notre Dame, co je bardzo rozweseliło
Rozpowszechniło się korzystanie z TIR-ów. Wobec upadku polskiego handlu zagranicznego służyły jeszcze do wywozu towarów do krajów zachodnich, ale wracały puste. Powierzono zatem dysponowanie nimi księdzu S. Platerowi ze Stowarzyszenia Świętego Wincentego w Paryżu. Ksiądz przydzielał je na wniosek Komitetów Pomocy. Po 1989 przydziałami TIR-ów zajęło się Ministerstwo Zdrowia w Warszawie, położono wówczas główny nacisk na dostawy lekarstw. Nie było to ściśle przestrzegane, co sprowadzało kłopoty z celnikami. Kilka razy uczestniczyłam w negocjacjach z nimi, nie zawsze z dobrym skutkiem.

6
TIR z Laval przy domu Księży Emerytów
Państwo Capelle z Laval

 

7

Marie Claire (u góry po lewej)
wolontariusze oczekują na ładowanie TIR-u

 

8

Ponad 330 takich TIRów 38 tonowych wysłano do Polski z Béthune od 1982r. do 1998 r.

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Konwojenci transportów" class="system-pagebreak" title="Konwojenci transportów" />

 

Konwojenci transportów

 

Wraz z TIR-ami przybywało do Polski coraz więcej Francuzów, delegatów-konwojentów w samochodach osobowych. Ich rola sprowadzała się do skontrolowania dotarcia darów do miejsca przeznaczenia i właściwego ich rozdzielania. Przybyłe osoby szukały kontaktów z ludźmi znającymi język francuski. Miałam duże powodzenie i wiele obowiązków związanych z tą okolicznością. Stałam się dla niezliczonej, bardzo licznej rzeszy Francuzów, którzy odwiedzali Wrocław w latach 80-tych i 90-tych nieoficjalnympunktemkontaktowym. Dowodzą tego setki listów, jakie otrzymywałam z Francji przez te wszystkie lata. Zapraszali mnie często do siebie. Francuzi pokochali Polskę po jej bliższym poznaniu. Korespondencja ta trwa jeszcze z kilkoma osobami, niestety, wielu z nich pożegnało już ten świat.
W latach 90-tych „fala” gości nieco osłabła, choć nadal trwała nieco na innych zasadach. Pośredniczyłam w organizacji ostatniego transportu leków z Dinan dla Czerwonego Krzyża we Wrocławiu
w 2002 roku. Gościliśmy osoby, które przywiozły owe leki z przygodami wyżej opisanymi: Pierre’a Renaulta i jego żonę Danielle. Znaliśmy ich z poprzednich transportów. Nasi przyjaciele pragnęli utrzymywać kontakt z nami. Byli ciekawi naszych dalszych losów, zależało im na utrzymaniu wytworzonej więzi. Później przyjeżdżali prywatnie i zapraszali często do siebie.

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Sprawa zakwaterowania gości" class="system-pagebreak" title="Sprawa zakwaterowania gości" />

 

Sprawa zakwaterowania gości

 

Goście nieraz martwili się zakwaterowaniem. Kiedy przyjeżdżali do „Caritasu”, albo wracali z dalszej podróży, mieli zapewniony nocleg w Seminarium Duchownym. Wielu z nich wolało jednak kwaterę prywatną, w zwykłym mieszkaniu wśród ludzi, gdzie czuli się swobodniej i mieli możliwość poznania naszych warunków życia. Nie ograniczała ich także godzina 22, o której zamykano bramę Seminarium. Towarzystwo Polaków umożliwiało konwersację i zdobycie wiadomości, „Murowaną” kwaterę oferowała przez wiele lat Alina Sierszeń w swoim mieszkaniu, zupełnie bezinteresownie. Alina została za to wynagrodzona, gdyż wśród gości znalazła męża, Jean-Paula François. Mieszkanie Cecylii Biegańskiej również było do dyspozycji, kiedy zachodziła potrzeba, nie żałowała też wiktu. Podobnie było u Staszki Izdebskiej.
Istniały także kwatery innego rodzaju, Brat Michel opisał jedną z nich w swojej książce: „Francuz, który po raz pierwszy przyjeżdżał do Polski nie mógł sobie wyobrazić sytuacji niżej opisanej, a codziennie przeżywanej przez Polaków, ani też kłamstw rządu polskiego. Znajdowałem się jako piąty w samochodzie, który towarzyszył transportowi z Béthune (komitet w tym mieście wysyłał dary do Polski od 1982). Byłem zupełnie nowy w tych sprawach, ale notowałem wszystko. Budziło to niepokój moich towarzyszy, którzy przeczuwali kłopoty, jakie z mojego pisania mogą wyniknąć; znali lepiej ten kraj, obawiali się najgorszego i dla nich i dla mnie.
Przyjechaliśmy w pobliże katedry wrocławskiej o 1-wszej w nocy. Ojciec znajomej rodziny oczekiwał nas w swojej starej taksówce. Pojechaliśmy w ślad za nim do jego mieszkania. - „Witamy wszystkich, nie ma problemu, jest miejsce dla każdego” – rzekła mama otwierając 3 zamki w drzwiach (zabezpieczenie przed milicją) dwupokojowego mieszkania. Kiedy tylko otwarły się drzwi babcia w szlafroku wymknęła się dyskretnie na ulicę; nazajutrz dowiedzieliśmy się, że schroniła się u przyjaciół 300 metrów dalej. Pozostała ósemka: ojciec, matka, córka dwudziestoletnia i 5-ciu Francuzów. Mieszkanie 36 m2: malutka kuchnia, takaż łazienka, dwa małe pokoje służące zarazem za sypialnie i pokój dzienny. Pod naciskiem gospodarzy umieszczono mnie w jednym z pokoi. Co z pozostałą siódemką ? - ”Tak, tak, będzie dobrze, proszę się nie przejmować”. Rankiem: - cisza w mieszkaniu. Przerażony: mama leży na posadzce w korytarzu, ojciec między krzesłami przy lodówce, która budzi go co 15 minut! To silny szok nie do zniesienia! Zostałem w tym momencie zaszczepiony. Czyż po tym zdarzeniu mógłbym nic nie robić dla tych ludzi tak wielkodusznych, w środowisku tak wrogim? Wynikiem tego było 79 konwojów darów dla Polski, zawsze połowa była przeznaczona dla Wrocławia, zniszczonego w czasie wojny w 70%”.
Konwojenci z Wandei nocowali przeważnie u sióstr w Karmelu.

 

 

 

 

 

 

 

<hrdata-mce-alt="Nasze obowiązki" class="system-pagebreak" title="Nasze obowiązki" />

Nasze obowiązki

Wokół mnie utworzyła się grupka osób serdecznie oddanych sprawie, pomagających i doradzających we wszystkim. Spotkamy się z nimi wiele razy w tej relacji. W początkach niezastąpiona była Staszka Izdebska, również zwolniona z pracy w ZETO. Panie orientowały się w sytuacji poszczególnych osób prześladowanych, zwolnionych z więzień, z obozów internowania, bez środków do życia; znały i poszukiwały rodzin wielodzietnych, wiedziały o potrzebach parafiiw mieście, szpitali, szkół, przedszkoli. Zgodnie z tymi wskazówkami proponowałyśmy przybyłym Francuzom komu przeznaczyć dany transport. Komisja charytatywna i później „Caritas” przyjmowały z zaufaniem nasze sugestie. Bardzo dobrze układała się współpraca z księdzem Edwardem Janiakiem, obecnie biskupem, a wówczas szefem „Caritasu”. Siostry zakonne wyrażały zawsze zadowolenie na widok gości. Pomagały we wszystkim siostry: Irenea, Elżbieta, Innocenta, Gracjana, Anita.
Wiele TIR-ów kierowano do parafiiKlemensaDworzakawaleiPracy, kościoła „Solidarności”, znajdującym się w dzielnicy gęsto zaludnionej przez ludzi pracy. Dbała o to szczególnie Cecylia Biegańska blisko zaprzyjaźniona z tym środowiskiem solidarnościowym.
Kościół świętego Klemensa Dworzaka przypominał w owym czasie muzeum. Było to muzeum „Solidarności”, a jednocześnie jej „azyl”. Odczuwało się w nim wolność bez ograniczeń. Ściany były niemal całkowicie pokryte sztandarami solidarnościowymi zakładów pracy Wrocławia, tablicami okolicznościowymi upamiętniające rożne wydarzenia i osoby. Nie sposób wymienić wszystkie znajdujące się tam przedmioty związane z kultem „Solidarności”. W przylegających pomieszczeniach odbywały się zebrania, uroczystości. Oczywiście, prowadziliśmy tam gości z Francji, którzy przeżywali szok na widok wnętrza kościoła, wielkie przeżycie: - znaczenie „Solidarności” na obrazie.

Dbano także o parafięŚwiętegoWawrzyńcanaBujwida,księdza Stanisława Orzechowskiego, opiekuna Duszpasterstwa Akademickiego. Nie brakowało tam nigdy studentów do wyładowania TIR-ów i chętnych do zaopatrzenia się w potrzebną odzież. W magazynie panie: Staszka Izdebska, Zosia Godlewska, Ewa Galos, Danuta
Maślicka i wiele innych. Porządkowały dary, przygotowując je do rozdania potrzebującym, było ich wielu.
Na Mszach Świętych. za Ojczyznę u Świętego Wawrzyńca modlono się także za uwięzionych. Chociaż Msze odbywały się późnym wieczorem, obecni we Wrocławiu goście z Francji chętnie na nie uczęszczali,wzruszała ich szczególna atmosfera modlitwy i troski za Ojczyznę, szczególnie zaś uduchowienie młodzieży. Do dziś wspominają owe „tajemnicze” Msze. Klerycy z Seminarium i studenci
wydziału Teologicznego pracowali przy wyładunkach TIR-ów do magazynów „Caritasu”.
Wielu wolontariuszy pomagało w pracach wyładunkowych, sortowaniu i rozdawaniu darów w parafiiŚwiętegoMikołajanaulicyAntoniego pod nadzorem Zosi i Darka Godlewskich. Roman Skawiński, ojciec czwórki synów, uczestniczył w ciężkich pracach przy parafiiChrystusaKrólanaulicyZachodniej.Każdaparafiamiałagrupęwolontariuszy do dyspozycji.
Dary docierały także na Uniwersytet, gdzie rozdziałem odzieży zajmowały się między innymi panie: Halina Koczut - przewodnicząca uniwersyteckiej „Solidarności”, Elżbieta Witwicka, Ziuta Poturnicka i inne panie. Rozdanie zawartości 30-tonowego TIR u trwało nieraz bardzo długo. Niemal wszyscy pracownicy uczelni byli zainteresowani odzieżą, korzystali z niej nawet profesorowie uniwersyteccy, co dowodziło niskich uposażeń nauczycieli akademickich i szkolnych, pracowników kultury, szczególnie bibliotekarzy. Wspominam głodowe pensje w Bibliotece Ossolineum. Wielokrotnie, w porozumieniu z księdzem Edwardem Janiakiem zaopatrywaliśmy w odzież tę Bibliotekę. Panie z zakładowej „Solidarności”: przewodnicząca, Basia Buten-Stefaniak, Ela Baran, Małgorzata Orzeł i in. zajmowały się przydzielaniem odzieży. W dniu dostawy darów do Biblioteki odbywało się tam prawdziwe święto. Dostarczano dużo odzieży dziecięcej i niemowlęcej, która trafiaładoszkół,przedszkoliiżłobków.Byłatowielka pomoc dla ludności; zaoszczędzone pieniądze na odzież zapewniały, lepsze wyżywienie. Pewnego razu mój sąsiad spotkany w windzie, ojciec czwórki dzieci, powiedział mi: „Gdyby nie pani chodzilibyśmy obdarci’’. Pan ten potrafiłszyć,przerabiałwięcidopasowywałubrania dla całej rodziny. Był to sposób powszechnie stosowany. Ostatnio, matka sześciu synów, obecnie już dorosłych lub dorastających i już wykształconych, wspominała z wdzięcznością, jak dużą rolę odegrała w ich wychowaniu pomoc Francuzów. W pewnym sensie odzież „zapewniała” dzieciom jedzenie. Nasi przyjaciele byli poinformowani o tej rodzinie, mogli więc i przygotować paczki z odzieżą z uwzględnieniem wzrostu każdego chłopaka. Podobnie działo się w odniesieniu do rodziny Romana Skawińskiego, ojca czterech synów.
Dostarczana setkami ton odzież zachodnia sprawiła, że dość szybko dało się zaobserwować zmianę w wyglądzie, ubiorze ludzi, szczególnie pań. Przyzwyczajone do siermiężnej i raczej zunifikowanej odzieży PRL-u, chętnie zaakceptowały, choć nie nowe, ale
w dobrym stanie, modne fantazyjne ciuchy francuskie szyte z dobrych materiałów. W tej dziedzinie było to także spotkanie z innym światem. Nie zapominaliśmy o sierocińcach pozostających pod opieką Brata Michela. Zgodnie z naszą sugestią skierował on także transport darów do Szklar gdzie, w wyniku transformacji ustrojowej (po1989) robotnicy kopalni zostali pozbawieni pracy. Podobnie dwa TIR-y zajechały do Bolesławca do parafiiChrystusaKróla,ocozabiegała Danusia Maślicka, wybitna działaczka solidarnościowa i dobra organizatorka.
Należy też wspomnieć o osobach zasłużonych, znajdujących się w krytycznej sytuacji, bez pracy i dochodów, które nie zgłasza ły się o pomoc gdziekolwiek, nie szukały jej. Należało odnaleźć je, dotrzeć do nich, prosić o przyjęcie pomocy, przekonywać o przełamanie osobistych, wewnętrznych predyspozycji psychicznych, które je wstrzymywały od wyciągnięcia dłoni po dar od obcych. To były trudne zadania.

 

9
Francuzki z komitetu w Laval na zabraniu „Solidarności" w Aleji Pracy
w środku obok mnie (czerwony konierz) Anne-Marie Letort, po jej lewej stronie Brigitte Maurice

 

Ciąg dalszy można przeczytać w PDF oryginału - tutaj do pobrania w języku polskim i języku francuskim